Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Popkultura jako diagnostka („Bridgertonowie”)

Artykuły /

Trzecia dekada XXI wieku to czas postępującego panowania serialowych hitów nad innymi sferami kultury. Stan ten powinien być moim zdaniem uważnie analizowany, a nie oceniany. Nie bez przyczyny – przekonuje Eva Illouz – tak chętnie obcujemy z popkulturą – to ona wyraża bowiem sprzeczności trapiące społeczeństwo. Takie seriale jak Bridgertonowie mówią nam więcej o współczesności niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Niedawno miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z pewną znaną polską pisarką, która bez wątpienia uchodzi za autorytet. Moją uwagę przykuła tylko jedna wypowiedź bohaterki spotkania. Była jednak dla mnie na tyle zaskakująca, że myślałam o niej jeszcze przez długi czas. Pisarka wyraźnie ubolewała nad stanem ukulturalnienia młodych pokoleń, a konkretniej ich nieznajomością pewnej około stuletniej powieści. Można było odnieść wrażenie, że to właśnie klasyka powinna uchodzić za źródło wszelkich prawd objawionych. Faktem jest, że młodzi ludzie coraz rzadziej sięgają po teksty kultury określane mianem wysokoartystycznych. Jednak zamiast wartościować negatywnie taki stan, być może lepiej zastanowić się, po jakie formy kultury młode społeczeństwo sięga najchętniej i do jakich wniosków może to skłaniać. Mimo że nie spodziewałam się usłyszeć niczego, co w jakikolwiek sposób mnie olśni lub poruszy, ze spotkania wyszłam zaskoczona. Tak to już chyba po prostu jest, gdy wyrobiliśmy sobie zdanie o autorze lub autorce. Uświadomiło mi ono bowiem, że bezproduktywne wywyższanie kanonu literackiego uświęconego latami tradycji ma się dobrze. Teksty kultury popularne w danej epoce mogą bardzo dużo powiedzieć o dylematach społecznych tego czasu.

Jedną z badaczek, która poświęciła się zgłębianiu tej tematyki, jest izraelska socjolożka Eva Illouz. W książce Hardkorowy romans udowodniła, że za sukcesem literackiego bestsellera stoją nie tylko działania marketingowe. Jeśli książka świetnie się sprzedaje, może być to znak, że wyraża ona sprzeczności, z którymi zmaga się społeczeństwo. Innymi słowy chodzi o rozdźwięk między powszechnymi celami społecznymi a środkami do ich realizacji. Jedną z takich „problematycznych” dziedzin jest sfera uczuć i dominujących norm seksualności. Illouz posłużyła się przykładem Pięćdziesięciu twarzy Greya E.L. James, aby pokazać jak działa ten mechanizm. Powieść ma tutaj wyrażać – przede wszystkim kobiece – pragnienia miłości i spełnienia seksualnego, które zaspokoić może mężczyzna zarazem czuły i otwarty na BDSM.

Niedawna lektura prac Illouz poświęconych emocjom późnego kapitalizmu – eseju Miłość w kapitalizmie oraz książki Uczucia w dobie kapitalizmu – skłoniła mnie do własnych poszukiwań. To, czego szukałam, odnalazłam niespodziewanie w Netfliksowym serialu Bridgertonowie. Do seansu nie przymierzałam się, szczerze mówiąc, ze szczególnie analitycznym nastawieniem. A przecież zgodnie z podejściem badawczym Illouz, to właśnie popkulturowe hity powinny być przedmiotem krytycznej obserwacji.

Debiutujący pod koniec 2020 roku serial okazał się globalnym hitem Netfliksa. Opowieść skupia się na żyjącym w XIX-wiecznej Anglii rodzeństwie Bridgerton. Tytułowi bracia i siostry prezentują prawdziwy wachlarz osobowości, temperamentów i zainteresowań. Głównym tematem rozważań są ich perypetie miłosne. Każdy romans ma w tym przypadku wpływ na otoczenie i nie chodzi tylko o rodzinę zakochanych. Funkcjonowanie całej wyższej sfery opiera się właśnie m.in. na zależnościach matrymonialnych między ludźmi, co sprawia, że zakochanie w świecie Bridgertonów nigdy nie jest bez znaczenia dla osób trzecich. Do tej pory powstały dwa sezony, zapowiedziano już kolejne. Pierwszy poświęcony jest narodzinom związku debiutantki Daphne Bridgerton i Simona, arystokraty zmagającego się z traumą spowodowaną odrzuceniem przez rodzica. Sezon drugi opowiada z kolei o najstarszym z Bridgertonów, Anthonym i jego poszukiwaniach idealnej kandydatki na żonę, którą okazuje się ostatecznie niezależna Kate. Historia rodzeństwa Bridgerton jest znana czytelnikom już od 2000 roku, gdy światło dzienne ujrzał pierwszy z siedmiu tomów serii autorstwa Julii Quinn. Książę i ja oraz pozostałe książki z serii prawdopodobnie nie zaistniałaby w świadomości szerokiej publiczności, gdyby nie serialowa adaptacja Netfliksa. Książki Quinn wpisywały się w szeroki nurt historycznych romansów osadzonych w brytyjskich realiach XIX-wieku. Sama adaptacja jest dość wierna książkom w warstwie fabularnej. Najbardziej widoczną modyfikacją względem książki jest stworzenie obrazu uprzywilejowanej warstwy jako zróżnicowanej rasowo, co tradycyjnie spotkało się ze sprzeciwem niektórych komentatorów jeszcze przed premierą serialu. Kontrowersje wśród krytyków wzbudziła natomiast jedna ze scen, o której szerzej pisała Maja Staśko na łamach „Krytyki Politycznej”.

Opowieść o Bridgertonach, chociaż pod pewnymi względami uwspółcześniona, na pierwszy rzut oka wydaje się odległa od narracji, która miałaby wyrażać problemy społeczeństwa doby późnego kapitalizmu W istocie jednak oddalenie realiów serialu od tego, co można obecnie zaobserwować, okazuje się wcale nie tak przytłaczające. Jeżeli nasza uwaga zostanie pochłonięta przez pytanie o to, czy para głównych bohaterów będzie razem, może umknąć nam kilka problemów – zaskakująco aktualnych w odniesieniu do praktyk znanych już z XXI wieku.

Jednym z najważniejszych problemów członków socjety przedstawionej w Bridgertonach jest małżeństwo. Matrymonialne poszukiwania organizuje zawsze jedna zasada: podążanie za listą wymogów dla potencjalnych kandydatek i kandydatów. Główny bohater drugiego sezonu, Anthony, doskonale opanował umiejętność tworzenia kryteriów, które musi spełnić przyszła małżonka. Na pożądaną przez mężczyznę nieskazitelność składają się: uroda, inteligencja, dobre wychowanie, umiejętności językowe, zamiłowanie do książek, przywiązanie do wartości rodzinnych i zaradność. Anthony jest przekonany – zgodnie z normami społecznymi, które przyswoił do tej pory – że szczęście może dać mu tylko taka partnerka, która posiada wszystkie te cechy. Upodobania XIX-wiecznego wicehrabiego są bez wątpienia zakorzenione w epoce i pozycji społecznej. Anthony szczerze wierzy, że szczęśliwy związek dwóch osób nie ma nic wspólnego ze sferą sacrum – satysfakcję mogą dać obu stronom tylko pożądane cechy osobowe i wyznaczniki statusu.

Mimo oczywistych różnic, współcześnie postępujemy podobnie. Większość z nas nie wyobraża sobie zakochania w osobie, która nie podziela przynajmniej niektórych naszych zainteresowań, poglądów politycznych czy planów co do posiadania rodziny. Bywa, że listy wymagań widniejące na profilach w aplikacjach randkowych są równie precyzyjne i długie, co te sformułowane przez Bridgertona. Anthony po spisaniu pożądanych cech przystępuje do „wywiadów”, mających zweryfikować potencjał ewentualnego związku. Te przypominające randki z Tindera spotkania niestety w większości okazują się dla bohatera rozczarowujące (ponownie: jak na Tinderze). Co ciekawe, nawet jeśli kandydatka teoretycznie wymagania spełniała, kontakt na żywo ujawniał, że happy end przed ołtarzem jest niemożliwy. Sytuacja przedstawiona w Bridgertonach jest niezwykle podobna do znanego nam (może z doświadczenia, a może tylko z opowieści innych) randkowania za pośrednictwem serwisów randkowych. Nierzadko obiecujemy sobie wiele po internetowych znajomościach, lecz faktyczne spotkanie przynosi rozczarowanie. Zwracała na to uwagę Illouz, wyznaczając jako przyczyny takiego stanu rzeczy brak informacji o cielesności i praktycznych zachowaniach drugiej osoby. Aplikacja randkowa, która w zamierzeniu ma być środkiem do realizacji celu, jakim jest znalezienie partnera lub partnerki seksualnej lub życiowej, okazuje się nie spełniać swojej roli – dodatkowo stając się źródłem frustracji i zmęczenia niekończącymi poszukiwaniami.

Kolejny problem, wokół którego krąży akcja Bridgertonów, to edukacja seksualna stojąca na bardzo niskim poziomie. Daphne, główna bohaterka pierwszego sezonu, wchodzi w dorosłość – co w tym przypadku oznacza wejście na rynek matrymonialny – zupełnie nieświadoma własnej seksualności. Szczególnie znamienna jest scena, w której matka podejmuje nieudaną próbę przybliżenia dziewczynie, na czym polega seks. Kobieta jest wyraźnie spięta – wykonuje nerwowe gesty, bawi się chusteczką, unika patrzenia córce w oczy. Koniec końców Daphne dowiaduje się, że zbliżenie fizyczne jest jak deszcz, który jesienią nawadnia pole, a na wiosnę wyrastają kwiaty, a jego główny cel to posiadanie dziecka. Wprawdzie bohaterka dowiaduje się wszystkiego w toku praktyki, ale towarzyszy temu początkowo duży dyskomfort psychiczny, którego można było uniknąć dzięki edukacji seksualnej. Ta sytuacja ma też wpływ na to, że Daphne wyrządza partnerowi krzywdę fizyczną i psychiczną, o czym pisała cytowana wcześniej Staśko. Sam proces powierzchownej edukacji seksualnej Daphne brzmi bardzo znajomo. Niezręczne rozmowy z rodzicami lub szkolne zajęcia, podczas których często nie uzyskujemy konkretnej wiedzy wraz z towarzyszącym temu nierzadko wstydem blokują nam dostęp do niezbędnych informacji. Seksualność jest czymś naturalnym, lecz współcześnie wciąż obciążony jest skrępowaniem i przemilczeniami.

Trzecim problemem, którego dotyka serial jest podejście bohaterów do miłości, które cechuje dystans oraz ironia. Celują w tym zwłaszcza dwaj główni bohaterowie – Anthony i Simon. Pierwszy z nich głosi, że proces wyboru małżonki to niedorzeczna, lecz zarazem konieczna społecznie procedura. Miłość określa jako niepożądaną, a związek ma być tylko i wyłącznie kontraktem między dwiema osobami. Wprawdzie opartym na szacunku, ale pozbawionym przywiązania uczuciowego. Jego podszyta ironią relacja z dziewczyną-ideałem nie ma szansy na głębokie porozumienie i namiętność. Simon również mówi wyraźne „nie” miłości, co w jego przypadku wiąże się z decyzją o pozostaniu w stanie wolnym do końca życia. Podobną drogą podąża Kate, bohaterka drugiego sezonu – stawia na pierwszym miejscu rozum i nie zamierza wejść w rolę żony. Podejście całej trójki ma oczywiście swoje przyczyny. Gdy dorastali i kształtował się ich sposób postrzegania świata, zauważyli, że miłość rani. Simon był świadkiem cierpienia matki niekochanej przez ojca, Anthony widział depresję matki po śmierci małżonka, a Kate zobaczyła, że rodzice, którzy poświęcili wiele dla miłości, tym samym sporo stracili. Zdystansowanie wobec uczuć i związki przypominające kontrakt oparty o wymianę pożądanych cech wydaje się jedną z bolączek czasów późnego kapitalizmu. Związek ma być źródłem zysku dla obu stron, a to niejednokrotnie kłóci się ze szczerością i pozwoleniem sobie na zaufanie.

Bridgertonom udało się świetnie wydobyć też specyfikę jednoznacznego postrzegania relacji damsko-męskich w świecie zdominowanym przez heteroseksualne związki. W świecie Bridgertonów potrzeba naprawdę niewiele, by wywołać plotki i spekulacje na temat romansów. Wystarczy, że kobieta i mężczyzna zbyt często (w oczach innych) rozmawiają ze sobą, nawet przebywając w większej grupie osób. Wysoce podejrzane jest na przykład zatańczenie z kimś więcej niż dwa razy. Wyraźnie widać też, że przyjaźń to relacja zarezerwowana dla osób tej samej płci. Przyjaźnie damsko-damskie i męsko-męskie są aprobowane – postrzega się je jako naturalną formę interakcji społecznych, umożliwiającą socjalizację i dostarczającą przyjemności płynącej z obcowania z drugim człowiekiem. Platoniczna relacja damsko-męska nie posiada już jednak prawa do bycia widoczną. Choć współcześnie na szczęście nie mamy do czynienia z tak ekstremalnym określaniem relacji ze względu na płeć obu stron, nadal tkwi we współczesnym społeczeństwie tendencja do sprowadzania relacji damsko-męskiej do romansu. Myślę, że widok kobiety i mężczyzny spędzających czas we dwoje ciągle skłania do przypuszczeń, że tych dwoje prawdopodobnie jest parą lub ma się ku sobie.

Bridgertonowie podsuwają w tym zakresie cenną wskazówkę. Tropienie współczesnych sprzeczności społecznych na gruncie sfery uczuć i dominujących norm seksualnych pozwala na rozpracowanie nękających nas dylematów. Ukazany w serialu rozdźwięk między celem – satysfakcją w związku, w tym także seksualną – a środkami, które mają prowadzić do jego osiągnięcia, uporczywie przypomina problemy, z którymi zmagamy się obecnie. Jak się okazuje niekoniecznie to literacka klasyka musi być najlepszą diagnostką dylematów społecznych.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Logo-Krakow_apla_H_rgb-500x154-1.jpg
Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa