Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Nowy „Doktor Who” i polska poważna normatywność

Artykuły /

BBC ogłosiło, że nową wersję głównego bohatera serialu Doktor Who zagra Ncuti Gatwa, Szkot rwandyjskiego pochodzenia. Wydawałoby się, że Gatwa pasuje do reguły castingowej, którą widzowie znają z wcześniejszych lat: jednym z najpopularniejszych Doktorów był przecież Szkot, David Tennant. Różni ich jednak pewien aspekt: kolor skóry. Jak widać po reakcjach polskich widzów, jest to rzecz skandaliczna – bo podważa wcześniejsze wyobrażenia o postaci i podburza polską, pełną powagi normatywność. 

Doktor Who to klasyka brytyjskiej telewizji. Serial, którego emisja rozpoczęła się w 1963 roku, opowiada o tytułowym Doktorze – kosmicie i dziewięćsetletnim Władcy Czasu, który podróżuje po wszechświecie w budce telefonicznej. Gdy umiera, odradza się w nowej formie; wtedy w główną postać wciela się nowy aktor. Poprzednią odtwórczynią była pierwsza kobieta w tytułowej roli, Jodie Whittaker. Po ogłoszeniu jej angażu w mediach społecznościowych zawrzało. Pojawiły się głosy, że decyzja odbiega od kanonu uniwersum.

Wśród zachodnich, głównie anglojęzycznych odbiorców, przywiązanie do normatywnych aspektów postaci nie jest aż tak mocne, jak wśród polskiej publiczności. David Tennant, tak zwany „Dziesiąty Doktor”, wspominał jednak w programie The Late Show with Stephen Colbert, że widzowie zawsze są do pewnego stopnia niezadowoleni. Twierdzą, że poprzednik nowego odtwórcy roli był ich ulubionym – wszak do takiej odsłony bohatera byli przyzwyczajeni. Krytyka kierowana w stronę Tennanta dotyczyła jego szkockiego pochodzenia, nietypowego dla pierwotnie angielskiego Doktora. 

Wśród polskich odbiorców argumenty są jednak inne: irytacja nie jest wyłącznie przejawem buntu wynikającego z przyzwyczajenia do poprzedniego aktora. Dotyczy również mocnego przywiązania do znanych od lat fikcyjnych postaci pod względem aspektów takich jak ich pochodzenie etniczne, płeć czy orientacja seksualna. Wyobrażenie odbiorców o Doktorze jest jasno sprecyzowane: powinien to być biały, cis-hetero mężczyzna. Dlatego przejęcie roli kanonicznych bohaterów przez aktorkę Jodie Whittaker czy aktora Ncutiego Gatwę wywołuje gniew. W pierwszym przypadku oburzający był fakt zatrudnienia kobiety, a w drugim osoby czarnoskórej.

Narzekający na odejście od kanonu zapominają, że główna postać to dziewięćsetletni kosmita o dwóch sercach, który podróżuje po planetach zamieszkiwanych przez różnorakie pozaziemskie istoty. Wiele z tych stworzeń pochodzi ze społeczeństw, w których nie istnieje stereotypowy podział na płcie, rasy i orientacje seksualne. Dlaczego bohater taki jak Doktor miałby podlegać normom białego, konserwatywnego społeczeństwa? Podstawowy argument oburzonych widzów to domniemana poprawność polityczna twórców. Znaczna część publiczności kojarzy bowiem Gatwę z roli queerowego Erica z serialu Sex Education. Wniosek jest prosty: ekipa castingowa Doktora Who zaangażowała go, bo występuje w lewackich, rozpustnych produkcjach, co pozwala zaspokoić pragnienia wszystkich politpoprawnych, woke fanów serialu.

Inny argument osób oburzonych głosi, że Gatwa jako czarnoskóry Doktor nie pasuje do naszej kultury. Tymczasem krąg kultury anglojęzycznej różni się od polskiego, a to właśnie do pierwszego z nich przynależy bohater. Problemem polskich odbiorców jest zakładanie, że nasza normatywność, a w tym również kanon, jest uniwersalna. Skoro więc niemal wszyscy polscy bohaterowie filmów i seriali są niezmiennie biali i cis-heteroseksualni, popkultura wywodząca się z innych części świata również powinna taka być. Wyobrażenie sobie alternatywy i stworzenie innego obrazu ukochanej postaci staje się wręcz niemożliwe.

Polskie podejście do kanonicznej normatywności jest traktowane śmiertelnie poważnie. Umyka odbiorcom również fakt, że w świecie anglosaskim zmiana cech tekstu kultury nie jest wyłącznie wyrazem emancypacji. Bywa też czystą zabawą tekstem, testowaniem abstrakcyjnego myślenia lub deklaracją artystycznej wolności. Sprawdzaniem, co stanie się z serialem, filmem czy sztuką teatralną, gdy wprowadzi się różne modyfikacje.

W podejściu kanonicznym nie ma miejsca na tak (rzekomo) skandaliczne wybryki. Trzeba trzymać się wzorca, co wymaga dodatkowego wysiłku emocjonalnego i ciągłego posłuszeństwa wobec norm. A że jest to pracochłonne i wyklucza frywolną zabawę: zmusza nas do śmiertelnej powagi. Już w szkole rozpoczyna się trening fabularnej normatywności. Czy filmowa trylogia Hoffmana jest perfekcyjnie wierna trylogii Sienkiewicza? Co się w niej nie zgadza? Czy daty są odpowiednie? Czy czapka postaci stosowna? Czy każdy dialog jest cytatem? Skrupulatny fact-checking zamyka wyobraźni drogę do interpretacyjnych eksperymentów. Polscy widzowie, nawet gdy przestają być uczniami, wciąż dyskutują o zgodności tekstów kultury z historią. Nie ma lepszej rozrywki, niż rozliczanie twórców netflixowego Wiedźmina z tego, czy ich interpretacja w pełni zgadza się ze słowiańskimi legendami – mimo że sam materiał źródłowy nie jest do cna słowiański, co podkreślał wielokrotnie Sapkowski.

Powaga normatywności przetacza się nawet przez środowiska, które same siebie określają mianem progresywnych. Aktor Oscar Isaac w marcu 2022 roku pojawił się na premierze serialu Moon Knight w garniturze, którego dolną częścią był kilt. Wśród lewicowych odbiorców, po polskiej stronie internetu, wyrażono aprobatę wobec Isaaca. A jednak pełen akceptacji nastrój szybko uległ zmianie. Uznano bowiem, że garnitur jest niezbyt dobrze uszyty – gdyby tylko był ciut lepiej dopasowany, modowy manifest miałby sens. Puf: czar prysł, niestety, Isaac nie dosięgnął ideału stosownego wyglądu. Kto te wytyczne wyznacza? Niektórzy odpowiedzieliby, że normy zawsze takie były, ale podtrzymując superbohaterską estetykę, chyba lepiej stwierdzić: we live in a [Polish] society.

Pełna powagi normatywność zżera naszą kulturę i społeczeństwo w różnych wymiarach. Niektóre z nich są absurdalne: w kwietniu 2022 roku przez Twittera przetoczyła się zażarta dyskusja o nazwach produktów roślinnych w sklepach. „Jak można określać wege produkt serem?”, „Czemu nie wymyślicie sobie własnej nazwy dla tych nie-kiełbasek?”, „Czy macie rozum i godność człowieka, tworząc sojo-parówki?” – to tylko wybrane przykłady. Najwyraźniej parówki są normatywne w swojej istocie. Nic innego, poza pulpą ze zmielonych części zwierzęcych ciał, nie może przybrać tej nazwy. Zupełnie tak, jakby mięso (choć w przypadku parówek to dość mocne słowa) w naturze występowało w kształcie podłużnej, zrolowanej w wałek papki. Weganie próbowali tłumaczyć oburzonym mięsożercom, że roślinny wyrób również może mieć status parówki. To pozycja z góry przegrana – dyskusja nie toczy się bowiem na temat roślinnych czy mięsnych składników. Antywegańskie fikołki retoryczne wymagają od oburzonych intensywnego wyostrzenia wyobraźni, bo to ona pozwala stworzyć obronne, abstrakcyjne argumenty. Ale to samo wyostrzenie jest sprzeciwem wobec odmienności i emanacją obsesji na punkcie norm, tym razem dotyczących jedzenia. Wszystko to w śmiertelnie poważnym sosie retorycznych argumentów o serze i nie-serze. 

Wyśmianie odstępowania od norm zyskuje status konstruktywnej krytyki. Po jej wyrażeniu można zrobić krok w kierunku osiągnięcia normatywnego ideału. Nie ma w polskiej kulturze aspektów, które są zwolnione z trzymania się sztywnych zasad. Normatywne mają być ciała, ekspresje, spojrzenia, jedzenie, brzmienie, reakcje na teksty kultury – zarówno członków społeczeństwa, jak i fikcyjnych postaci. Skoro w Polsce wszystko to jest odpowiednio regulowane, w innych częściach świata powinno dziać się podobnie. Tak nakazuje norma. I tylko Doktor Who jeszcze o niej nie wie.

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa