Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

ASMR, rzemieślnicy i poszukiwacze skarbów. Transfery doświadczeń na YouTube

Artykuły /

YouTube to coś znacznie więcej niż przestrzeń naśladownictwa telewizyjnych formatów. Oczywiście znajdziemy tam produkcje dokumentalne, informacyjne, poradnikowe czy nawet fabularne. Część twórców treści poszła jednak zdecydowanie dalej, rozwijając charakterystyczną gałąź gatunkową o nagrania, których podstawowym celem jest zapośredniczenie pewnego przeżycia.

Jacek Dukaj w swoim zbiorze esejów Po piśmie przedstawia specyficzną wizję dziejów ludzkości – jako sekwencji następujących po sobie metod transferu przeżyć. Cywilizacja opiera się na możliwości przekazywania sobie tego, co dzieje się w naszych głowach. Po kulturze oralnej nastąpiła kultura pisma; technologia przenoszenia informacji z mózgów na papirus, pergamin, papier, kamień czy korę umożliwiła rozwój matematyki czy ekonomii, wreszcie – powstanie innych technologii. Wśród nich znalazły się media elektroniczne, które już od czasów fonografu zwiastują kolejną epokę: kultury postpiśmiennej, umożliwiającej bezpośredni transfer przeżyć. Za modelowy rodzaj twórczości, której podstawowym zadaniem jest właśnie taki transfer, Dukaj uznaje pornografię: wszelkie inne funkcje – narracyjne, symboliczne, estetyczne czy informacyjne – są w jej wypadku trzeciorzędne. Pornografia nie jest jednak jedynym gatunkiem medialnym, który dąży do jak najbardziej wiernego zapośredniczenia doświadczeń. 

Próbują to również robić chociażby let’s playe, czyli audiowizualne zapisy bądź transmisje z przechodzenia gier wideo. To spora YouTube’owa nisza (dość wspomnieć o sukcesie streamera PewDiePie), ale i źródło sukcesu poświęconego przede wszystkim takiej rozrywce serwisu Twitch. Przyjemność płynącą z tych seansów można w pewnym zakresie porównać do tej związanej z transmisjami sportowymi. W obu przypadkach można wszak przede wszystkim doceniać to, jak ktoś opanował pewną dyscyplinę. Nie każdy let’s player dąży jednak w streamowanej rozgrywce do mistrzostwa. Czasami znacznie ważniejsza jest osobowość, charyzma, poczucie humoru czy umiejętność budowania społeczności wokół swojej osoby. Na przeciwnym biegunie znajdują się filmy pozbawione jakiegokolwiek komentarza prowadzącego, w których jedyną atrakcją jest sam przebieg gry, która z punktu widzenia odbiorcy „przechodzi się” sama. Ten drugi rodzaj let’s playów – skupionych wyłącznie na rozgrywce – jest znacznie bliżej czystego transferu doświadczenia. Tego typu nisz, niezwiązanych zresztą z grami, jest na YouTube zdecydowanie więcej.

Tu jest internet. Tu się mówi po polsku

Proteza intymności

Ukuty w 2010 roku akronim ASMR (odnoszący się do tradycyjnej chińskiej medycyny) oznacza zarówno specyficzne psychofizyczne doznania, jak i gatunek internetowych treści, które mają za zadanie je wywoływać. To przyjemne mrowienie – na plecach, skórze głowy bądź w innych częściach ciała – i towarzyszące mu poczucie relaksu jest wywoływane przez różnego rodzaju triggery („wyzwalacze”) – bodźce dźwiękowe (np. szept, szelest papieru czy dźwięk stukania w klawiaturę), wizualne (np. widok wykonywanych przez kogoś czynności manualnych) i ich synergiczne połączenia. Doświadczenie ASMR może pojawić się spontanicznie, podczas różnych sytuacji dnia codziennego, dziś kojarzy się jednak przede wszystkim z YouTube’owym formatem treści.

Twórczynie i twórcy filmów ASMR szepczą do mikrofonów, cicho czytają książki, a nawet oglądają mapy – wszystko po to, by zrelaksować swoich odbiorców i ukoić ich przed zaśnięciem. Najbardziej interesujące są jednak te nagrania, które próbują symulować bezpośrednią międzyludzką interakcję. Jako oglądający możemy więc „przeżyć” w ten sposób przemiłą wizytę w sklepie, rozmowę z barmanką, a nawet przesłuchanie przez agentkę KGB. W wypadku takich roleplayów źródłem przyjemności są nie tylko dźwięki czy obrazy, ale również towarzyszące im poczucie personalnej uwagi skierowanej wprost na nas. To protezy doświadczenia – intymność i czułość w wersji instant.

Wehikułem odbiorczej przyjemności w ASMR jest zazwyczaj cielesność twórczyń i twórców. Nie znaczy to, że ASMR jest z założenia erotyczne, choć niektóre strategie wizualne, jak chociażby partializacja ciał (np. ekspozycja wyłącznie dłoni bądź ust), mogą się kojarzyć z pornografią. Niektóre rozkosze eksplorowane w tym gatunku należą do raczej wstydliwych – bo kto chciałby się przyznać do tego, że lubi słuchać mlaskania przy jedzeniu lub patrzeć na wyczesywanie łupieżu? ASMR stanowi sposób przeżywania doświadczeń, o które trudno – przynajmniej w pełnej krasie – w codziennych, niezapośredniczonych medialnie warunkach. Ekspedientka w sklepie raczej nie poświęci nam godziny, a znalezienie kogoś, kto z entuzjazmem pokaże nam swój łupież, wydaje się naprawdę trudnym zadaniem.

Już samo oglądanie filmów ASMR może być postrzegane jako dość intymna czynność – to symulacja kontaktu z drugim człowiekiem, ale jednak przeznaczona do samodzielnej czy wręcz samotnej konsumpcji. To znów zbliża je do pornografii, choć próbują one zaspokoić zdecydowanie inne potrzeby. 

Śmieszne koty ze szczyptą algorytmu

Odzyskany blask, utracona autentyczność

Nie każdy film, który można oglądać jako ASMR, jest tak określany bądź nagrywany z taką intencją. W kategorii relaksujących YouTube’owych treści warto zwrócić uwagę na wideo poświęcone renowacjom przedmiotów. To interesujący gatunek: pasożytuje on na formule poradnika, ale jego celem tak naprawdę nie jest transfer wiedzy. Chodzi raczej o przyjemność związaną z obserwowaniem, a może nawet raczej zapośredniczonym przeżywaniem procesu renowacji.

YouTuberzy odnawiają właściwie wszystko, co tylko da się odnowić: noże, zabawki, zegarki czy konsole do gier. Niektórym zależy na tym, by poddawany renowacji przedmiot uzyskał wręcz fabryczny (czy czasami nawet: manufakturowy) stan. Inni z kolei nie przejmują się estetycznymi szczegółami, pragnąc przywrócić rzeczom wyłącznie ich funkcjonalność. Nawet to pierwsze podejście budzi wątpliwości – czy celem renowacji powinno być uzyskanie stanu idealnego? Czy w ten sposób zatarciu nie ulega sama historia przedmiotu?

Takie treści, niezależnie od renowatorskich wątpliwości, dostarczają przyjemności pomyślnego przechodzenia przez proces. Trudno potraktować je jako instruktaż; są zazwyczaj pozbawione komentarza, zaś naśladowanie przedstawionych w nich czynności i tak wymagałoby określonego zestawu wiedzy, umiejętności czy know-how. Ukoronowaniem takich filmów jest klasyczna sekwencja: porównanie stanu przedmiotu „przed” oraz „po”. Dostarcza ona radości z małego zwycięstwa nad entropią – coś zostało odzyskane, ocalone i znów może działać. Coś odzyskało dawny blask, jeśli nawet straciło autentyczność.

Współczesne zawodowe specjalizacje, globalny wolny rynek oraz masowa produkcja przemysłowa znacząco zawęziły nasze relacje z przedmiotami. Możemy doceniać ich estetykę, funkcjonalność, a nawet darzyć sentymentem, ale coraz rzadziej stanowią one wytwory naszych własnych rąk, coraz rzadziej potrafimy je naprawiać, a w niektórych wypadkach możemy nawet nie rozumieć zasad ich działania. YouTube’owe kanały poświęcone odnawianiu przedmiotów stanowią próbę ponownego nawiązania tych relacji. Jednocześnie nie zachęcają one widzów do naśladownictwa – przyjemność rzemieślniczej pracy zostaje tam przeżyta za nas. My możemy cieszyć się tak procesem, jak i efektem, ale nie wymaga to od nas żadnej wiedzy, wysiłku ani pobrudzonych rąk.

Pora na przygodę

Filmy o renowacjach czy klasyczne ASMR najczęściej są nagrywane w dobrze znanych twórcom przestrzeniach. Są jednak i takie nagrania, dzięki którym wraz z YouTuberami możemy odkrywać, eksplorować i przeżywać przygody.

W ramach szeroko pojętych filmów outdoorowych istnieje wiele nisz. Jedną z nich jest dokumentowanie tzw. urbeksu (od „urban exploration”), czyli zwiedzania różnego rodzaju opuszczonych obiektów – nieczynnych fabryk, kanałów, pustych domów czy szpitali. Urbeksowi towarzyszy etos, który stanowi wyraz sprzeciwu wobec plądrowania bądź dewastowania takich miejsc. Jedyną radością ma być tu sama eksploracja. Zwiedzanie takich przestrzeni wiąże się z różnymi zagrożeniami – chociażby możliwością złamań, skaleczeń, pogryzień przez dziko żyjące psy, spotkań z agresywnymi osobami czy nawet konsekwencji prawnych. Stąd twórcy urbeksowych filmów zniechęcają do naśladownictwa i najczęściej nie zdradzają lokalizacji eksplorowanych obiektów. 

Z różnymi problemami, głównie tymi natury prawnej, mogą się też wiązać poszukiwania przy pomocy wykrywaczy metali. YouTuberzy-detektoryści zdejmują jednak z widzów jakiekolwiek ryzyko. Różnego rodzaju skarby – stare monety, łuski, ale również i zgubiona biżuteria – kryją się tak w wodzie, jak i na lądzie. Oglądając materiały z ich poszukiwań, otrzymujemy esencję tej przyjemności – czujemy emocje związane z nieprzewidywalnością znalezisk i możemy zobaczyć najciekawsze spośród nich. Jednocześnie montaż pozbawia nas uczestnictwa w innych – być może też przyjemnych, ale zdecydowanie bardziej męczących – aspektach poszukiwań: wielogodzinnych dojazdach, zmaganiach z niesprzyjającą aurą czy wreszcie frustracją lub nudą mogącymi towarzyszyć brakowi interesujących „trafień”. 

Kolejną kategorią outdoorowych wideo są materiały poświęcone bushcraftowi – czyli, w pewnym uogólnieniu, sztuce przetrwania wśród dzikiej przyrody. W ramach tej niszy znacznie częściej można znaleźć filmy o ambicjach instruktażowych i edukacyjnych; nie brakuje jednak też czystych transferów doświadczenia. Eksploratorzy zbierają jadalne rośliny, zakładają leśne obozowiska, przygotowują posiłki, a jeśli pozwala na to miejscowe prawo – również polują. Tu również możemy cieszyć się wyselekcjonowanymi elementami doświadczenia: romantyką wschodu słońca w dziczy czy przytulnością namiotu w czasie deszczu. Jednocześnie transferowi nie ulegają mniej przyjemne części przygód – przemoczone buty, zmęczenie czy strach.

Ekstrakty z życia

YouTube to medium wprost idealne dla zapośredniczania przeżyć. Nawet bardzo niszowe treści mogą znaleźć tam swoją publikę dzięki globalnemu zasięgowi, na co nigdy nie miałyby szans chociażby w tradycyjnej telewizji. Współczesna technika sprzyja zresztą nie tylko dystrybucji, ale i produkcji takich transferów – niedrogie sportowe kamery ułatwiają nagrywanie materiałów w konwencji POV (point of view), w których śledzimy przygody YouTuberów prawie że ich oczyma. Łatwo sobie wyobrazić jeszcze dalej idące technologie zapośredniczenia – nagrania 360° i gogle VR są już dostępne, wystarczy poczekać na ich upowszechnienie. 

Oczywiście – prawie każdy z omówionych wyżej pokrótce rodzajów treści może stanowić inspirację do samodzielnych prób. Natchnieni przez YouTuberów możemy wyruszyć na weekend w lesie, spróbować coś odnowić, a może i nawet poszukamy obrączek na dnie kąpieliska. Większość z nas zapewne jednak nigdy tego nie zrobi. Internet uświadamia nam pewną wspaniałą i przerażającą zarazem rzecz: istnieje niezliczona liczba możliwości, potencjalnych lifestyle’ów, fascynujących aktywności i geekowskich nisz. Nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego ogarnąć. Życia jest paraliżująco za dużo.

Sam godzę się z tym, że prawdopodobnie już nigdy nie zrobię wielu rzeczy. Zapewne nie spełnię marzenia z dzieciństwa i nie kupię wykrywacza metali, by szukać skarbów. Szanse na to, że zajmę się rzemiosłem, też są dość niewielkie. Pewnie nawet nie będzie mi się chciało założyć lasu w słoiku. Nie szkodzi. Ktoś może przeżyć to wszystko za mnie, a ja sobie chętnie popatrzę – i w pewnym sensie, ekstraktowo, doświadczę.

Projekt „Kultura w akcji” jest współfinansowany ze środków Miasta Krakowa.

Rafał Sowiński

(ur. 1992) Kulturoznawca, na co dzień pracuje jako copywriter i marketingowiec. Doktorant Wydziału Polonistyki UJ, gdzie próbuje pisać pracę o związkach hauntologii i kultury internetu. Założyciel Facebookowego bloga „niskie teorie” oraz pomysłodawca i administrator grupy „Jak będzie w Polonii 1? – sekcja retromanii, duchologii i nostalgii”. Mieszka w Krakowie, pochodzi z Więckowic pod Tarnowem.