Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Alternatywny kanon polskiej muzyki rozrywkowej po 1989 roku

Artykuły /

Kilkanaście miesięcy temu poprosiliśmy wybranych krytyków i krytyczki muzyczne o pomoc w tworzeniu „alternatywnego kanonu polskiej muzyki rozrywkowej”. Tym razem ograniczyliśmy się do płyt wydanych/artystów debiutujących po 1989 roku. Bo choć sam posttransformacyjny kanon może wydawać się bytem niedookreślonym i wymagającym głębszej dyskusji, nie ulega wątpliwości, że wiele artystek i artystów nie doczekało się do tej pory należnej atencji. Poznajcie typy naszych gości – zapraszamy też do dzielenia się własnymi propozycjami w komentarzach:

*

Kuba Ambrożewski (Ambrocore, Radio Kampus)

Big Day. W przeciwieństwie do drugiego „Biga” na polskiej scenie lat 90., Big Day daleko było do grupy komediowej. Mimo to formacja z Olsztyna nigdy nie była brana do końca na serio. Może to kwestia, mniej oczywistych od dominującego wówczas grunge’u i hard rocka, wpływów (dość powiedzieć, że zespół zaczerpnął nazwę z piosenki XTC znajdującej się na genialnym, lecz praktycznie nieznanym w Polsce albumie Skylarking), może chodzi o trudno uchwytną poetykę tekstów, rzadko mówiących wprost o rzeczywistości czy relacjach międzyludzkich, a może po prostu – od pewnego momentu – o niesprawiedliwą łatkę wykonawcy jednego, wakacyjnego przeboju? Sęk w tym, że W dzień gorącego lata to bodaj najmniej reprezentatywny i być może najsłabszy z singli Big Day – prościutka piosenka napisana przez Marcina Ciurapińskiego w nastoletnich, „harcerskich” czasach, wiele lat przed założeniem zespołu w 1992 roku. W swoim najbardziej płodnym, klasycznym okresie (od 1993 do 1997 roku) Big Day wypełniali swoje albumy kolorową mozaiką: psychodelicznym popem utrzymanym w tradycji „lata miłości”, nowofalowym rockiem à la B-52’s, eterycznymi gitarowymi balladami czy pełnymi optymizmu, britpopowymi trzyminutówkami. Siłą grupy była nie tylko wyjątkowa artystyczna i życiowa symbioza Anny Zalewskiej i Marcina Ciurapińskiego, objawiająca się w harmoniach wokalnych i budzącej sympatię, wizerunkowej spójności projektu, ale także gitarzysta Wojciech Olkowski, który po szczegółowej analizie najciekawszych muzycznie indeksów zespołu okazuje się tu kluczowym songwriterem. Porywający parkietowy hymn Ocsid ośmiesza swoją chwytliwością i zgrabnością większość „tanecznych” prób rodzimej (i nie tylko) sceny indie z późniejszej dekady. Można rozpłynąć się w otwierającym czwarty album Fenomenie, zderzającym dream-popową melancholię z gitarowym wykopem na modłę Radiohead z The Bends albo w zamykającej Dzień trzeci gwiezdnej kołysance Uspokojenie. A britpopowy hicior Inni, którego zamaszysta melodia mogłaby równie dobrze należeć do Bretta Andersona ze Suede, to ścisły top polskich piosenek tego okresu. Ale oddajmy królewskiej parze, co ich: Ania nie tylko współkomponowała te utwory z Olkowskim, ale też jako wokalistka z płyty na płytę stawała się coraz mniej manieryczna i coraz pewniejsza swoich nieprzeciętnych warunków, a Marcin zapisał się w historii polskiego rocka już jako jedyny autor tytułowego W świetle i we mgle z debiutu – mocarnego rockowego hymnu, zaczepionego jedną nogą w tradycji Breakoutu, a drugą w madchesterskiej estetyce Stone Roses. Utwory Big Day z okresu 1993-97 – powstało ich ponad pięćdziesiąt – nie zawsze są tak ciekawe i oryginalne, ale niosą rzadką dla tej epoki bezpretensjonalność, mają naturalny urok i mnóstwo świetnych melodii, których prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście albo już tego nie pamiętacie. 

Bartek Chaciński („Polityka”, blog Polifonia)

Maestro Trytony. W drugiej połowie lat 90. do polskich mediów przebił się już yass – zjawisko ważne, ale przy tym podszyte zgrywą, skłonnością do performansu i z punkową zadziornością traktujące tradycję jazzową. Ta scena zmieniła polską muzykę, ale opowieść o niej zdominowali wtedy jej dwaj najbarwniejsi przedstawiciele: Ryszard „Tymon” Tymański, lider Miłości, i Jerzy Mazzoll stojący na czele Arhythmic Perfection. Gdzieś w tle, bez wielkich nagród i dużej publiczności, działał reprezentujący „szkołę bydgoską” nurtu yassowego gitarzysta, perkusista i kompozytor Tomasz Gwinciński. Enoptronia jego grupy Maestro Trytony (wcześniej był liderem pionierskiego tria Trytony) okazała się najciekawszym z tych najmniej docenionych albumów yassowych. To spotkanie ambitnego rocka spod znaku nurtu Rock In Opposition z jazzem, psychodelią i tradycją muzyki współczesnej. Swobodne, finezyjne brzmieniowo, z partiami fletu (Tomasz Pawlicki), wiolonczeli (Renata Suchodolska), mnóstwem gości (m.in. trębacz Andrzej Przybielski) i sekcją rytmiczną składającą się z nieżyjącego już basisty Tomasza Hessego oraz robiącego dziś solową karierę Rafała Gorzyckiego. Był w tym ich spotkaniu żar eksperymentu, ale efekt końcowy trafił raczej na mur niezrozumienia.  

Borys Dejnarowicz (Substance Only)

Agnieszka Maciąg. Na pierwszy rzut oka jedyny album w dyskografii Agnieszki Maciąg, zatytułowany Marakesz 5:30, aż błaga o klasyfikację jako zbędna czy wręcz kompromitująca fanaberia celebrytki znudzonej wygodnym życiem. Wielu odruchowo chciałoby go zapewne zamknąć w podobnej szufladce, co choćby najnowszą książkę Małgorzaty Domagalik o Jerzym Brzęczku. Oto przecież sytuacja, w której osoba niekompetentna i średnio obeznana w realiach danego sektora wystawia się na pośmiewisko ze strony ekspertów i ponosi sromotną klęskę. Jednak taki werdykt świadczyłby raczej o lenistwie oceniających, bo płycie Maciąg znacznie bliżej do zaskakującego sukcesu artystycznego krążka Paris Hilton, wyprodukowanego przez Scotta Storcha. Tu z kolei za muzyczne powodzenie obszernych fragmentów odpowiedzialny był niepozorny czarodziej konsolety Tobias Meggle.

Piosenki otwierającej album, czyli Zatrzymaj czas, nie musimy już chyba dyskutować. Dość powiedzieć, że w historycznych podsumowaniach polskiej muzyki rozrywkowej umieściły ją wysoko portale Screenagers i Porcys. A i mnie w 1996 roku zdołała zachwycić – jako 13-letniego wtedy fana grunge’u. To wciąż jeden z niewielu songów w dziejach, który skutecznie robi to, co mówi (pamiętny Zbigniew Ziobro w remiksie Szymona Majewskiego) w tytule. Poza kultową w pewnych kręgach ripostą gitary w refrenie (hook z cyklu „trafiony-zatopiony”, rzecz niepowtarzalna w swojej kondensacji motywicznej), obezwładnia też lekkość interpretacji Anoushki (jak ją pieszczotliwie nazywa w Give It Up występujący gościnnie Patrick Gammon). W tej urokliwej nieporadności skromnych nucanek czai się „efekt Cassie”. Czyli przypadek, gdy delikatność wyrazu i uroda timbre są cenniejsze od potęgi głosu – a to wystarcza.

Indeks drugi i zarazem drugi singiel z tej kolekcji, a więc nagranie tytułowe, to jedyny tutaj moment jakkolwiek aspirujący do poziomu openera. Wpierw zachwyca pięknie zmontowane przejście między obydwiema pieśniami. Przytulny cross-fade z wiatrem, mewami i dyskretnymi odgłosami burzy rozwija pasaż saksofonu sopranowego, odsyłającego wprost do Stiny Nordenstam (a dokładnie do jej Crime). Sax dialoguje ze śpiewającą Agnieszką już do końca, zaliczając jeszcze po drodze wykwintne solo. Rozstaniowa ballada R&B łączy ekskluzywny groove rodem z Bedtime Stories Madonny i cierpki posmak sercowych wyznań Sade. Start-stopowy bit ma w rytmice coś z Zapytaj mnie czy cię kocham Republiki. Chromatyzująca melodyka zmysłowo przenika słowa (przez okno widzę jak… o-odchodzisz stąd). A nad wszystkim króluje eteryczny, niezapomniany refren: nie ma cię w tym mieście. Czysta synestezja.

Co się na tej płycie dzieje później? Sceneria wydarzeń to przeważnie puste pokoje hotelowe i pustawe kluby, w których nikt się nie bawi, a nieliczni goście topią smutki w drogich drinkach. Utwory odnoszą się do kolejnych przystanków w międzykontynentalnej podróży (Paryż, Marakesz, Nowy Jork, Mediolan), co układa się w opowieść o nieprzespanych nocach, jednak nie z powodu szalonego imprezowania, lecz uczuciowej samotności. To bezwstydne sportretowanie luksusowego lifestyle’u ze snu i jednocześnie rozczarowania nim – na kilkanaście lat przed Drakiem, social mediami, Instagramem i Pudelkiem. Niby-komfortowa oprawa dźwiękowa kanału Fashion TV z lat 90. (jeśli ktoś pamięta, o czym mówię), przez co dziś spokojnie może funkcjonować jako lokalna pożywka dla postkonsumpcyjnej strategii vaporwave’u. 

Stricte stylistycznie znajdziemy tu bogaty melanż dobrego muzaku (nawiązując do Reynoldsa i jego rozróżnienia na dobre i złe retro – jak dobry i zły cholesterol). Klasyczna bossanova, ambitniejsza odmiana francuskiego chanson, brytyjskie mondeo i acid jazz (Piosenka dziękczynna). Przemyka też urywek z amerykańskiego house’u Larry’ego Hearda (Give It Up) i odrobina ambient popu (Unoszę się z basowym cytatem z We Are the Music Makers Aphex Twina). A obok perwersyjnie rozerotyzowane nawiązania do prowokacyjnych melodeklamacji Vanessy Daou i gregoriańsko-new age’owych projektów w rodzaju Enigmy (To grzech). Jest też trip-hop à la Massive Attack z Protection, liryczna odsłona De Mono (Zapomnę), w którego klipach artystka zresztą grywała, downtempo ze smooth-jazzowymi akcentami (Nocą szukam ciebie) oraz łagodna odmiana eurodance (Namorados Escondidos).

Nie wszystkie z tych prób są udane, nie wszystkie się bronią, ale czy to powinno być kryterium zaliczenia do kanonu? Słyszałem mnóstwo płyt, które teoretycznie broniły się od każdej strony, ale w praktyce ani razu nie chciałem do nich wrócić… Zresztą, choć materiał powstawał pod okiem niemieckiego producenta z towarzystwem sesyjnych „internacjonałów” i nawet formalny wydawca zarejestrowany był za naszą zachodnią granicą (firma Zic Zac najwyraźniej wzięła tylko licencję), nieuchronnie przynależy on do fikcyjnego kanonu nadwiślańskiego poptymizmu. Bo czy ktoś wtedy u nas tak grał? Pionierski na rodzime warunki, solowy debiut Nosowskiej, zawierający trip-hop z żeńskim wokalem, ukazał się właściwie równocześnie, bo we wrześniu 1996. Tu warto dodać, że track Zapomnę Maciąg pod względem muzycznym spokojnie odnalazłby się właśnie na puk.puk. Każdy wyciągnie z tego faktu takie wnioski, jakie będzie chciał.

Olga Drenda (Duchologia)

Trupy – Songs for Genpo. Chwilami jest to tribute album dla późnych Beatlesów, chwilami zenarchiczna medytacja, a czasami yassowy zlew. Zwyczajnie ładne akustyczne momenty równoważy tu absurdalnie serowy heavy rock na granicy autoparodii. Na pewno z tej wycieczki największych postaci yassowej sceny w kierunku rocka wyszedł album o bardzo trójmiejskim brzmieniu, zjeżdżający nieraz swobodnie w kierunku bezpretensjonalnego jamu. A Każde zwierzę koi dotyk to jedna z najfajniejszych polskich piosenek o miłości.

Asia Kaniewska (dziewiętnaście czwartych)

Jacaszek. Michał Jacaszek rozpoczął swoją karierę w latach 90. od autorskich audycji radiowych z tworzonymi przez siebie elektronicznymi tłami dźwiękowymi. W 2004 roku ukazał się jego solowy debiut, ironiczne i dowcipne Lo-fi stories. Na późniejszych albumach obrał jednak inny kierunek brzmieniowy: mroczny, a zarazem niezwykle delikatny. Poruszając się w tej estetyce, nagrał wiele niesamowitych albumów, między innymi Treny (2008), Kwiaty (2017) i Music for Film (2020). Jest też znany ze skomponowania soundtracków do takich filmów jak estoński horror Listopad (2017) czy też nasze rodzime Sala samobójców (2011) i Hejter (2020).

Tyle, jeśli chodzi o – bardzo skróconą – muzyczną biografię. Co się zaś właściwie za nią kryje? Dla mnie magia muzyki Jacaszka opiera się na dwóch filarach: pierwszym z nich jest niezwykła struktura dźwięku, drugim: niezwykła wrażliwość poetycka.

W swojej twórczości kompozytor wykorzystuje wszelkie dostępne mu środki: elektroniczne sample, instrumenty tradycyjne, śpiew – pod postacią gościnnych występów zaprzyjaźnionych, niezwykle utalentowanych wokalistek – a także tak zwane musique concrète (czyli elektronicznie przetwarzane nagrania). Bogactwo sonicznego arsenału sprawia, że ciężko jest przypisać jego muzykę do konkretnego gatunku. Niby można byłoby wrzucić te utwory do szuflady z „elektroniką”, z drugiej strony nie przypominają one żadnych innych projektów elektronicznych, które znam. Uciekając się do metafor wizualnych, powiedziałabym, że muzyka Jacaszka jest wyjątkowo gęsto tkana. Nie nazwałabym jej przestrzenną (w takim sensie, jak u Briana Eno, specjalisty od kontemplacji pojedynczych nut), ale też nie ma tu miejsca na dysonanse czy noise. Wręcz przeciwnie: wszystkie wykorzystane przez artystę dźwięki splatają się ze sobą i tworzą eteryczną, a zarazem ciężką atmosferę, która otula mózg niczym tkanina najlepszej jakości.

Melodie to jednak zaledwie połowa tego, co autor Kwiatów i Trenów ma do zaoferowania. Spójrzmy chociażby na dwie wymienione w poprzednim zdaniu płyty. Album Treny wyrósł na inspiracji znanymi wszystkim Polkom i Polakom wierszami Jana Kochanowskiego. Uch, lektury szkolne! Ciężko o coś, co budzi bardziej zniechęcające skojarzenia, prawda? A tymczasem Jacaszek zdołał ujrzeć je na nowo i wydobyć z nich esencję żałoby, tęsknoty i smutku. Gdyby wykorzystać jego muzykę przy omawianiu dzieł Kochanowskiego w szkołach, myślę, że na pewno uczniowie i uczennice wynieśliby z takich lekcji coś więcej niż „klasyk wielkim klasykiem był”. Z kolei iskrą, która przerodziła się w album Kwiaty, była poezja XVI-wiecznego angielskiego poety, Roberta Herricka. Dzięki oprawie muzycznej Michała oraz wokalom Hani Malarowskiej, Joasi Sobowiec-Jamioł i Natalii Grzebały wiersze przekraczają granice czasu i przestrzeni: zatracają swoją obcość, zrzucają skorupę bariery językowej i przemawiają bezpośrednio do emocji. Duch fascynacji poezją unosi się nad wieloma innymi projektami Jacaszka, a dzięki jego talentowi przechodzi też na słuchaczki i słuchaczy jego twórczości, w tym również na takich, którym wiersze kojarzą się z nudną analizą rymów w liceum (to nie ja, mówię o koleżance…). Wybaczcie mi przesadę: naprawdę wierzę, że ta muzyka rozwija wrażliwość oraz poszerza wiedzę o literaturze i świecie.

Może Jacaszek nie jest dostatecznie alternatywny, by znaleźć się w tym zestawieniu – ostatecznie za swoją twórczość otrzymał niejedną nagrodę, grał na Openerze i tworzył muzykę do projektów Jana Komasy. A jednak mam wrażenie, że wciąż jest znany za mało, zwłaszcza w dzisiejszym świecie nadprodukcji wszelkich tekstów kulturowych. Jeśli zaś miałabym wskazać artystów, którzy powinni wejść do kanonu polskiej muzyki – alternatywnej lub nie – to zdecydowanie znalazłby się w czołówce moich typów. Mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi znajdzie się i w waszej.

Maciej Koprowicz („Teraz Rock”)

Świat Czarownic. Jak wiele miast może poszczycić się rdzennym, całkowicie własnym gatunkiem muzycznym? Jest Berlin School, Chicago house, Memphis rap, Dunedin sound… I Piła sound. W krajobrazie polskiej alternatywy lat 90., wielkopolski gród spod znaku jelenia wyróżniał się unikalną punkową subsceną o bardzo swoistym brzmieniu. Takie kapele jak Świat Czarownic, Alians czy Globtroter łączyły hardcore punk z reggae, ska i dubem oraz wyrazistymi akcentami rodem z folku i world music (niezbędne wyposażenie typowej załogi z Piły? Akordeon, flet i fujarka). Ich nagrania cechował też jedyny w swoim rodzaju, odrealniony klimat, przywodzący na myśl jakieś mistyczne obrzędy, bez wątpienia zrodzony w oparach ziołowych specyfików. Brzmienie zespołów znad Gwdy było w tamtych czasach tak wpływowe, że do Piła Sound niektórzy zaliczają podobnie myślące o muzyce zespoły z innych miejscowości, na przykład Fate i Neuropatię.

Największą popularność z kręgu pilskiego grania zdobył Alians, ale za szczytowe osiągnięcie tego genre uważam wydany w 1994 roku debiut Świata Czarownic; swego rodzaju punkowej supergrupy – klasyczny skład tworzyli śpiewający gitarzysta Kozak (Pidżama Porno), nieodżałowany basista Dósiołek (Alians) i perkusista Siwy (Rebelia). Wyprodukowany przez samego Roberta Brylewskiego album Hokka Hey stanowi esencję brzmienia Piły – hardcore’owa naparzanka, ale bardzo często przełamywana jamajską rytmiką, duża dawka bardzo chwytliwych, „pidżamowych” melodii (zespół wykorzystał zresztą dwa teksty Grabaża, Codzienność i Blues), a wszystko to zanurzone w gęstym sosie dubowo-trawowo-grzybowym. Do tego „szamańskiego” punka Świata Czarownic idealnie pasują teksty. Dość proste, hasłowe, ale całkiem intelektualne, z nawiązaniami do literatury fantasy (Andre Norton, Ursula K. Le Guin itd.). Przesiąknięte absurdalnym humorem, a zarazem uduchowione. Gdy słucham Drugiej istoty czy Kuźnika, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy Piły pojęli jakąś ważną życiową prawdę, niedostępną reszcie śmiertelników.

KH (Krytyka Kolektywna)

Andrzej Korzyński – Szamanka (OST). Andrzej Korzyński to legenda polskiej muzyki filmowej i rozrywkowej (od Wajdy przez Kleksa po Franka Kimono), a jego soundtrack do Opętania jest uniwersalnie docenionym klasykiem. Zupełnie zapomniana została natomiast ścieżka dźwiękowa do innego dzieła Żuławskiego, Szamanki z 1996 roku. Nie jest to płyta wybitna, ale na pewno: wyjątkowa. Gdzie indziej usłyszymy bramkowaną perkusję godną Phila Collinsa, hair-metalowe fajerwerki gitarowe, terminatorowe rytmy, peruwiańskie flety popularne wtedy na naszych ulicach oraz chór śpiewający Zdrowaś Mario? Niektóre tytuły zawstydzają (Extaza Sexu), niektóre utwory przypominają muzykę z typowego intro serialu anime (Apokalipsa) albo przywołują duchologiczną atmosferę VHS-owych sensacji z lat 80. i 90. Takich rzeczy, opatrzonych znaczkiem „made in Poland”, istnieje niestety niewiele. Dostajemy również rewelacyjny carpenterowski temat przewodni w kilku wariantach oraz syntezatorową melancholię à la Badalamenti. Momentami ten OST pasuje bardziej do jakiegoś polskiego Blade Runnera, a nie do kuriozalnego filmu, któremu z czystym sumieniem można dać 1/10. Uwaga, szukajcie w internecie oficjalnego wydania (20 utworów) z 2015 roku. Na Spotify jest jedynie okrojona wersja, pod zmienioną, zagraniczną nazwą Chamanka

Łukasz Krajnik (Kulturalny Sampling)

Cool Kids of Death – 2. Obecnie hasło CKOD kojarzy się chyba tylko i wyłącznie z debiutanckim albumem. Nic dziwnego  – panowie mieli wtedy apetyt na wielkie hity i socjologiczne manifesty, które zostały zaadaptowane przez rodzimą popkulturę już po wsze czasy. W 2002 roku nikt nie potrafił tak zgrabnie żenić punkrockowej energii z głównonurtową przebojowością. Wielki sukces szybko jednak się „Kulkom” przejadł. Zaledwie rok później wydali 2 – spektakularne artystyczne seppuku. Jeśli „jedynka” nakarmiła ich spragnione adoracji ego, to „dwójka” wywołała w nim torsje.

Następca płyty z żółtą okładką nie zagrzał miejsca w panteonie polskiego rocka. Przyczyny umiarkowanej porażki na pewno nie należy szukać w braku potencjału singlowego. Owszem, album numer dwa wyróżniał się nieco bardziej chropowatym brzmieniem, ale zawierał przecież kilka hitów (Armia zbawienia, Uciekaj, Hardcor). Dlaczego więc nasz rokendrolowy kanon szybko zapomniał o tym projekcie?

Można snuć wiele domysłów, ale chyba jeden wydaje się najbardziej prawdopodobny. Na swoim drugim krążku CKOD wyrażali się w zbyt lekceważącym tonie o namiętnościach rodzimego rocka: sprzedaży detalicznej buntu i obsesji scenicznej autentyczności. Ponadto posłużyli się przy tym bezlitosną autoironią, stawiającą debiutanckie LP w mało korzystnym świetle. Nagle tytuł nominowany do Fryderyka i promowany przez magazyn „Teraz Rock” został obiektem drwin samych twórców.

Ostrowski i spółka obwieścili wszem i wobec, że nabrali opinię publiczną i wcale nie są zbawcami punkrocka. Melodie z „dwójki” przypominały gorzką karykaturę patentów z „jedynki”. Wydawały się produktem automatycznego punkowego generatora, wypluwającego garść podobnych do siebie podkładów.  Z kolei teksty wykrzykiwane przez Ostrowskiego sprawiały wrażenie przeterminowanych już w momencie powstania. Mogły kojarzyć się z wulgarnymi rymowankami nabazgranymi na murku (Koniec / Ukręciłem sobie głowę / Będę podły i ponury / Wyrżnę wszystkie subkultury). 

Wartość tego albumu kryła się w jego zdystansowanej retoryce. Nowi pupile gitarowego światka spoglądali na swój sukces z perspektywy narracji trzecioosobowej i bez litości punktowali sztuczność sytuacji, w jakiej się znaleźli. Nabijali się z wizerunku czołowych buntowników III RP i zamiast dalej sprzedawać VIVIE oraz MTV spreparowane pokoleniowe hymny, wpychali wszystkim do gardła rubaszną autoparodię. 

W Polsce po 1989 roku (a może nawet nigdy) nie powstał materiał, który w tak bezkompromisowy sposób ukazywałby banalność mitów lokalnego rock’n’rolla. Jeśli etos punkrockowy rzeczywiście formuje idea bezwzględnej szczerości, to do dziś jest punkrockowa na 200%. 

Marcin Małecki (Screenagers.pl,

Czas Kultury)

Happy Pills. O Zbigniewie Hołdysie mówi się, że gdyby nie piraci, to byłby jak Eric Clapton. W przypadku Happy Pills podobne, nieco hiperboliczne porównanie mogłoby brzmieć następująco: gdyby nie wydarzenia z 11 września 2001, to byliby równie znani jak Pixies. College rockowcy spod Poznania starali się od wczesnych lat dziewięćdziesiątych podzielić z lokalną publiką swoim upodobaniem do hałaśliwych piosenek spod znaku wspomnianych Pixies, Sonic Youth czy Weezera. Niestety – bezskutecznie. Łatka pionierów gitarowej alternatywy w naszym kraju może i brzmiała dumnie, ale nie przełożyła się nigdy na tłumy na koncertach – zarówno w głównej fazie działalności, z Agnieszką Morawską jako frontmenką (lata 1996-2002), jak i w późniejszej reinkarnacji z Natalią Fiedorczuk na wokalu (od 2008 roku). A przecież Happy Pills potrafili stworzyć nie tylko świetne melodie przełamane przesterami (Miles czy I Know z debiutanckiej płyty, Yuppie z Lo-Fi), ale też minimalistyczne wręcz kompozycje poruszające do szpiku kości (Piano Song). Mieli też rękę do coverów: Allison Pixies, Strange Galaxie 500, Telewizja Kryzysu to zaledwie kilka z utworów, które zagrali zupełnie po swojemu. Po wydaniu czwartego albumu zatytułowanego Smile, grupa miała odbyć trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych: były reklamy w prasie, zaplanowane występy na wschodnim wybrzeżu, w tym na nowojorskim showcase’ie CMJ, pośród takich artystów jak Clinic, Interpol, Sparklehorse czy Four Tet. Muzycy wylecieli 11 września 2001 z Frankfurtu do Nowego Jorku, jednak na skutek wiadomych wydarzeń samolot został zawrócony do Niemiec, a Happy Pills nigdy nie podbili Zachodu. Nigdy też nie podbili naszego lokalnego rynku i zostali już na zawsze ciekawostką dla zajawkowiczów, co według mnie jest jedną z największych porażek w historii polskiej muzyki rozrywkowej.

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci. Więcej na stronie: pop89.pl

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, „Czasu Kultury" i „Dwutygodnika”. Stypendysta MKiDN w roku 2018, stypendysta NCK w roku 2020. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współautor fanpage’a Niedziele Polskie, autor facebookowego bloga Popland. Prowadzi zajęcia dotyczące muzyki popularnej na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, współprowadzi audycję „Duopop" w Off Radiu Kraków.