popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Ucieczka i stymulacja (Kora „Stoję, czuję się świetnie”)
KORAPOPM
RECENZJE | 07.07.2014

Ucieczka i stymulacja (Kora „Stoję, czuję się świetnie”)

To już było. Stoję, czuję się świetnie to kolejna część cyklu 33 piosenki na papierze, wydawanego przez Biuro Literackie, tym razem poświęcona tekstom Kory. Taki tytuł nosi również piosenka zespołu Maanam, a także (w wersji zredukowanej do samego Czuję się świetnie) – fabularyzowany dokument o grupie. Już w czasach jego realizacji, na początku lat osiemdziesiątych, filmowcy wpadli na pomysł podobny co BL w roku 2014. Akcja. Poprzez dość pretensjonalne scenki rodzajowe z życia polskiej szkoły, widz trafia na lekcję języka polskiego, na której PRL-owski Pimko pracuje z dziećmi nad recytacją tekstów Maanamu. W kulminacyjnej scenie kształcona przez niego uczennica uświetnia swoją deklamacją uroczystość nadania placówce imienia „Aleksandry Jackowskiej – poetki”, mimo że Aleksandra to drugie imię Olgi Jackowskiej. Całość spuentowana zostaje sceną odsłonięcia popiersia artystki i złożenia podeń kwiatów. Cięcie.

Cięcie głębokie, przepastne – tego potrzebował całkiem sensowny pomysł, jakim było potraktowanie tekstów Kory jako wierszy, zrealizowany jednak w sposób nachalny, patetyczny i ostatecznie płytki. Biuro Literackie podjęło wątek, grubą kreską oddzielając się od konwencji filmu. Trzecia już zatem propozycja o nazwie Stoję, czuję się świetnie najmocniej i w bardzo wyważony sposób akcentuje liryczność propozycji artystycznej Olgi Sipowicz, primo voto Jackowskiej. Zarazem czwarta część cyklu 33 piosenki na papierze (przypomnijmy: po Krzysztofie „Grabażu” Grabowskim, Lechu Janerce i Bartku „Fiszu” Waglewskim) najbardziej przekonująco stawia pytanie: piosenka czy wiersz? (spora w tym zasługa Marty Podgórnik – autorki wyboru). Mnie samej dość łatwo przyszło zawieszenie tej wątpliwości na korzyść drugiej opcji i – bardziej niż dywagacje gatunkowe – pochłonęła niezwykłość świata wyobraźni Kory oraz pełen dramatyzmu stosunek do rzeczywistości, determinowany przez potrzebę ucieczki i nieustannej stymulacji.

Najpierw jednak o samym przeniesieniu dźwięków (proponuję szerzej: fenomenu scenicznego) na papier. Marta Podgórnik w posłowiu dotyka doświadczenia bliskiego czytelnikom całej serii 33 piosenek – natręctwa mimowolnie pojawiających się w głowie melodii. Neutralizuje problematyczność zjawiska, sugerując, że pozbawianie się muzycznego kontekstu nie jest konieczne, może nawet niewskazane. Ja tymczasem mam poczucie, że spośród bohaterów całej serii właśnie Kora takiego uwolnienia potrzebowała najbardziej, w końcu już na kilka pokoleń odbiorców pada cień pomnika (w Czuję się świetnie kadrowanego z perspektywy żabiej, monumentalnego). Dla osób o metryce uniemożliwiającej spontaniczny odbiór Maanamu, wykluczającej z kręgu świadków kolejnych płyt, pierwszy kontakt z zespołem był kontaktem z monolitem, w którym wszelkie niuanse, cechy różnicujące poszczególne etapy twórczości zostały sprasowane do składanki The Best of i setu w radiu Złote Przeboje. Maanam był na dodatek monumentem reprezentującym pewną kulturę, której istota streszcza się w sformułowaniu: podziemie rockowych buntowników sprzeciwiających się komunistycznej rzeczywistości. Wizerunek dopełniony radiową anegdotą o piosence To tylko tango (objęta cenzurą okupowała czołowe miejsce Listy Przebojów Trójki, sygnalizowana jedynie charakterystycznym dżinglem na werblach) determinował odbiór utworów, załatwiał problem głębokiego (z)rozumienia, interpretacji. Kontrkultura, Kraków lat siedemdziesiątych, hippisi, muzyczna nowa fala, Kocham cię, kochanie moje – wiemy, znamy! Tymczasem teksty Kory przelane na papier magnetyzują w podobny sposób co Kora na scenie, absorbują na tyle, by zapomnieć o uciążliwym pomniku i popaść w lekturę bez uprzedzeń. I nagle okazuje się, że myśląc o krakowskości Maanamu, Korze bliżej do Ewy Demarczyk czy nawet Awangardy Krakowskiej niż do Macieja Maleńczuka (kolejna ikona tych lat, zresztą Kora śpiewała na płycie Bela Pupa zespołu Püdelsi). Takim stwierdzeniem znów jednak wznoszę zaczątki cokołu, na nim więc poprzestanę, zaznaczając jedynie, że takich przygodnych kontekstów (uwznioślających i deprecjonujących, populistycznych i hermetycznych, oczywistych i zupełnie niespodziewanych) uruchamia się tu bardzo wiele, warto przestać trzymać się tylko tego jednego, utrwalonego w popkulturze.

Widać, że Marta Podgórnik, mimo deklarowanego pogodzenia z kontekstem muzycznym (co za tym idzie: z fenomenem popkulturowym), wykonała mnóstwo pracy, by na nim nie poprzestać. Wśród wybranych trzydziestu trzech utworów tylko kilka to szlagiery z list przebojów. Stanowią one na dodatek niejako tło dla wątków wyłaniających się z utworów mniej znanych, są świadectwem tego, że treści silnie widoczne w niszowych tekstach funkcjonują również w szerokim obiegu. Funkcjonowały od zawsze, przez zbiorem Stoję, czuję się świetnie – były jednak mało zauważalne.

Jak przystało na charyzmatyczną osobowość sceniczną, również w tekstach Kory kreacja podmiotowości wybija się na pierwszy plan. Spod fasady wyzwolonej femme fatale wyzierają lęki, namiętności, determinanty, kształtujące postać tyle barwną, co tragiczną. Silna koncentracja na sobie (nieco wyprzedzająca tendencje, które zdominują poezję polską po ’89 roku) połączona jest ze świadomością uczestniczenia w kosmicznych procesach (Saturn zimnem Ziemię smaga/ Lód się w moje serce wkrada [Szał niebieskich ciał, s. 45]). Trochę więc jako medium, a trochę jako marionetka czy zakładnik nieziemskich spraw – tak ta postać się nam przedstawia i tak argumentuje swoje niedostosowanie (wiemy, że kapłani, artyści, szaleńcy to, z perspektywy społecznej, grupy w podobny sposób metaświadome i wykluczone). Niedostosowanie to może zbyt duże słowo, właściwszym będzie nienasycenie. Podstawową funkcją podmiotu jest zmaganie z materią, poddanie się jej oznacza bezbrzeżną nudę. Ekstaza albo cierpienie – te dwa punkty wytyczają skalę doznań podmiotu, brak na niej buforu w postaci satysfakcjonującego spokoju – stanu, w którym żyją „oni”, „wszyscy”. Tę rozbieżność w odczuwaniu świata wyraża choćby tytułowy dla zbioru utwór: Ruch, gwar, blask dookoła/ A oni siedzą, jeszcze nie leżą/ Wszyscy mi mówią połóż się, usiądź/ A ja nie muszę, naprawdę nie chcę (…)/ Stoję, stoję, czuję się świetnie/ Nie muszę siedzieć, nie muszę leżeć/ Czuję się świetnie, ach jak wspaniale (Stoję, czuję się świetnie, s. 41), ale także znane Nie poganiaj mnie, gdzie zachwyt światem jest udziałem tylko podmiotu i wiąże się z niedotrzymywaniem kroku ogółowi; czy Szał niebieskich ciał, gdzie czarujące szaleństwo obiektów kosmicznych skontrastowane zostaje ze stanem panującym na ziemi: Życie płynie bez pośpiechu/ Bez uśmiechu i bez grzechu/ Bez smutku, strachu, bez radości/ Bez nienawiści, bez miłości (Szał niebieskich ciał, s. 45). Nadrzędnym celem staje się zatem przełamanie marazmu i jest to dążność poddana mechanizmom uzależnienia – nie zawsze prowadzi do ekstazy, często do sytuacji wyniszczających, do kłótni, zatargów, zdrad (Żyjemy wciąż obok siebie spokojnie do chwili/ Gdy gniew rozsadza formy, a treść eksploduje (…)/ Kto stanie na drodze mojego zniechęcenia/ Do form coraz ciaśniejszych i ich przeznaczenia [Eksplozja, s. 15]). Po burzy w relacji międzyludzkiej przychodzi jednak gwałtowne pojednanie i ten kompulsywny cykl nadaje sens życiu.

Od potrzeby stymulacji mniej wyniszczająca dla podmiotu jest strategia ucieczki. Jej osobliwa realizacja stanowi, w moim odbiorze, jedno z najsilniejszych źródeł liryzmu w tekstach Kory i napędza treść piosenek powszechnie znanych, jak Cykady na Cykladach czy Boskie Buenos. Panaceum na szarość codzienności staje się exodus w przestrzenie wyjęte spod reżimu zwyczajności – w sen, egzotyczne krainy wyobraźniowe, a jeśli istniejące, to posiadające aspekt niesamowitości. Te wszystkie pustynie, dzikie plaże, nadmorskie kurorty, orientalne rośliny, czarodziejskie ogrody, obco brzmiące nazwy – oddziałują intensywnie na zmysły, burzą krew, pozwalają zaznać błogości i gwałtownych namiętności. Nie bez przyczyny właśnie w tej przestrzeni został osadzony prakonflikt – pan dnia i królowa nocy mocują się nieskończenie ze sobą, warunkując w ten sposób istnienie świata. Elektrospiro kontra Zanzara (to jedna z tych piosenek, które spokojnie mogłyby znaleźć się w repertuarze Ewy Demarczyk) jest piękną i udaną próbą skonstruowania osobistego mitu, wyprowadzającego z wewnętrznych napięć podmiotu kosmiczną zasadę.

Kora w swoich tekstach przeciwstawia wytęsknioną wizję rzeczywistości prawdziwemu światu. O tym w gruncie rzeczy traktują jej piosenki. Motywy miłości, wolności, z którymi kojarzona jest twórczość Maanamu, istnieją jako warianty którejś ze stron tej nadrzędnej opozycji. Zawiera się w niej także rozróżnienie na to, jakim człowiek jest, a jakim się przedstawia, jakim się wydaje obserwatorom (o tym m.in. Szare miraże, poniekąd też Boskie Buenos), do którego powracamy po raz kolejny, pytając o autorkę. Jej wizerunek medialny jest powszechnie znany, wizerunek poetycki – szkicowo wyinterpretowany ze znakomitego, odbrązawiającego wyboru Stoję, czuję się świetnie – dobrze domknąć cytatem: Obraz wiarą przeszyty/ Czas spalił na popiół/ Rozbudził tęsknotę/ I wieczny niepokój/ Pozostawił także/ Wielkie zagubienie/ Nowy rodzaj buntu (Totalne milczenie, s. 53–54). Tylko, nalegam, nie próbujcie tego w szkole!

 

Kora

Stoję, czuję się świetnie

Wybór i posłowie: Marta Podgórnik

Biuro Literackie, 2014

Liczba stron: 64

Malwina Mus

Malwina Mus

(ur. 1987) – doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Zainteresowana związkami literatury z popkulturą – bada działalność Marcina Świetlickiego, chętnie zajmuje się krytyką literacką, okazjonalnie także muzyczną.