swinia1ykbanach
RECENZJE | 17.12.2012

Sushi ze świni

Azja nie istnieje, przekonuje profesor Tokimasa Sekiguchi z Tokijskiego Uniwersytetu Języków Obcych. Samo pojęcie „Azji”, twierdzi, jest szkodliwe, bo nie dość, że przeczy logice geografii fizycznej, to jest znaczeniowo puste i zwodnicze. Nie ma kuchni typowo „azjatyckiej”, tak jak nie ma typowo „azjatyckiej” religii czy „azjatyckiego” języka. A jednak wciąż używamy tego słowa, gdy próbujemy opisać rzecz lub zjawisko pochodzące z Dalekiego Wschodu. Uczono mnie jeszcze, z powagą prawdy szkolnej, prawdy objawionej, że kontynentów jest siedem, a nie sześć. Do późnego dziecięctwa byłem więc niepoprawnym politycznie produktem europejskiej oświaty i do dzisiaj trudno mi orzec, czy żyję już w otwartej Eurazji, czy jeszcze w zamkniętej Europie.

Z tym, co „azjatyckie”, mogliśmy spotkać się ostatniego dnia 19. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Etiuda&Anima. Organizatorzy uznali, że to, co zwykło określać się mianem „anime”, ma prawo znaleźć się w programie festiwalu. Także jednak Eurazja. A przecież wcale nie tak łatwo nam uznać, że animacje japońskie bądź koreańskie mogą pojawić się gdzie indziej niż w ramówce Polonii 1 i (nieistniejącej już) RTL 7. Śmiem twierdzić, że pomimo popularności wielu seriali i ich popkulturowego oddźwięku, wciąż nie przyswajamy dobrze specyficznego, skandującego języka z Korei bądź Japonii. Albo inaczej: kino, pardon, „azjatyckie” jest akceptowalne, dopóki utwierdza nasze wyobrażenie o nim. Stąd lubimy Pokémon i Dragon Balla, podobają nam się latający nad drzewami wojownicy z filmów Yimou Zhanga, a Akira Kurosawa był dobry, bo kręcił filmy z samurajami. Problem pojawia się wówczas, gdy Japonia bądź Korea nie chcą być takie, jakie my chcemy, aby były. Jeśli zatem bohaterowie akurat odłożyli swoje czarne stroje do szafy, a przez plecy nie przewiesili ninja-to (miecza wykutego przez hollywoodzką wyobraźnię o najemnych wojownikach z okresu Edo), to okazuje się, że już nie bardzo chcemy ich oglądać, a tym bardziej słuchać.

I tak jest w przypadku koreańskiej animacji. Pierwszym wyświetlonym filmem na MFF Etiuda&Anima był Padak. Debiut z 2012 roku Lee Dae-hee to pięknie i bogato zrealizowana opowieść o wyłowionej z oceanu makreli, która trafia do akwarium w restauracji sushi. Na miejscu poznaje innych więźniów, w tym lidera grupy, despotyczną płastugę. Akwarium stoi na ulicy i makrela skazana jest na nieustanną obserwację tego, co jej odebrano. Lee Dae-hee wprowadza do filmu mechanizmy, które najłatwiej nam kojarzyć z literaturą obozową. Mieszkańcy, pogodzeni z faktem, że w istocie nie żyją, uznają zasady sztucznego zbiornika wodnego za swoje. Zachodni odbiorca wychowany na Borowskim, Grudzińskim czy Kertészu szybko rozpozna te motywy, zaś zgromadzone ryby najpewniej skojarzą mu się z Folwarkiem zwierzęcym Orwella. Ryby w obrębie akwarium ustanawiają hierarchię władzy i wymyślają mechanizmy, które tę hierarchię utwierdzają. Jednym z takich rytuałów jest cyklicznie zadawana zagadka na temat życia w oceanie. Ten, kto według płastugi udzieli poprawnej odpowiedzi, w nagrodę może zjeść ogon kolegi, który odpowiedzi nie udzielił. Przy okazji, jeśli w dzieciństwie również zastanawiało was, dlaczego wigilijny karp pływa w wannie brzuchem do góry, to Lee Dae-hee ten zwyczaj objaśnia. Ryby bowiem tak bronią się przed oprawcą (w tej roli my) – udają, że są martwe. W ten sposób wydłużają swoje nie-życie.

W żadnym wypadku Padak nie jest koreańską wersją Gdzie jest Nemo?. Lee Dae-hee stworzył opowieść dla dorosłych. Złe, emocjonalnie uszkodzone ryby próbują zagospodarować w jakiś sposób świat wokół siebie, choć i ten wkrótce utracą. Sceny, w których kucharz przyrządza mieszkańców akwarium, są brutalne i przypominają animacje gore. Ciekawe, że Dae-hee skorzystał z disnejowskiej koncepcji filmów animowanych dla dzieci, wplatając w wydarzenia rysunkowe sekwencje piosenek. Pięknie zaaranżowane, ale jednak nie jest to śpiew pstrągów w górskim potoku albo ćwierkających ptaszków uradowanych widokiem przechadzającej się Królewny Śnieżki. To smutne i ponure utwory o utraconej wolności.

Padak nie jest dla dzieci, ale zasadne wydaje się jednak pytanie: na ile jest dla dorosłych? Jedyną interpretacją, która nie pozwoliłaby mi skwitować filmu Lee Dae-hee wzruszeniem ramion, jest ta wyżej wymieniona: skojarzenie go z dziełami Orwella. Sugestywna na tyle, na ile ryby zdołają nas przekonać, że są przykładem niebezpiecznego mechanizmu władzy. Bo jeśli potraktujemy – na wzór japońskich filmów o Godzilli – Padak jako ekoopowieść o tym, że sushi też czuje i należałoby nad nim zapłakać, to robi się z tego naiwna, wegańska historia z założenia nawet mniej przydatna niż Fuck For Forest. Nie jest to już problem tego, co „europejskie”, i tego, co „azjatyckie”. To raczej problem różnicy kulturowej. W Polsce sushi nie mówi, bo tkwi w zamrażarce.

Drugim koreańskim filmem był doceniony na festiwalu w Cannes The King of Pigs z 2011 roku w reżyserii Yeun Sang-ho. I tu Korea Południowa korzysta z amerykańskiej kliszy, bo Król Świń to opowieść o szkolnej przemocy posuniętej do absurdu. Po piętnastu latach milczenia dwóch znajomych spotyka się, by powspominać dawne czasy. The Kings of Pigs to opowieść ze szkolną tajemnicą, do której przyzwyczaiły nas amerykańskie thrillery oraz ugrzecznione filmy familijne, puszczane po dziś dzień w niedzielne poranki na kanałach komercyjnej telewizji. Ten rodzaj opowieści w sposób mistrzowski wyeksploatował obsypany nagrodami Naoki Urasawa w mandze 20th Century Boys, będącej zresztą niedoścignionym przykładem tego, jak dziecięcą naiwnością można ocalić świat dorosłych.

Król Świń rezygnuje jednak z rozmachu 20th Century Boys. Skupia się raczej na portretowaniu współczesnego koreańskiego społeczeństwa, w którym – jak mówi Yeun Sang-ho – obowiązuje podział nie tyle na kasty, co na gatunki. Są zatem biedne, acz tuczone świnie oraz psy, które nimi gospodarują. Bohaterowie nie są zresztą typowymi roześmianymi przyjaciółmi z podwórka, przeciwnie, mają swoje mroczne i niebezpieczne tajemnice. Trzydziestoletni Kyung-min przechodzi załamanie nerwowe z powodu bankructwa i podrzyna swojej żonie gardło. Za chwilę bierze prysznic i spotyka się z dawnym kolegą, Jong-suką, obecnie niespełnionym ghostwriterem, który przed wyjściem z domu w napadzie chorobliwej zazdrości katuje swoją partnerkę. Dwóch kolegów przypomina sobie wydarzenia z dzieciństwa, gdzie jako szkolne popychadła próbowali nie tyle zdać, co przeżyć. Bogata i dobrze się ucząca grupa studentów znajdowała bowiem przyjemność w upokarzaniu i molestowaniu biedniejszych, a wszystko to działo się przy cichej zgodzie pedagogów. Sytuacja uległa zmianie dopiero, gdy do szkoły trafił nowy uczeń, Kim Chul. Wychowany w biedzie i wstydzie, nie zgodził się zająć miejsca wśród świń. Przeciwnie, rozeźlony i pełen nienawistnej wręcz pasji, przeciwstawił się podziałowi i pozwolił świniom pierwszy raz w życiu spojrzeć w niebo.

Zbuntowany chłopak nie wzbudza sympatii, do której przyzwyczaiły nas tego typu narracje. Nie jest to żaden William Wallace, przeciwnie, jego przemoc odgrywa podejrzanie kluczową rolę w wykładanym światopoglądzie. Chul jest patologicznie niezdolny do empatii; otoczony murem nienawiści, zakłóca szkolny system, lecz nie potrafi zaproponować nowego. Inicjacją światopoglądową jest scena zabijania kota. Zgromadzeni w opuszczonym domu poniżani chłopcy przekazują sobie nóż i po kolei wbijają go wielokrotnie w wyrywające się zwierzę. Poziom brutalności jest na tyle duży, że Król Świń wzbudza odrazę i klisza szkolnych opowieści szybko zmienia się w obraz absurdalnego gniewu.

Tajemnica, którą po latach próbuje rozwikłać dwójka znajomych, dotyczy samobójstwa Chula podczas szkolnego apelu. To kluczowy element fabuły, po którym obraz Yeun Sang-ho pozostaje nihilistyczną i mizantropijną opowieścią bez cienia nadziei.

The King of Pigs to starannie wykonana animacja, wyreżyserowana niczym film fabularny. Ciekawe, że twórcy udało się przedstawić ludzkie sylwetki tak, jakby w istocie przypominały zwierzęta. Nienawiść zostaje wypisana na ich twarzach, odkładając się zmarszczkami i bruzdami. To naprawdę dobra opowieść, problem w jej recepcji na Zachodzie leży jednak gdzie indziej. Problemem jest gra aktorska. Głosy koreańskich aktorów wydają się nam irytujące do tego stopnia, że wielokrotnie mamy ochotę powiedzieć: „skończ już płakać, bo się tego słuchać nie da”. Niektórych przyzwyczaiła do tego rodzaju skandowania i krzyków japońska animacja, w której ilość achów i ochów przekracza nawet ambicję niemieckiej kinematografii dla bardzo dorosłych. Ci jednak, którzy nie oglądali japońskich tasiemców, będą zatykać uszy przed przeciągłym szlochem bądź wrzaskiem katowanych – i to nie z powodu współczucia, a znużenia.

Korea Południowa Królem Świń próbuje zająć miejsce w zachodniej krytyce, która ze wschodnich animacji zwykła pamiętać tylko świetny Grobowiec świetlików w reżyserii Isao Takahaty i izraelski Walc z Baszirem Ari Folmana. Nie sądzę, by The Kings of Pigs zdołało trwale zapisać się w naszej pamięci. Sądzę natomiast, że mainstream oczekuje od Korei i Japonii, by pozostały w Azji, bo tylko wtedy sprzedają się bilety. Rację miał więc profesor Sekiguchi, który punktował te naiwne przywary. Nam pozostaje zastanowić się, na ile w ogóle możliwa jest szeroka recepcja „azjatyckiej” kinematografii. Niezmordowanie działające, półlegalne bądź nielegalne grupy translacyjne dostarczają w internecie tysięcy stron przetłumaczonej mangi i manhwy, tworząc coś na kształt licznej sceny czytelniczej. Mimo wszystko nieubłagany rynek powie: to się nie opłaca, tego nikt nie czyta. Koreańskie i japońskie animacje trochę takie są. Powszechnie nieznane, niedoceniane, nieoglądane, a jednak po przełknięciu różnicy kulturowej szalenie interesujące, a w swojej niszy niezmiernie popularne. I w dodatku coraz częściej chcą nam się podobać.

 

Padak, reż. Lee Dae-hee, Korea Południowa, 2012.

The Kings of Pigs, reż. Yeun Sang-ho, Korea Południowa, 2011.

Maciej Pawlikowski

Maciej Pawlikowski

(ur. 1986) – studiował krytykę literacką na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikuje tam, gdzie go wpuszczą. Jest redaktorem w GRYOnline.pl. Urodził się w Kamiennej Górze, mieszka w Krakowie.