• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 31.08.2020
Sekta Gutenberga. O zmuszaniu do czytania
Artykuły | 31.08.2020

Sekta Gutenberga. O zmuszaniu do czytania

Jeśli kochasz książki, to prawdopodobnie podlegasz ciągłej presji. Sadystyczne praktyki wspólnoty czytających mają długą tradycję, ale nie stają się przez to mniej absurdalne.

Jestem filologiem, co w wolnym przekładzie ze starej greki oznacza mniej więcej tyle, że kocham książki. I z tego powodu czuję się w prawie wytknąć, iż moje siostry i bracia w czytaniu zachowują się często jak załoga groteskowej twierdzy, oblężonej przez napierającą zewsząd barbarię. Rytualne biadania nad poziomem czytelnictwa w Polsce jakiś czas temu wykpił Łukasz Najder, trzeźwo zauważając, że obelgi kierowane ku zwolennikom innych rozrywek nie poprawiają sytuacji. A jednak nieczytający są w kółko etykietowani jako: Lenie, nihiliści, wydrążeni, ograniczone intelektualnie dwunogi, żywe dowody na niewydolność i permisywizm systemu edukacji, miot internetu. My, członkowie sekty Gutenberga, regularnie dowartościowujemy się kosztem pogan, ale to nie jedyny nasz grzech. Bo jeszcze częściej staramy się nadzorować i karać zgromadzonych w twierdzy – czyli samych siebie.

„Musisz przeczytać” – wykrzykują przyjaciele z inkwizytorskim zapałem. „Każdy powinien to znać” – rzucają snobistyczni znajomi. Krytycy zaś od dekad podsumowują recenzje słowami: „Lektura obowiązkowa”. Nie ma tygodnia, by ktoś nie próbował nas przymusić do czytania tego czy owego, pod delikatną, acz wyczuwalną groźbą wykluczenia z kategorii ludzi myślących. Zresztą już w szkole słyszałem od nauczycieli, że „inteligentny człowiek czyta co najmniej sto stron dziennie” – od tamtej pory z szaleńczym uporem próbowałem spełnić ten wymóg, niezależnie od okoliczności, również w Boże Narodzenie i Nowy Rok. Oczywiście można twierdzić, że to wszystko są utarte formuły, nic więcej, a manner of speaking. Moim zdaniem jednak mamy do czynienia z czymś poważniejszym, mianowicie z opresyjną formą wspólnoty czytających, która przywodzi na myśl Związek Kawalerów Ostrogi. Oddajmy głos Gombrowiczowi:

Na koniec westchnął głęboko Rachmistrz i cicho bardzo się odezwał: — Przytwierdzić jemu do buta Ostrogę. Mnie więc Ostrogę do prawego bucika przytwierdzono, on zaś powiada: — Teraz do Związku naszego Kawalerów Ostrogi należysz i Rozkazy moje masz wypełniać, a także dbać, żeby tamci rozkazy moje jak należy wypełniali. Ucieczki, ani zdrady żadnej, nie próbuj, bo ci Ostrogę zadadzą, a jeżelibyś choć najmniejszą chęć Zdrady, Ucieczki w którym z towarzyszów twoich spostrzegł, jemu Ostrogę masz wrzepić. A jeślibyś tego zaniedbał, tobie ją wrzepią.

Portrety Kawalerów z Trans-Atlantyku to oczywiście satyra na fanatycznych patriotów, ale we wspólnocie czytających występuje podobny mechanizm. Jesteśmy w tej niedoli razem i nie zniesiemy, by ktoś łamał nasze przykazania. Podstawowymi są znajomość klasyki oraz nadążanie za nowościami. A jeśli siostra czy brat czegoś nie doczytają, wrzepimy Ostrogę – może to być perora o doniosłej roli danej autorki w dziejach literatury, przekonywanie, że bez jej książek trudno w ogóle zrozumieć świat, powoływanie się na innego autora, który ją bardzo cenił, albo po prostu streszczanie, jakby z troską, by ktoś przynajmniej zorientował się w fabule, skoro ma już problemy ze składaniem liter. Najgorsze ze wszystkiego jest jednak to pełne zdumienia dopytywanie – jak gdyby odpowiedź nie dotarła – zakończone klasycznym wykrzyknieniem:

– Czytałeś Notatki z podziemia?

– Nie.

– Nie czytałeś Notatek z podziemia?!

– Nie.

– Stary, przecież to Dostojewski!

No i cóż, że petersburski ponurak wyjął mi wiele tygodni z życiorysu, bo dwukrotnie zaczytywałem się Zbrodnią i karą, później płakałem nad Braćmi Karamazow i nowelami, w końcu mordowałem się z Biesami, aż jakoś dobiłem do końca. Te tysiące stron nie zwolniły mnie z obowiązku znajomości Notatek z podziemia. I może nawet byłbym asertywny i doradził znajomemu fanatykowi rosyjskiego naturalizmu, aby się gonił, ale i ja wyrosłem w kulcie kanonu. Przecież to Dostojewski!

Cała Polska czyta w łóżku

Święty kanon ustalili jeszcze nasi pradziadowie – jest niemal przedwieczny i można by go porównać do Dekalogu, gdyby nie fakt, że opiewa na znacznie więcej pozycji. Peter Boxall wyliczył aż 1001 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią, zresztą twórcy podobnych to-do-list na ogół nie schodzą poniżej setki. Sto polskich powieści, dramatów i tomów poetyckich zaproponowała „Polityka” na 100-lecie niepodległości i, nie ukrywam, przeglądanie tego kanonu napawa mnie dumą – znam prawie wszystko, a jeśli nawet nie czytałem, to mam pojęcie o autorach. Gorzej, gdy sięgnę do list przygotowanych przez zagraniczne redakcje, choćby „Le Monde”, bo ze wstydem uświadamiam sobie, że nic mi nie mówią nazwiska Ismail Kadare i Marguerite Yourcenar (teraz, pisząc te słowa, płonę na szyi i policzkach). A pamiętajmy, że ciągle mowa o listach skoncentrowanych na Okcydencie. Gdyby do Aragona, sióstr Brontë i Cortázara chciano nam dorzucić jeszcze kanon tłumaczeń z arabskiego, hindi czy mandaryńskiego (wymieniam tylko języki, którymi posługuje się, bagatela, po kilkaset milionów osób), to musielibyśmy spędzić całe życie w bibliotece. I znowu kłania się Gombrowicz z Trans-Atlantykiem:

Jakoż w pokoju obok, dużym, kwadratowym, książek, skryptów kupy na podłodze, wszystko wywalone, jak z taczek; aż pod sufit góry; tam zaś wśród tych gór, dopiroż przepaści, zręby, jary, usypiska, rozdoły, a tyż kurz, pył aż w nosie wierci. Na górach tych tedy chudzi bardzo Czytelnicy siedzieli, którzy to czytali; a może ich siedem albo osiem było. — Biblioteka — mówi Gonzalo — biblioteka, oj, co za kłopot z tym mam, skaranie boże, a bo najcenniejsze, najbardziej szacowne to dzieła geniuszów samych, najprzedniejszych Ludzkości duchów, ale cóż, panie, kiedy Gryzą się, Gryzą, a też i Tanieją od nadmiaru swego, a bo za dużo, za dużo, i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może, bo za dużo, ach, za dużo!

Co dzień nowych przybywa, bo do świętego kanonu dopisujemy apendyksy. No i tak powinno być – literatura wciąż żyje i wbrew pogłoskom nie zabił jej ani Netflix, ani Pornhub. Mam tylko żal do zawodowych krytyków, którzy nie pomagają nam się zorientować, co jest czym. Nie chodzi nawet o poszczególne postaci ze światka (choć wśród znanych recenzentów są i tacy, którzy w gruncie rzeczy trudnią się streszczaniem książek, pozbawionym problematyzacji, albo dzielą się impresjami na temat okładki i ulubionych bohaterów, zapominając o puencie). Myślę raczej o szeroko rozpowszechnionym zwyczaju przychylnego traktowania prawie każdej publikacji, niezależnie od wszelkich wad i nijakości. Wiele już o tym powiedziano, ale temat pozostaje dojmująco aktualny, bo coraz mniej widuję tekstów takich jak choćby recenzja Króla, którą Maciej Jakubowiak naraził się fandomowi Twardocha. Kiedy otwieram tygodniki i miesięczniki, nie mówiąc już o blogach, dowiaduję się, że niemal wszystkie nowości są odkrywcze, na poziomie i w jakiś sposób interesujące. Jedna z szacownych redakcji ma nawet zwyczaj dawania książkom gwiazdek – od jednej do sześciu – przy czym prawie wszystkie otrzymują po cztery lub pięć. Zakładam w związku z tym, że są niemal tak dobre jak Czarodziejska góra, bo ta szóstka jest chyba zarezerwowana dla niej. Trochę żartuję, ale gdy już posłucham peanów o jednym czy drugim fenomenie i odkryciu, to z ciekawości albo nawyku biegnę do księgarni… by na ogół po pierwszym rozdziale rzucić kompletnie przeciętną powieść na pryzmę w bibliotece Gonzala.

No tak, bo w literaturze, jak wszędzie, dominuje przeciętność. A zjawisko nadprodukcji pisarskiej – znane już w XIX wieku – tylko przybiera dziś na sile. I chyba nie ma sensu atakować tu autorów, którzy wydają po dziesięć powieści jednego roku, choć nie mają nowych tematów ani przemyśleń (nic dziwnego, bo i Kafka miał ze dwa tematy i obrabiał je przez dekadę w trzech powieściach, z tym że on akurat żadnej nie zdecydował się wydać). Natomiast oczekiwałbym od kapłanów naszej wspólnoty, to znaczy krytyków, pełnej szczerości w kwestii poziomu tych książek. I więcej pasji w opowiadaniu o tych naprawdę wartych naszego czasu.

Literatura jest interesująca i jeśli myślisz inaczej: odejdź w pokoju (programy o książkach)

Być może ta neuroza, której daję tu wyraz, dotyczy nielicznych. Mam jednak przeczucie, że nie, bo przecież opresyjne formuły i wyższościowe odruchy są w naszej sekcie stale obecne, jak diabeł u Dostojewskiego. I może napiszę coś oczywistego, ale chyba wciąż nie jest to takie jasne: przestańmy Ostrogami wymuszać na innych czytanie, bo nie ma takiego obowiązku. Rzeczywistość pozatekstowa, wbrew pozorom, istnieje i jest całkiem atrakcyjna. Zresztą nie da się przeczytać całej biblioteki. No chyba że ktoś zrobi tak jak Woody Allen: I took a speed-reading course and read „War and Peace” in twenty minutes. It’s about Russia.

Łukasz Łoziński

Łukasz Łoziński

(ur. 1989) – literaturoznawca, antropolog, copywriter. Przygotowuje doktorat o społeczności współczesnych elegantów i dandysów. Interesuje się free jazzem i rock'n'rollem. Pisze blog Niewesołe humoreski.