gunhandbook
ARTYKUŁY | 17.06.2013

Literatura jest interesująca i jeśli myślisz inaczej: odejdź w pokoju (programy o książkach)

Pamiętam, że w czasach wczesnonastoletnich, gdy moja przygoda z Kościołem katolickim (tak, to będzie tekst o programach literackich, proszę nie rezygnować) trwała jeszcze w najlepsze, rozpoczęła się ofensywa, mająca na celu przybliżenie najmłodszym przedmiotu rozważań liturgicznych i uczynienie go jak najatrakcyjniejszym. Hip-hopowe wersje Ewangelii? Dlaczego nie. Rekolekcje obficie korzystające z zasobów młodzieżowego slangu? Bardzo proszę. Naklejki ilustrujące stacje drogi krzyżowej? Zawsze. Wszystko utrzymane oczywiście w estetyce nijak licującej z tą, jakiej hołdowali ówcześni nastoletni: zapóźnione, groteskowe i zbędne.

Winę można by zwalić oczywiście na decydentów, którzy współczesną młodzież (bezwiednie bądź nie) oglądali przez idealizujący filtr lub po prostu nie zdołali zapewnić sobie dostatecznie dobrych informatorów. Problem tkwił jednak być może gdzie indziej. Wszystkie te upiększające zabiegi opierały się na zasadniczym błędzie w założeniu. Uatrakcyjnianie tych, a nie innych treści, które powinny stanowić „wartość samą w sobie” (mój prywatny stosunek do nich jest tu drugorzędny, chodzi mi raczej o wagę dogmatu, na której zasadzają się wszelkie religie), jest w gruncie rzeczy działaniem im szkodzącym. Próbując wzbudzić zainteresowanie danym przedmiotem poprzez – bardzo siłowe – unowocześnianie (przy jednoczesnym zasłanianiu się „duchem czasu”), deprecjonuje się go, ujawnia jego słabość, a zarazem własną bezsilność.

Niewykluczone, że to we mnie jest poważny problem: nie rozumiem idei popularyzacji czytelnictwa (obiecałem, że jednak będzie o czytaniu). Rokrocznie media alarmują o żenująco niskich statystykach obrazujących zainteresowanie Polaków książkami, a miłośnicy literatury zżymają się na winowajców tak zawstydzających wyników, bo przecież czytanie otwiera horyzonty, daje estetyczno-intelektualną rozkosz, odróżnia nas od zwierząt i robi parę innych przyjemnych rzeczy. Abstrahując od faktu, że wszelkie wyliczanki podkreślające pożytki wynikające z literatury są bardziej pretensjonalne niż najbardziej grafomańska poezja, skłonny jestem zgodzić się z każdym z powyższych powodów. Rzecz jednak w tym, że całe to wspaniałomyślne zachęcanie posiada pewien utopijny (a tu, niejako rykoszetem, pojawiają się słowa: totalizujący i… totalitarny) rys, który sugeruje, że obowiązkiem „rasy” czytających jest przekonanie „analfabetów”, że to ich model spędzania wolnego czasu oraz samokształtowania jest tym prawidłowym oraz normatywnym. Inaczej: bracia mniejsi jeszcze nie wiedzą, że potrzebują literatury, ale my im wszystko wytłumaczymy i uratujemy kulturę przed regresem.

Czysty heroizm dyktuje więc tym wszystkim zmartwionym proste równania, choćby takie jak słynne Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka. Wiadomo: sex sells. Warto nie zapominać jednak, że wartość, jaką posiada (może posiadać?) literatura, jest (powinna być?) immanentna i nie polega bynajmniej na oferowaniu gratisów. Obowiązek szkolny wymusza na człowieku choćby śladowe obcowanie z literaturą. Jeżeli cokolwiek ma z tego wyniknąć, to prędzej czy później wyniknie. Lista lektur pełna jest co prawda pozycji niepotrzebnych/opasłych/nudnych/wszystkie z powyższych, ale przecież w końcu i tak potkniemy się o Kafkę czy Gombrowicza, na nic więc zdaje się argument, że szkoła może skutecznie zdusić w zarodku zainteresowanie literaturą w kimś, kto mógłby zdecydować się na regularny z nią kontakt. Wracając natomiast do (podobno ścisłego) związku między czytaniem a łóżkiem: mimo wszelkich wysiłków trudno mi wyobrazić sobie osobę dorosłą, która funduje swoje sukcesy w życiu erotycznym na – dość grząskim i niebezpiecznym – polu literatury (dzieło studentów Krakowskiej Akademii im. Frycza-Modrzewskiego pod tytułem Czytaj – podrywaj zyskało rangę memu, niestety wyłącznie ze względu na swoją groteskowość).

Warto pogodzić się z myślą, że podtykanie książki pod nos jest pomysłem mało skutecznym i że z takiego wymuszonego kontaktu może wyniknąć bardzo niewiele. Niektórzy go po prostu nie potrzebują, pomijam kwestie możliwości intelektualnych, sytuacji życiowej oraz wielu czynników, do oceniania których nie czuję się osobą odpowiednią. W każdym razie, czy nie łatwiej, parafrazując znane hasło, powiedzieć po prostu: literature is interesting and if you don’t agree you can fuck off, pozbawiając jednak końcową poradę wulgarnego i karzącego charakteru, tak, aby znaczyła po prostu: idź w pokoju?

Jeszcze niedawno całkiem sporo mówiło się o obecności programów literackich (oraz kulturalnych, co jest warte rozróżnienia) w telewizyjnej ramówce. Ściślej: o jej braku lub o obecności mało satysfakcjonującej. Niektórzy utyskiwali na to, że propozycje o tym charakterze są nadawane w godzinach, w których większość potencjalnych odbiorców próbuje już spać, inni natomiast podkreślali, że nawet nadawane w godzinach popołudniowych wzbudzałyby senność. Pierwszy z zarzutów został odsunięty dzięki ofercie VoD i możliwości dostępu do wybranych produkcji telewizyjnych w dowolnych, niezwiązanych z czasem emisji porach. Co można zrobić z drugim zarzutem? Raczej niewiele. Podejmowano rozmaite próby (dodam, że wybór jest w tym wypadku mocno subiektywny, dokonany przy świadomości, że magazyny, o których mowa, mają swoje precedensy).

Jedną z nich była produkcja Hurtowni książek (TVP1) prowadzonej przez Agnieszkę Wolny-Hamkało i Andrzeja Grabowskiego, który zastąpił tłumacza Billa Johnstona. Kontrastowy dobór prowadzących (młoda kobieta i dojrzały mężczyzna, „zawodowa” czytelniczka – krytyczka i poetka – oraz czytelnik „amator” – popularny aktor), do tego nietypowe lokacje, w których kręcono program (tytułowa hurtownia książek), animacje oraz swoboda (jednym z największych osiągnięć tej produkcji jest próba ożenienia literatury i bujnego dekoltu) – wszystko, aby pokazać, że program o książkach nie musi być nagrywany w sennej scenerii „klimatycznej” biblioteki. Zdało się to jednak na nic, produkcja zakończyła swój żywot dość szybko (by po kilku miesiącach powrócić na jakiś czas). Wcześniej mieliśmy choćby Wydanie drugie poprawione prowadzone przez Kazimierę Szczukę i Krzysztofa Kłosińskiego (w przeciwieństwie do innych przywoływanych tu programów nadawane nie w telewizji publicznej, a w TVN i TVN24). Tu nie można było odmówić rozmówcom wigoru oraz wprowadzenia elementu uprzejmej (czasem nieco zjadliwej) konfrontacji. Co z tego jednak, skoro program (poza momentami, w których do prowadzących dołączał zaproszony autor) był po prostu zapisem dyskusji dwojga literaturoznawców siedzących na fotelach?

Można byłoby wymieniać dalej, tym bardziej że ramówka TVP Kultura (dodam: stacji na ogół bardzo atrakcyjnej i będącej obok meczów piłki nożnej jedynym budzącym moje zainteresowanie punktem, gdy mam okazję oglądać telewizję) jest od jakiegoś czasu regularnie obsadzana propozycjami, które, delikatnie rzecz ujmując, „mają ze sobą wiele wspólnego” (Czytelnia, Czytanie to awantura, Sztuka czytania – znajdź trzy różnice). Wystarczy po prostu wybrać jedną z nich jako pretekst i już śmiało można założyć, że poniższe zdania mogą odnosić się zarówno do niej, jak i bliźniaczych produkcji tej stacji. Nie chciałbym jednak zabrnąć zanadto w abstrakcję i mówienie o anonimowych „tych programach”, skupię się więc na najbardziej aktualnej Sztuce czytania.

Trzeba oddać tej produkcji sprawiedliwość: nie stara się „naddawać” swojemu głównemu tematowi sztucznej atrakcyjności. To duży atut, jeśli ma się w pamięci estetykę półśrodków uprawianą we Wszystko o kulturze (TVP2 i TVP Kultura), gdzie prowadzący części literackiej – Antonina Turnau i Szymon Kloska – spotykali się z Andrzejem Stasiukiem przy prowincjonalnej szosie (ach, ta symbolika, ach, to decorum!), recenzowali książki prosto z Wieży Mariackiej (ach, ten magiczny Kraków, ach, poezja!) albo wdrapywali się na żelazne rusztowania (ach, ten luz, ach, a niby o literaturze!), wszystko po to, żeby pokazać wszem i wobec, że czytanie to nie nuda, ale witalność, szaleństwo, przygoda! W Sztuce czytania mamy chłodne wnętrza krakowskiego Muzeum Sztuki Współczesnej oraz trójkę rozmówców: Annę Kałużę, Andrzeja Franaszka i Wojciecha Bonowicza. Wszyscy z licencją na pisanie o literaturze lub „pisanie literatury”. I chociaż drugi z wymienionych sprawia nieodparte wrażenie, jakby przybierał ton ex catedra, nawet robiąc poranne zakupy w piekarni, to wdzięk i kompetencja pozostałej dwójki wpływają na ogólne pozytywne wrażenie (znów: można to samo powiedzieć o innych magazynach literackich nadawanych w ostatnich latach w TVP Kultura, akurat ta „zbieżność” cieszy). W każdym z odcinków dwoje krytyków literackich i poeta (dodajmy: filolog polski z wykształcenia) biorą na warsztat trzy pozycje, poświęcając kilka minut każdej z nich. To już? Nie, mamy jeszcze wycieczkę obejmującą zwiedzanie prywatnej biblioteki znanych osobistości (zarówno pisarze, jak i osoby spoza środowiska literackiego) i podsumowanie, w którym prowadzący wybierają spośród trzech omawianych książek swoich faworytów. Pozornie wszystko się zgadza.

Pozornie, tak jak pozorne jest to, że winę za umiarkowaną atrakcyjność programów literackich ponoszą sami ich twórcy. Chciałbym najpierw wyjaśnić: jestem zwolennikiem wprowadzania do dyskursu literacko-artystycznego wszelkich form intermedialnych, podobają mi się inicjatywy w rodzaju Nakręć wiersz pod patronatem Biura Literackiego, nie razi mnie powszechne już stosowanie materiałów wideo w spektaklach teatralnych, obce są mi rozmaite „nie wypada”, tak chętnie rzucane przez tradycjonalistycznie nastawioną publiczność. Mam jednak poważną obawę, że zarówno w przypadku Sztuki czytania, jak i wielu innych programów stricte literackich, problemem jest właśnie medium. Kilkuminutowe dywagacje na temat danej pozycji są zbyt mało wyczerpujące jak na recenzję i za mało atrakcyjne jak na brawurowe telewizyjne show (nieco lepiej wygląda to w wypadku Tygodnika kulturalnego tej samej stacji – niektóre dyskusje naprawdę obiecują rychłe rękoczyny. Literatura zajmuje tu jednak tylko część czasu antenowego). Pomysł na prezentowanie prywatnych księgozbiorów („przeniesiony” z programu Czytanie to awantura) jest, owszem, całkiem udany. Telewizja jest jednak rezerwuarem masowej wyobraźni, a w tym wypadku brakuje bohaterów tejże. Funkcjonowanie pisarza opiera się na innych zasadach niż funkcjonowanie celebrytów. W porządku: być może wielu czytelników chciałoby zobaczyć pokój Marcina Świetlickiego, nie sądzę jednak, że jakikolwiek widz dozna ekscytacji, oglądając książki Julii Hartwig.

Literackie programy telewizyjne przypominają długo wyczekiwane dziecko, które pojawia się wreszcie na świecie tylko po to, aby za chwilę zostać osierocone. Rzeczywiście, w międzyczasie sporo się zmieniło: poza łatwym dostępem do recenzji i omówień, których jest w sieci zatrzęsienie, mamy również materiały wideo (w tym materiały promocyjne wypuszczane przez wydawnictwa, nagrania z imprez literackich i inne), a magazyn „Książki” pokazuje, że o literaturze można pisać niekoturnowo, błyskotliwie i bez wymuszonego uśmiechu. Telewizja stawia zaś opór jako medium, które nie do końca ma pomysł na to, co zrobić z tekstem pisanym, będącym przecież pierwszą przyczyną powyższych rozważań. W rezultacie okazuje się, że przy dominacji sieci i pomyślnej asyście czasopism programy o książkach są właściwie pozbawione potencjalnych odbiorców – ci z większych miast znajdą swój sposób na uczestnictwo w literackim obiegu dzięki miejscowej ofercie kulturalnej, publiczność z prowincji ma (w najgorszym wypadku) internet, a głód rozmowy o literaturze skuteczniej niż trójka prowadzących zaspokoi knajpiana wymiana zdań ze znajomymi, ci zaś, którym los poskąpił czytających kolegów, mają jeszcze w odwodzie – niech będzie – dyskusyjne kluby książki i temu podobne inicjatywy.

Sztuka czytania (jak i produkcje ją poprzedzające lub „sąsiadujące”) nie razi, nie irytuje, jest sprawna i gładka, pozostawia jednak wątpliwość, czy literatura rzeczywiście potrzebuje takiego zachowawczego apendyksu, rzekomo mającego ją popularyzować? I czy aby na pewno wszystko jest w porządku z firmą, która robi co kilka miesięcy rebranding, nie zmieniając przy tym niemal nic, jeśli chodzi o właściwości swojego produktu? Wreszcie: czy dyrektorzy programowi TVP Kultura wiedzą już, jaki będzie tytuł kolejnego, identycznego programu o książkach?

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.