• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 21.01.2019
Miłosne spektrum rozczarowania (Lars Saabye Christensen „Magnes” i Katie Kitamura „Rozstanie”)
  • Autor
  • Olga Szmidt
  • ILUSTRACJA
  • Katarzyna Drewek-Wojtasik
Recenzje | 21.01.2019

Miłosne spektrum rozczarowania (Lars Saabye Christensen „Magnes” i Katie Kitamura „Rozstanie”)

Trwanie w miłości i rozbijanie jej na drobniejsze emocje, plany, dramaty i pojęcia są zasadniczym tematem gigantycznej (pod względem rozmiarów) powieści Magnes. Dużo skromniejsza objętościowo powieść Katie Kitamury skupia się na procesie pozornie odwrotnym – rozstawaniu się z miłością, poszukiwaniu partnera i żegnaniu się z nim. Wiele dzieli te powieści na poziomie fabularnym. Podczas gdy Christensen obecnością swoich bohaterów karmi całą narrację, nie pozwalając na choćby jeden wątek, w którym oko skupiałoby się na czymś innym, Kitamura ostentacyjnie z nieobecności męża czyni oś pożegnania. A jednak gdzieś te powieści się ze sobą zbiegają i – co może bardziej znaczące – w podobny sposób ostatecznie rozczarowują.

 

Rozstanie

Prowadzona w narracji pierwszoosobowej opowieść o kobiecie, która poszukuje męża, aby sfinalizować czy też sformalizować rozstanie, jest zarazem opowieścią o jej pobycie w prowincjonalnych częściach Grecji. Zaginiony Christopher – we wspomnieniach i opiniach innych ludzi urastający do miana legendy – poszukiwany jest w sposób raczej nieskoordynowany, a i nierzadko nużący. Sama narratorka także nie jest zbyt pomocna w tej sprawie. Jej ograniczenia językowe oraz emocjonalne wycofanie sprawiają, że staje się zdystansowaną obserwatorką życia. Obserwuje więc obsługę hotelową wraz z domniemaną kochanką męża, obserwuje miejscowych, obserwuje też samo miejsce, w którym się znajduje. Pozorując kontynuowanie literacko-antropologicznych badań prowadzonych przez męża, odwiedza płaczki żałobne i – ponownie – markuje zainteresowanie. I niczym Pascalowski ideał – zainteresowanie z gry przeradza się w realną, choć nadal niezbyt udzielającą się czytelnikowi, fascynację.

Nieoczywista relacja bohaterki z Isabellą, matką poszukiwanego, jest być może jedyną wyrazistą kreacją Kitamury. Wszystkie pozostałe, od momentów samotności do scen konfrontacji podczas posiłku w hotelu, pozostają zawieszone w świadomości narratorki. Nie tyle postrzegamy cały ten świat przez pryzmat jej percepcji i wrażliwości, co dusimy się jej alienacją. Wydaje się, że nadrzędną ambicją autorki było ukazanie psychiki kobiety rozstającej się z mężem pod jego nieobecność (wątek kryminalny jest tu ledwie napoczęty), ekspozycja puchnącej pustki i emocjonalnej beznadziei. Próba pokazania nie dramatu, ale bez-dramatu jest ciekawą koncepcją, interesującą ramą narracyjną. Także wykorzystanie postaci ekspresyjnej Isabelli jest tu sprawnie włączone w kreowanie narratorki – zarówno przez wykorzystanie kontrastów osobowościowych, jak i poprzez zestawienie czytelniczych oczekiwań wobec miłości matczynej i romantycznej.

Wspomnienia dawnych relacji, pierwszych fascynacji i trudnych doświadczeń łączą się bezpośrednio z poszukiwaniami męża, choć wyraźnie przesłaniają ten wątek. Cała powieść jest skupiona na ukazaniu wycofywania i powracania do żywych. Bohaterka angażuje się w przygodne sprawy, niewiele znaczące relacje (np. z kierowcą) i słabo kamuflowane próby zbudowania własnej podmiotowości wokół pustki po mężu. Wielkie tematy, ale i wielkie emocje, które Kitamura próbuje przetworzyć wedle niestereotypowych schematów w swojej powieści, wyraźnie przytłaczają tę historię. W rezultacie można odnieść wrażenie, że od początku do końca nic nie może się zacząć. Nic nie jest też na tyle interesujące, aby uznać, że oto wydarza się coś, co dorasta do próby nowej literackiej filozofii żałoby. To chyba najbardziej frustrujące doświadczenie, które wiąże się z lekturą tej książki. Wielki temat, wielkie próby i bardzo przeciętny rezultat. Jakby miejsce założonej subtelności zajął rozmaicie rozumiany brak.

Radiowóz podjechał pod posterunek, jednokondygnacyjny betonowy budynek, na zewnątrz były psy, na szczęście na łańcuchach, zwierzęta budzące strach, łatwo było sobie wyobrazić, jak się rzucają i kłapią paszczami, kiedy chodzą na smyczy. Samochód zwolnił, a ja się zorientowałam, że obaj policjanci na mnie patrzą. Odwróciłam wzrok, dotarło do mnie, że odgrywam rolę zrozpaczonej wdowy – nigdy nie miałabym takiego poczucia, gdybym rzeczywiście była wdową, pojawił się jakiś niewielki, ale konkretny klin, wciskający się pomiędzy tę osobę, którą naprawdę byłam, i osobę, którą udawałam.

Autorka podejmuje więc próbę wydobycia narratorki ze schematu, ostatecznie nie oferując wiele w zamian. Mdła narracja i niewiele ciekawsze obserwacje dominują w całej powieści. Wątek obecności narratorki w hotelu – z całym kontekstem kolonizowania miejscowości przez biznes turystyczny, włącznie z zaprzęganiem lokalnych mieszkańców do odgrywania oczekiwanych ról (w tym szczególny przypadek starej płaczki) – także jest nieszczególnie dopracowany. Niewątpliwym walorem powieści jest jej subtelność – tak na poziomie językowym, jak kreacji głosu narratorskiego. Bardziej kuriozalnie wypadają greccy bohaterowie, niezbyt delikatnie wyrażane są banały i złote myśli. Da się wyłowić z tej powieści ambitniejsze fragmenty, przytłaczają jednak myśli w kolorze beżowym:

Ale kiedy ma się lat dwadzieścia, śmierć jest jeszcze abstrakcją. Różnica wieku nic nie znaczyłaby dla Marii, może dlatego mężczyźni lgną do kobiet znacznie od siebie młodszych. Czują się przy nich lepiej nie ze względu na ich młodzieńcze ciała, ale dlatego, że dziewczyny nie dostrzegają oznak senilizacji. Ciało czterdziesto- czy nawet pięćdziesięciolatka nie zawsze różni się dramatycznie od ciała faceta dwudziestopięcioletniego – możemy za to podziękować cudownym dietom i trenerom osobistym – chociaż różnice oczywiście są, kobieta po prostu musi osiągnąć pewien wiek, żeby je zrozumieć.

Zbyt wiele – tak dosłownie, językowo, jak i bardziej metaforycznie – jest tu rzeczy „po prostu”. Z drugiej strony brak napięcia czy choćby zmienności temperatury powieści. Język nie tyle bowiem skleja się z emocjami i doświadczeniem narratorki, co dodatkowo eksponuje płaskość wydarzeń i jej perspektywy. Zamknięcie kobiety we własnych emocjach, poczucie wielostronnej alienacji i przytłoczenie oczekiwaniami innych (wobec jej separacji, żałoby, nowego związku) prowadzi do literackiego zawieszenia w wyciszonym, choć zarazem nachalnym, forsowaniem własnego punktu widzenia na każdy, najdrobniejszy element rzeczywistości. Wielkie pytania po drodze gdzieś się gubią, wypiera je objaśnianie absolutnie wszystkiego – każdej emocji, drobnych gestów, opinii. Jakby cokolwiek nieprześwietlonego przez narratorskie oko zagrażało istnieniu całej opowieści. Zamęczono tę historię nudą i słowami używanymi bez umiaru i bez subtelności. A tymczasem tylko na nieoczywistość i ową subtelność, można sądzić, stawiała autorka.

Magnes

Inaczej niż w wypadku pisarstwa Kitamury, lektura Magnesu nie była moim pierwszym spotkaniem z autorem. Jego wcześniejsze książki, szczególnie zaś Półbrat, którego uważam za jedną z najlepiej skrojonych powieści realistycznych ostatnich dwóch dekad, ujmowały mnie niejednokrotnie zaskakującą literacką formułą. Przenikliwości i odrzucania banałów w postrzeganiu codzienności i dorastania, osobliwej czułości wobec bohaterów połączonej z subtelnie zarysowanym kontekstem historyczno-społecznym. Ponad tysiącstronicowa nowość na polskim rynku wydawniczym – poza wyjątkowo paskudną okładką – zdawała się wpisywać w tę linię autorską.

Nieco przytłaczający rozmiar powieści zmusza jednak czytelnika do swego rodzaju zobowiązania. Nadal jest mi trudno jednoznacznie orzec, czy to uczciwa gra. Skłonienie czytelnika do wejścia w świat Jokuma Jokumsena oraz jego ukochanej Synne sprawia wrażenie głównego celu norweskiej powieści. Czy jest on jednak dość ciekawy? Czy pozwala nam na ucieczkę z własnej rzeczywistości? Czy może o naszej rzeczywistości i miłości mówi coś więcej? Czy są to bohaterowie, z którymi warto spędzić szaloną liczbę godzin, porzucić wszystko inne i brnąć przez setki stron? Nie jestem pewna, czy narratorski talent Christensena nie niesie go zbyt daleko. Innymi słowy: czy nie zawierzył swoim zdolnościom pisarza tradycyjnie pojmowanego realizmu za bardzo, uznając, że samo towarzyszenie bohaterom w ich decyzjach i oglądanie otaczającego ich świata wystarczy, aby przytrzymać czytelnika przy sobie. Wielki Realizm, który próbuje w ten sposób naśladować, miewał jednak także inne ambicje i z opowieści o losach bohaterów wydobywał cały świat – nie tylko przedstawiony, ale także myśli i refleksyjnej złożoności. Nie wiem, czy wystarczającym gestem byłoby podzielenie tej historii na tomy, w trybie, jaki stosuje Elena Ferrante. Nie jestem mimo wszystko pewna, czy możliwy byłby powrót do Jokuma Jokumsena po pożegnaniu w pierwszej części. Z prostego powodu – ani bohater, ani cała powieść nie wprowadzają nowej jakości. Wprowadzają raczej wyczynową ilość.

Sztuka lizania lustra (L.S. Christensen „Półbrat” i „Odpływ”)

 

Początek powieści jest jednak prosty tak, jak proste bywają tylko bezpretensjonalne historie miłosne. Bardzo wysoki chłopiec poznaje ekscentryczną dziewczynę. Chłopiec jest zakompleksiony i niepewny przyszłości, pochodzi z niższej klasy średniej, jego fascynacja Synne sprawia, że we własnych oczach zaczyna – odwrotnie proporcjonalnie do swojego wzrostu – maleć. Magnes to opowieść o miłości i perturbacjach pary, ich rodzinach, pragnieniach i – nade wszystko – fotografii, która staje się pasją obojga. Jokum fotografuje, Synne towarzyszy mu w zmaganiach z pęknięciem pomiędzy materialnością a artystycznym spojrzeniem aż do momentu wkroczenia w świat wielkiej sztuki. Ciekawym wątkiem jest w tym kontekście skromność Jokuma w postrzeganiu własnej działalności artystycznej. Wdzięczne są tu jego wielokrotne zapewnienia, że jest on rzemieślnikiem, który zdobył nawet wykształcenie zawodowe w tym kierunku. Prawdziwą artystką jest w jego przekonaniu historyczka sztuki – Synne. To jednak nie jej dyplom, ale osobowość kreuje dwuznaczną dynamikę – odwrócony mit o Pigmalionie. Tajemniczy narrator, który jest ni to przyjacielem, ni to podglądaczem pary, wiele czerpie z życiorysu i perspektywy samego autora. Nie jest to jednak szczególnie udana realizacja. Z jednej strony narracja wszechwiedząca utrzymuje mocny realizm powieści, z drugiej autorefleksyjne i metarefleksyjne wstawki wyglądają zaskakująco amatorsko (Czy Jokum był bardziej od nich leniwy, czy może bardziej pracowity? Na razie trudno było to stwierdzić). Jeszcze więcej wątpliwości budzi to, czy ta narratorska strategia spełnia swoją funkcję. Druga ze strategii niewiele właściwie zmienia albo dodaje. „Wybudzając” nas z realizmu, nie oferuje innej perspektywy, jedynie zaznacza ramę. Mam wrażenie, że autor realizuje tu własne pragnienie opowieści, niechętnie funkcjonalizując je dla czytelnika.

Całość opowieści płynie wartko i bezproblemowo, do czego przyzwyczaił nas Christensen w poprzednich swoich książkach. To niewątpliwa siła Magnesu – wciąganie w opowieść, zawieszenie w świecie Jokuma i jego perspektywie, rzadziej – w świecie Synne. Ona pozostaje tajemnicza do końca, wyznaczanego przez ostatni projekt fotograficzny Jokuma. Ich relacja nie jest jednak tak złożona, jak deklaruje to wielokrotnie narrator. Urzeczenie niesamowitością tej miłości i zapętleniem odrębnych pragnień jest widoczne gołym okiem na poziomie założenia powieściowego. Trudno jednak to odczuć, czytając kolejne setki stron. Christensen zdaje się budować dramat dwóch relacji i piękną miłosną historię, wpisując ją zarazem – niczym Don DeLillo w Performerce – w sztukę na najwyższym poziomie. To chyba zresztą najsłabsze partie powieści (ale skoro przeczytaliśmy już 700 stron, to jak tu przerwać?) – wykoncypowane i pisane raczej na bazie wyobrażeń i stereotypów, aniżeli ze znawstwem tematu. Historia Jokuma jako fotografa-rzemieślnika, który robi wielką karierę, jest całkiem interesująca na poziomie pomysłu. Na poziomie realizacji jest to jednak nieciekawe i przesadne zarazem. To w częściach o pobycie w Stanach tak bardzo gubimy miłość naszej pary bohaterów, że pytania o ich relację, jej podstawę, dynamikę oraz emocje nasuwają się same – i nie otrzymują właściwie żadnych odpowiedzi. Wplecenie w to obiektywnego dramatu życiowego pokazuje bezradność autora wobec wywindowanych przez siebie oczekiwań wobec tej narracji. Skoro relacja miłosna zawodzi na poziomie emocjonalnym i dramatycznym, czas na „wydarzenie”. Mętne rozwiązania narracyjne towarzyszą tu nieprzekonującej powściągliwości (np. mimo że cały czas czytamy o szokującym wzroście mężczyzny, a podczas wizyty u lekarza podaje on dokładne dane, czytelnik ich jednak nie otrzymuje), co jest bardzo tanią wizją tego, co tworzy tajemniczość w powieści realistycznej.

Poziom refleksji ogólnych nieźle wplata się w główną oś akcji, ale i tu próżno szukać skarbów.

Jokum poczuł, że coś go ciągnie, coś ciągnie magnes, dzieciństwo było na północy, przyszłość na południu, a on stał pomiędzy jednym a drugim, tak jak zawsze, między tym, co było, a tym, co miało przyjść. Brakowało mu jeszcze umiarkowania ojca, ale czy ono nie przychodzi z wiekiem? Umiarkowanie i pogodzenie z losem. Nie chciał jeszcze być stary. Przecież nic nie przeżył. Stał między jednym a drugim i wyciągał się na wszystkie strony. Coś mu przyszło do głowy: czy to wtedy, kiedy trzymał magnes w ustach jak zimną twardą landrynkę, zaczęło się odchylenie magnetyczne tego ciała? Odchyleniu ciała towarzyszyła również dewiacja myśli. To było nieuniknione. No cóż, ta namagnesowana podkówka najwyraźniej przynosiła nie szczęście, tylko odchyły.

Pojawiają się jednak – szczególnie w pierwszych partiach książki – fragmenty dotyczące życia codziennego i relacji rodzinnych, wobec których pozostać obojętną. Tak jest przede wszystkim w częściach poświęconych Jokumowi oraz jego rodzinie – matce i ojcu, ale także dawniejszym przodkom. Stoją one w wyraźnym kontraście do świata artystycznego kreowanego pod koniec, który definiowany jest także przez nieobecność i tęsknotę Jokuma za domem.

[…] Nie wie, gdzie Synne teraz jest. Może tak lepiej. Że widział ją ostatni raz. Tak jest najlepiej. Wielkie wakacje. Czuć zapach potu. Sny nie pachną potem. Potem czuć od niego. Pachy, koszulka, palce, krocze, skarpety. Dlatego nie jest w stanie się skupić. Jest kompletnie zaburzony. Zaburza sam siebie. Nie może dłużej czekać. […] Jokum nigdy jeszcze nie prał. Zdążył już oblać egzamin, przespać się z Synne i się jej oświadczyć. Ale nigdy nie prał własnych ubrań. Wciąż jest dzieckiem. Nagle coś sobie uświadamia. Rzeczy, które ma na sobie też są brudne, więc co mu przyjdzie z prania?

To jednak kontrast nie tylko na poziomie przedstawienia i tematu, ale przede wszystkim języka i narracji. O ile bowiem przestrzeń miasteczka studenckiego, domu rodzinnego bohatera czy przestrzeni miejskiej Oslo opisane są w sposób żywy, atrakcyjny i plastyczny, o tyle ostatnie części nużą „makietowością” rzeczywistości. Ma się wrażenie, że Christensen zdecydował się na amerykańską podróż tylko po to, aby wyeksponować fascynację miejscową, znaną rzeczywistością. To dwuznaczny gest, podobnie jak postępujące pozbawianie Jokuma właściwości i sprawczości. Wydaje się wręcz, że wraz ze zbliżeniem do Synne nie tylko traci on siebie samego, ale i rozpoczyna długotrwałe rozstanie z ukochaną. Metafora magnesu jest tu oczywista, mniej jasna jest potencjalna głębia tej powieści. Mimo długiego opukiwania nie znalazłam jej. Wielokrotnie podczas lektury przypominał mi się film Joachima Triera Reprise. Od początku, raz jeszcze… Odnosiłam wrażenie, że autor Magnesu próbuje nas zbliżyć do podobnego doświadczenia – fascynacji sztuką i jednoczesnego obłędnego wiru relacji, w jakie wikłają się bohaterowie. O ile jednak Reprise zostaje na długo w pamięci jako obraz niedojrzałości i skrajnego przeżycia zarazem, o tyle Magnes rozmienia się na drobne. Kiedy bowiem Synne mówi w pewnym momencie Jokumowi, który aktywnie opiera się tworzeniu sztuki: My tworzymy sztukę, Jokum. Czy tego chcesz, czy nie!, uderza pobieżność narracji. Mimo całej miłości, rozstań i symbolicznych powrotów, obie powieści zaczynają brzmieć jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Jeszcze zanim rozstania dojdą do skutku.

 

Katie Kitamura

Rozstanie

Tłum. Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Literackie, 2018

Liczba stron: 288

 

Lars Saabye Christensen

Magnes

Tłum. Iwona Zimnicka

Wydawnictwo Literackie, 2018

Liczba stron: 1044

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, krytyczka literacka i telewizyjna, doktor literaturoznawstwa. Asystentka w Katedrze Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki UJ. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014), biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016) oraz tomu „Odkrywanie Ameryki. Wybór tekstów krytycznych z lat 2010-2017” (WUJ, 2018). Wydała także autorski notes „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Mieszka na krakowskim Kazimierzu.