ilustracja_pop
RECENZJE | 09.03.2015

Sztuka lizania lustra (L.S. Christensen „Półbrat” i „Odpływ”)

Wszyscy znamy tę zabawę. Ustawia się w okręgu krzesła – na samym początku jest ich tyle, ile osób bierze udział w grze. Niektórzy biegają wokół, niektórzy chodzą jak najwolniej, czają się – gotowi do natychmiastowej reakcji. Teraz bowiem jednego krzesła już nie ma. Później nie będzie kolejnego, później kolejnego i tak już do końca, kiedy zostanie tylko jedno. Ten, kto nie zdąży usiąść i zostanie sam na środku, odpada z gry. Ów mechanizm bardzo precyzyjne działa w powieściach Larsa Saabye Christensena. Ten, kto nie zdąży się ocalić – umiera, przestaje mówić, przestaje jeść, jest gwałcony, traci rękę albo przestaje rosnąć. I tak już do końca.

Obie powieści Christensena, wydane ostatnio nakładem Wydawnictwa Literackiego, łączy bardzo wiele cech, spośród których tylko kilka decyduje o ich ostatecznym kształcie, o temperaturze emocji, które wywołują w spokojnie brnącym przez setki stron czytelniku. Najważniejsze, co można w tym kontekście wymienić, to bez wątpienia perspektywa, jaką przyjmuje narrator. Jest dzieckiem, nawet wtedy, kiedy dawno przestaje nim już być. Jest dzieckiem w tym dotkliwym znaczeniu – przewrażliwienia na punkcie własnej niedoskonałej inności i obsesji oczekiwania na autorytet dorosłych. Ten zaś potrafi przede wszystkim rozczarowywać, nie chroni przed doświadczeniami, jakich nie sposób ominąć, jeśli nie chce się zatracić w hermetycznym i zawsze nieco autystycznym świecie dzieciństwa. Dzieciństwo widziane oczami Christensena nie jest z pewnością przełomem w postrzeganiu tego newralgicznego punktu w życiu człowieka. Pisarz nie wyłamuje drzwi nieotwartych przez psychoanalityków ani nawet przez pisarzy – tego czy minionych wieków. Z dużą pewnością literatura norweskiego autora nie uderzy też brutalnością, którą znamy z pierwszego przełożonego tomu Mojej walki Knausgårda – nie należy tego poczytywać jednak jako zakamuflowanego pobłażania wobec Półbrata czy Odpływu. Świat dzieciństwa, który z rozmachem i wielką stylistyczną pewnością kreśli Christensen, ma zupełnie inne funkcje, środki i cele – to opowieści, które za punkt wyjściowy przyjmują to, czego nie wie się o rodzinie, a co właściwie przeczuwa się w każdej godzinie jej funkcjonowania. Odnosi się to bardziej do Półbrata, bezsprzecznie lepszej spośród tych dwóch powieści, ale nieobce jest także drugiemu tytułowi.

Jeżeli sięgniemy po drugie już polskie wydanie pierwszej z książek, nie tylko utoniemy w świecie widzianym oczami małego (nie tylko ze względu na wiek) Barnuma, ale także zobowiązani będziemy – z racji rozmiarów książki, które sięgają niemal tysiąca stron – podążać za jego rodzinnymi tajemnicami.

Wiedzą jedynie, że Boletta Jebsen mieszka razem ze swoją matką, Dunką, która podobno za młodych lat była gwiazdą niemych filmów, i z córką, Verą, urodzoną w 1925 roku, i chociaż te chude kobiety z Telegrafu co niedziela chodzą do kościoła, czytają Biblię i są bogobojne aż po każdy najdrobniejszy szczegół, to nie bardzo wierzą w dzieworództwo i inne cuda.

To owe tajemnice formatują tę książkę, mimo że wszystko, co w niej najbardziej wartościowe tkwi poza logiką sekretu. Historie, które pojawiają się w powieści, obejmują spory kawałek współczesnej historii Norwegii i pobliskich jej krajów. Losy prababki (Starej), babki (Boletty) oraz matki (Very) są prawdopodobnie najbardziej fascynującymi z całej tej – nieprzerywanej narracyjnym mizdrzeniem się – rodzinnej historii. Rzeczywiście, Christensen ma świetne pióro „do kobiet”. Kobiet, których losy łączą się ze sobą wedle zasady najbliższego pokrewieństwa, ale także spolegliwego zrozumienia, współczucia i straconych nadziei. Ale to przede wszystkim książka o tym, jak opowiada się historie i jak za wszelką cenę się tego unika. Jak opowiada się fragmenty czegoś, co w innych warunkach byłoby rodzinną sagą. Jak niewłaściwie reaguje się na to, co zostało opowiedziane przez osobę tak pełną skrywanej rozpaczy, że niesięgającą słowami dalej niż własny ogródek.

Nie znoszę telefonów. Przez telefon zawsze się powie coś nie tak, kiedy nie można patrzeć tej drugiej osobie w oczy. Bo to oczy się liczą, nie słowa. Jak mogłabym tego nie wiedzieć, Vero? Ja też byłam kiedyś niema i moje oczy mówiły za mnie. Malowałyśmy powieki na zielono, żeby błyszczały. Mogłam zostać wielką gwiazdą, Vero. Większą niż Greta i Sarah. Mogło tak być! Ale pewnego dnia moje oczy przestały błyszczeć, chociaż użyłam tyle barwnika, że prawie oślepłam.

Gwałt, wojna, stracona młodość czy degradacja przeżywana w skrytości serca – to, można powiedzieć, podstawowe tematy dla tych opowieści. Przewijają się przez nie oczywiście mężczyźni w najróżniejszych rolach, ale tylko tyle – przewijają się. Męskimi postaciami w tej powieści rządzi przede wszystkim nieobecność we wszystkich odcieniach. Jeden nie kończy szczęśliwie wyprawy na Grenlandię, drugi nigdy nie pojawia się w życiu córki, a trzeci, ten najgorszy, raz po raz znika i pojawia się z kolejnym największym cudem świata w kieszeni marynarki. Chłopcy, którzy widzą i z niezwykłą precyzją pamiętają wszystko (to pewnie zagadka, która dręczyć będzie niejednego czytelnika), dziedziczą historie rodzinne. Nie to jednak jest najtrudniejsze, raczej to, że historie te przykuwają ich do siebie i miejsca. Dom w Oslo staje się pewnego rodzaju epicentrum, ale takim, którego ostatecznie i za wszelką cenę nie chce się wyeliminować ze swojego życia. To jednak, co sprawia, że ton tej powieści jest – szczęśliwie – niejednoznaczny, jest bez wątpienia lekkość i swada językowa Christensena. Nie tylko bywa on zabawny, ale także literacko uwodzicielski.

(…) nie zobaczyła, że jest bliski płaczu, bo ktoś się o niego troszczy, ktoś zastanawia się, jak on się czuje, i ta troska prawie wyprowadza go z równowagi. – Robię sobie dzisiaj wolne – szepcze. Vera cichutko zamyka drzwi i przekazuje tę wiadomość dalej. Arnold Nilsen jest zdrowy. Po prostu chce sobie zrobić wolne. Nie bardzo wiedzą, od czego robi sobie to wolne. Ale leży na otomanie i ma wolne. Boletta wychodzi do Telegrafu. Fred zmyka na podwórze. Stara z Verą piorą obrusy. – Skoro on żyje z życia, to i od życia musi sobie robić wolne – mówi Stara. Vera ją ucisza.

Historia dorastania małego Barnuma, którego znakiem rozpoznawczym są kędziory włosów, wchłania opowieści o innych postaciach – przyjaciołach, których już nigdy nie straci, bracie nieradzącym sobie z literami czy kioskarką Esther, oferującą mu częstokroć darmową porcję kandyzu. Cała ta opowieść, która zatytułowana została Półbrat, tworzy bardzo subtelnie, ale też konsekwentnie zbudowaną sieć pokrewieństwa. Jedyny problem, jaki może mieć z tym czytelnik, to pewnego rodzaju nadmierna spójność narracji i osobliwa pewność narratora w wyjaśnianiu wszystkich zjawisk i zdarzeń. Wszystko da się zrozumieć, wszystko można opowiedzieć, nawet jeżeli nie dzieje się to natychmiast. To jednak książka szalenie potrzebna, bo sięgająca okresu dzieciństwa w nieco inny sposób i z nieco innym temperamentem niż dotąd znane powieści o dorastaniu. Nawet dość przewidywalne – także psychologicznie – sytuacje przerywane są przez precyzyjny i często nadszarpnięty nieoczywistą emocjonalnością język Christensena.

Pod wieloma względami podobne warunki spełnia pierwsza część Odpływu, także biorąca okres dzieciństwa za punkt wyjścia. Również tam pojawia się przerażający brat, skrywany – dosłownie – w najciemniejszych zakątkach domu. Tym razem jednak to doświadczenie nie głównej postaci, ale pogardzanego kolegi. Pewnego rodzaju odwrócenie i wyostrzenie perspektywy, pójście kilka kroków dalej przy zachowaniu podobnej konstrukcji służy tej powieści. Podobnie jak powrót do ważnego niewątpliwie tematu Christensena – przyjaźni nawiązywanej w niespodziewany sposób, nadziei na zrozumienie i swobodną radość, którą dają dziecięce relacje. Dziecięce relacje, trzeba dodatkowo powiedzieć, pełne nader wyrazistych uczuć, wstydu i zawiści. W tym zresztą norweski pisarz sprawdza się najlepiej – w wyzyskiwaniu pierwszych lat życia człowieka (przede wszystkim: chłopca) do opowiedzenia o świecie – także tym, który już czeka z dużo mniej niż otwartymi ramionami. Christensen nie infantylizuje ani tego spojrzenia, ani świata, który w tym procesie percepcji powstaje. To nie Dzieci z Bullerbyn, ale dzieci, które widzą więcej niż to, na co mogłaby przygotować ich ta bajka.

Druga część Odpływu, w dość fasadowy sposób łącząca się z pierwszą, traci w zestawieniu z poprzednimi utworami. Dzieje się to z banalnego zupełnie powodu – Christensen wkracza do świata dorosłych. Wprawdzie na wiele sposobów podtrzymuje elektryzujące tajemnice, wyciąga ze swojego języka najcięższe oręża subtelności i chłodu, ale nie trafia prosto w serce. Może jest za bardzo amerykański, może jest za bardzo dorosły, a może jego wcześniejsze powieści przykuwają do – pewnie złudnej – nadziei, że podobne książki można pisać bez końca. Nie dlatego, że rozszarpią gust literacki i wrażliwość estetyczną, ale dlatego, że w sposób bardzo nieoczywisty wciągają do rzeczywistości dzieciństwa drugiej połowy XX wieku w Norwegii, nie pozwalając na zredukowanie tych narracji do prostych schematów rodzinnej sagi, która wyłania z siebie opowieść o dorastaniu.

 

Lars Saabye Christensen

Półbrat // Odpływ

Przekład: Iwona Zimnicka

Liczba stron: 910 // 464

Wydawnictwo Literackie, 2014 // 2015

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.