popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Bieszczadzkie (złe) historie („Na granicy”)
NAGRANICY
RECENZJE | 04.04.2016

Bieszczadzkie (złe) historie („Na granicy”)

Jest takie miejsce w naszym kraju, którego należy się bać. Przyczyna tego profilaktycznego lęku nie jest jednoznaczna, nie ma żadnego konkretnego uzasadnienia w rodzaju fali morderstw czy zatrutego powietrza. Bieszczady, bo o tej polskiej krainie geograficznej mowa, są nie tyle tajemnicze, co wciąż nieodkryte. A przede wszystkim pozbawione rozbuchanego marketingu, w przeciwieństwie do medialnych Tatr i jarmarcznego Zakopanego. Najbardziej fascynująca jest rodząca się od dłuższego czasu mitologia podkarpackiego pasma gór, podszyta grozą i niepewnością. Może właśnie dlatego polscy filmowcy coraz częściej sięgają po tego zagadkowego, milczącego bohatera.

Sława mrocznego rewersu Bieszczad narodziła się jeszcze w czasach socrealistycznych, przy okazji wydania kultowej powieści Marka Hłaski, o której chyba nikomu nie trzeba przypominać. Uwypuklenie najciemniejszych aspektów ludzkiej natury w scenerii ziemi przeklętej już wtedy naznaczyło Bieszczady piętnem miejsca, które wydobywa z człowieka najgorsze instynkty. I choć w ekranizacji Bazy ludzi umarłych Hłasko i Czesław Petelski celowo oszukali widzów pod względem pleneru (Sudety), ponura fama Bieszczad i tak utrwaliła się w świadomości odbiorców. Zresztą wystarczy spojrzeć na jej swoisty renesans, który dokonał się za sprawą Wojciecha Smarzowskiego w przełomowym Domu Złym oraz twórców serialu HBO Wataha. To bardzo krzepiące, że polscy twórcy przypomnieli sobie o olbrzymim potencjale filmowym tego miejsca.

Na granicy to film, w którym reżyser chciał, jak przypuszczam, maksymalnie wykorzystać całą szeroko pojętą metaforykę podkarpackiej górskiej krainy. I bez wątpienia, Bieszczady są tu nie tyle tłem, co jedną z głównych postaci.

Początek filmu (nie) jest zaskakujący – widzimy samochód z rzeszowską rejestracją zmierzający serpentynami przy dźwiękach muzyki klasycznej. Kierowcą okazuje się być mężczyzna w osobie Andrzeja Chyry, pasażerami zaś dwóch chłopców, ewidentnie zróżnicowanych wiekowo (Bartosz Bielenia, Kuba Henriksen). Już na samym wstępie, będącym notabene powtórzonym gestem z Lśnienia czy Funny Games, klarują się trzy kwestie: skupienie się na perspektywie męskiego świata, ukazanie niełatwej relacji ojciec-syn oraz problem dojrzewania.

Mateusz, były pogranicznik (Chyra) zabiera synów w oswojone przez siebie miejsce, pod pretekstem wspólnej psychoterapii, przeżycia żałoby po zmarłej żonie i matce. Bo przecież cokolwiek by się działo w świecie, tu nas nikt nie znajdzie, jak mówi, gdy docierają do bazy znajdującej się na terenie byłego więzienia. Ta męska wycieczka nie będzie miała jednak zbyt wiele z rodzinnej terapii – chodzi raczej o indywidualne odkrywanie samego siebie. Butny acz delikatny Janek (intrygujący ze względu na androgyniczną urodę Bielenia, na którego uwagę zwróciłam już przy okazji epizodu w Disco Polo) nie będzie chciał pić wódki z ojcem, mimo gróźb i powoływania się na „tradycję”. Woli czytać książki i palić papierosy za winklem, a przed snem przeżywać śmierć mamy po swojemu, patrząc na wspólną fotografię. Tomek (Henriksen) wydaje się być zbyt młody i świadomy czegokolwiek, jest posłuszny ojcu i prawdopodobnie upatruje w nim męskiego wzorca. Mateusz, kończąc butelkę czystej, pozwala sobie na kilka (nie)męskich łez, tłumacząc je alkoholem i krygując się przed starszym synem. I wszystko to byłoby bardzo dramatyczne i egzystencjalne, gdyby nie fakt pojawienia się zarośniętego i zakrwawionego Marcina Dorocińskiego.

Konrad przychodzi znikąd. Pojawia się na zaśnieżonej górze i niczym pewien laureat Oscara w najnowszym filmie znanego reżysera zza oceanu, zmierza do psychoterapeutycznej bazy. Jest postacią, która ma przeszkodzić w rodzinnym wyjeździe podszytym żałobą. I faktycznie tak się dzieje. Odkąd Konrad niespodziewanie pojawia się w życiu trójki mężczyzn, w filmie rozpoczyna się akcja nosząca znamiona thrillera. Jest przemoc, jest krew, są łzy i śmierć. Ukazane są również przemiana chłopców w mężczyzn, pojawienie się uczucia zemsty, odkrycie w sobie zdolności do zabicia drugiego człowieka.

Przyspieszony kurs dojrzewania, a przede wszystkim uwypuklenie rodzącego się w młodych chłopcach zła, to ciekawy, choć słabo zarysowany w filmie Kasperskiego wątek psychologiczno-filozoficzny. Ale warty docenienia wśród nienajlepiej skonstruowanego scenariusza, który położył sukces Na granicy. Światełkiem w ciemności jest postać Konrada i kreacja, którą stworzył Dorociński.

Szalony, wyrachowany i do bólu męski, nieznający skrupułów Dorociński, pokazuje w filmie doskonałe rzemiosło aktorskie. To dla niego warto przeboleć karygodne niedociągnięcia w konstrukcji pozostałych bohaterów, którzy są w zasadzie przezroczyści, czy też rachityczną fabułę. I oczywiście dla zdjęć Łukasza Żala, który nie bez przyczyny dostał oscarową nominację w swojej kategorii przy okazji Idy.

Debiut Wojciecha Kasperskiego z pewnością skłania do refleksji. Przede wszystkim nad tym, jak istotny jest scenariusz oraz stworzenie konstruktywnej fabuły i wyrazistych bohaterów. W moim przekonaniu są to bezsprzecznie fundamentalne elementy każdego dzieła kinematograficznego, bez których nie da się stworzyć niczego w pełni dobrego. I nie pomoże tu metafora w postaci ponurych Bieszczad ani genialna kreacja jednego z najlepszych polskich aktorów, ani nawet zdjęcia złotego dziecka polskiego operatorstwa filmowego.

Dlatego też Bieszczady są miejscem, którego należy się bać. Bo prowokują niektórych twórców do chybionych marzeń o kinie gatunkowym. Choć może to kwestia fatum, które ujawnił Hłasko w swojej powieści.

 

Na granicy, reż. Wojciech Kasperski, Polska (2016)