popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Disco polo w wersji glamour (M. Bochniak „Disco Polo”)
discopolo
RECENZJE | 09.03.2015

Disco polo w wersji glamour (M. Bochniak „Disco Polo”)

 Niedzielny poranek, połowa lat dziewięćdziesiątych. Biegacie po domu w welurowych getrach lub szarych dresach, zupełnie niedopasowanych do pstrych tiszertów z nadrukiem i ortalionowych kurtek w niestandardowych kolorach. Już zaraz, już za chwilę, nastąpi długo wyczekiwany moment. Bierzecie parówkę w rękę i wraz z całą rodziną uroczyście zasiadacie przed telewizorem. Oto zaczyna się upojna godzina z Disco Relax, programem, którego wnikliwej znajomości nie wolno się wypierać.

Tak się akurat składa, że z plejady artystów tego czasu, to właśnie Shazza była moją idolką – kochałam ją całym sercem, dopóki nie pojawiło się Spice Girls i trochę przewartościowało moje priorytety. Doskonale pamiętam te niedzielne poranki z obrazkami pełnymi kolorów i cekinów oraz szybką, wpadającą w ucho muzyką. Słowa piosenek zwykle zapadały w pamięć, bo były łatwiejsze i bardziej rytmiczne niż nudne wierszyki z zerówki. W tym chyba tkwił cały sekret fenomenu disco polo – w prostocie, kolorach i zabawie. I właśnie ten fenomen kulturowy, tę bryłę (oraz żyłę) złota lat dziewięćdziesiątych postanowił wziąć na swój warsztat Maciej Bochniak, reżyser obecnego od tygodnia w kinach filmu Disco Polo.

Choć to jego pierwsza pełnometrażowa fabuła, Bochniak nie jest nowicjuszem w temacie disco. Nie tak dawno temu, bo trzy lata wcześniej, zdziwiony brakiem chętnych wśród filmowców, zainteresował się kwestią tego intrygującego gatunku muzyki, którego właściwe początki miały przecież miejsce na przełomie lat 80. i 90. (trzydzieści lat na polskim rynku!). Miliard szczęśliwych ludzi to „pierwszy raz” Bochniaka z tematem discopolowym, pełnometrażowy dokument, którego bohaterem jest pionier i senior muzyki disco, czyli zespół Bayer Full. Fascynacja discopolową kulturą ze strony reżysera nie była epizodyczna, czego niezbitym dowodem jest rosnąca liczba widzów gromadzących się w multipleksach czy kinach studyjnych, aby obejrzeć „film o disco polo”.

Zaczyna się bardzo amerykańsko – Dawid Ogrodnik w roli Tomka pojawia się w scenerii przypominającej drugorzędny western z jednej, a Aż poleje się krew z drugiej strony. Tomek ma na głowie kowbojski kapelusz, a w głowie marzenia o sławie, sukcesie i dolarach. I będzie o te marzenia walczył z determinacją godną kowboja, tyle że na tej wschodniej stronie mapy. Zapowiedź dążenia do realizacji „american dream” można by uznać za formę prologu, gdyby nie fakt, że początkowa scena nieco się „rozrosła” i ma swoją kontynuację w fabule (co niekoniecznie zawsze jest uzasadnione).

Tomek, prosty chłopak, syn prowincjonalnego kolejarza (w tej roli Juliusz Chrząstowski, a więc kunszt teatralny w komercyjnym kinie), posiada względny talent wokalny. Zachłyśnięty możliwością szybkiej kariery w krainie polskiego disco, właśnie z tą umiejętnością wiąże przyszłość. Jest gotowy zrobić wszystko, aby zdetronizować bezsprzecznego króla discopolowej estrady – Maćka z zespołu Atomic. Razem z miłośnikiem klawiszy, Rudym (fenomenalny Piotr Głowacki) i genderowym dźwiękowcem (Aleksandra Hamkało) postanawiają podbić cały świat, czyli… brodzącą w kapitalizmie Polskę. A raczej jej neonową i wielobarwną odsłonę, ociekającą tandetnym glamourem. W myśl zasady „teraz albo nigdy” i „po trupach do celu”, udając się we właściwe miejsca o właściwym czasie, tercet zyskuje coraz większy rozgłos, wciąż jednak daleko im do nieosiągalnego poziomu Atomica. Aby znaleźć się na szczycie muszą bowiem uzyskać aprobatę mentora discopolowego przemysłu, „ojca” sukcesu atomicowego Maćka (w tej roli niesłusznie zaniedbany przez kino Rafał Maćkowiak), czyli wkupić się w łaski wybuchowego producenta Daniela Polaka, granego przez Tomasza Kota. Gdy udaje im się dotknąć gwiazd i dostać bilet do błyszczącego szołbiznesu, wtedy dla trójki bohaterów rozpoczyna się prawdziwa przygoda w kolorowej krainie disco. Niedostępny amerykański sen o karierze zaczyna się ziszczać.

Perypetie amatorskiego tria nabierają rozpędu. Przaśna bajka zdaje się nie mieć końca, jest nawet cekinowa księżniczka disco w postaci Gensoniny (Joanna Kulig) oraz polityczno-mafijny smok Katiusza, grany przez Jacka Komana. Ale cóż to za przeszkoda dla zdeterminowanego Tomka, którego wspiera dwójka równie brawurowych przyjaciół i rzesze opętanych muzyką fanów? Przygód okraszonych jaskrawym i swojskim bogactwem materialnym i wizualnym (moc barwnych efektów specjalnych skutkuje niesamowitą widowiskowością filmu) jest sporo. Bohaterowie śpiewają, uciekają i dzielnie walczą z nieprzypadkowymi przeciwnościami, których nie stwarza im los, tylko discopolowa mafia złożona z Daniela Polaka oraz Katiuszy ze swoją wschodnią świtą. Jest zabawa, jest impreza, trochę rozdmuchanego strachu i udawanego kina akcji, a na końcu, drodzy Państwo, i tak wiemy, że chodziło o zwykłe love story z biesiadnym happy endem. Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina, ostatecznie.

Disco Polo to film, któremu można zarzucić wiele. Brak konsekwencji w kwestii wierności poruszanej epoce (Rudy spieszący się na Miami Vice? Może, ale czyż nie większą ikoną ery disco polo był Słoneczny Patrol? Nie wspominając już o miszmaszu scenograficznym i słabych kostiumach – a przecież najntisy dają tyle możliwości!), zbyt swobodne i często nieuzasadnione szarżowanie kontekstami (James Cameron, Wes Anderson, Tim Burton, Michael Haneke, a do tego western z disneyowsko-hollywoodzkim sznytem – i co jeszcze?), przepych, przejaskrawienie i przegięcie estetyki. Wszystko to sprawia, że całość balansuje na cienkiej granicy nadmiaru, a Bochniak podejmuje spore ryzyko zginięcia od własnej broni. Ale jedno jest pewne i tego odmówić reżyserowi nie można – takiej produkcji w polskim kinie jeszcze nie było. Odważny krok w polskiej, przewidywalnej kinematografii (dramat/biografia/historia), zrobiony z godną podziwu oryginalnością.

Kolorowe dziecko Bochniaka jest niepokorne i lubuje się w sporcie ekstremalnym. Ubieranie w mocno przerysowaną konwencję tematu, który sam w sobie nie grzeszy subtelnością jest pomysłem mocno wątpliwym. Ale zanim podniosą się głosy wzburzenia i pretensji, trzeba wyjaśnić sobie jedno – metodę. Ci, którzy oczekują wiernych obrazów z dzieciństwa i rzetelnego zobrazowania zjawiska disco polo, bardzo się rozczarują. Bochniak bowiem traktuje disco polo jako narzędzie, idealny bodziec, a jednocześnie materiał na surrealistyczną baśń, która będzie wypełniona jaskrawymi kolorami i obsypana brokatem. Realizuje swój kolorowy sen o disco polo, swoją własną (wybujałą) interpretację jednego z najważniejszych zjawisk w historii polskiej muzyki popularnej.

Trudno mówić o jednoznacznym sukcesie tego eksperymentu. Można ochoczo przyklasnąć idei kreowania świata na fundamentach esencji wyciągniętej z historii disco polo, ale bezkrytyczny entuzjazm  wobec hybrydy rozmaitych konwencji, jaką serwuje twórca, byłby nieuzasadniony. W swoim filmie Bochniak zbyt wiele nadbudowuje, zupełnie zapominając o tym, że nadmiar szkodzi, a więcej nie znaczy lepiej (mnożenie kontekstów manifestujących wiedzę reżysera raczej wprowadza chaos w fabule, niż tworzy zintegrowaną całość filmu). Być może zgrabniejszym posunięciem byłoby postawienie na subtelność, zamiast na brutalne wręcz nadinterpretowanie fenomenu muzyki disco polo przez pryzmat kampu i kiczu. I o ten nadmiar przygniatający widza mam do twórcy Disco Polo nieco żalu.

PS Z czystym sumieniem mogę jednak przyznać, że urzekły mnie w filmie Bochniaka dwie kwestie. Mariusz Drężek (który dotychczas budził we mnie zniesmaczenie, przez wzgląd na jednoznaczne role w polskich serialach) występujący w cekinowej bluzie jako prowadzący prototypowego Disco Relax, to raz. A dwa – psychopatyczna twarz jednego z dwóch braci z Funny Games (Bartosz Bielenia), której nie sposób nie zapamiętać.

Disco Polo, reż. Maciej Bochniak, Polska (2014)