Zmierzch Zachodu albo mit o rentierze-komando („Citizen Vigilante”)
Wydanie
6/2026Autor
Kamil WalczakJeśli jakimś cudem miałeś, drogi czytelniku, okazję zobaczyć plakat z eurodeputowanym Dominikiem Tarczyńskim w stroju Neo z Matriksa, to niestety nie były to migawki z mary sennej, ale z Twittera – choć ten coraz bardziej przypomina surrealny koszmar. Znany z ostrego, antyunijnego języka i konsekwentnego promowania agendy MEGA (Make Europe Great Again) polityk zajął się, dość nietypowo, promocją filmu Citizen Vigilante, udostępniając go w całości na swoim profilu. Tak naprawdę poszedł w sukurs właścicielowi platformy, Elonowi Muskowi, który 25 czerwca, niecały tydzień po premierze filmu w USA, zamieścił go na 48 godzin w poście do obejrzenia zupełnie za darmo. Czas minął, ale od tamtej pory pojawiło się mnóstwo repostów. Także na portalu CDA znajdziemy już z tuzin uploadów tego filmu, niekiedy w prowizorycznym tłumaczeniu „Obywatel Strażnik”. To wydarzenie to nie tylko chwilowy viral, ale też symptom, któremu warto się przyjrzeć. A powody są trzy – i dość dobrze motywują popularność tego projektu: Armie Hammer, Uwe Boll i cenzura.
Kociołek kontrowersji
Na początku dekady w mediach pojawiły się poważne oskarżenia wobec Hammera. Kilka kobiet wskazało, że dopuścił się na nich gwałtu, a do sieci wypłynęły niepokojące wiadomości sugerujące jego skłonności kanibalistyczne. Ten wizerunek potwierdził i umocnił dokument Dom Hammerów – mroczne tajemnice, rozwijając narrację o jego wpływowej rodzinie i niemałej fortunie petrodolarowej. Kalifornijska policja wszczęła śledztwo ws. Hammera, ale sprawę zamknięto, nie stawiwszy żadnych zarzutów. Niemniej: aktor zniknął z Hollywood i na kilka lat zaszył się gdzieś na Kajmanach. Przyznał się do bycia dupkiem i fetyszystycznych odchyleń od normy, ale stanowczo zaprzeczał, jakoby jego stosunki były poza konsensem. Swój powrót do aktorstwa Hammer zaliczył rok temu wraz z premierą praktycznie nieznanego westernu Frontier Crucible. I już wydawało się, że skazany jest na ciułanie filmami klasy C, kiedy wystrzelił Citizen Vigilante, w którym gra główną, tytułową rolę. I znów zaczyna być głośno także o samym Armiem Hammerze.
Oto składnik pierwszy: unieważniony aktor powracający do gry.
O Uwe Bollu ostatni raz słyszałem w kontekście Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata Radu Jude. W opowieści o asystentce ganiającej za producentami korporacji trafiamy w jednej ze scen na plan filmu fabularnego reżyserowanego właśnie przez Bolla. Jude tłumaczył w wywiadzie, że szanuje jego dorobek i nieustępliwość, zwłaszcza wobec zmagań z nieprzejednanymi krytykami. Niespodziewany występ u rumuńskiego sowizdrzała miał jednak miejsce długo po tym, jak Niemiec zaliczył swój prime – a przynajmniej tak myśleliśmy. O Bollu było głośno około dwadzieścia lat temu, gdy na potęgę produkował anglojęzyczne, niskobudżetowe adaptacje gier wideo (m.in. The House of the Dead, BloodRayne, Far Cry czy najbardziej kultowy Postal). Przez amerykańską krytykę został ochrzczony „najgorszym reżyserem” i „niemieckim Edem Woodem”.
Tego typu opinie nie tylko nie zniechęciły reżysera, ale wręcz rozjuszyły go i podbudowały jego narcyzm. Niemniej Boll dorobił się czegoś na kształt własnego stylu. Zaczęły go wyróżniać umiłowanie do przemocy na ekranie, zwłaszcza w wymiarze gore, wszelkiego rodzaju strzelaniny, masakry i pościgi, a to wszystko w niezwykle niedbale zmontowanych, chaotycznych ujęciach. Zgodnie z własnymi deklaracjami Boll chce szokować, wywoływać kontrowersje, przykuwać uwagę w przestymulowanym filmowymi atrakcjami świecie – stąd jego rozmysł co do karykaturalnie schematycznych postaci o rozpłaszczonej głębi psychologicznej czy wysoce umowne konstruowanie fabuły. Sam teraz dość umownie posługuję się eufemizmami na określenie mizerii jego stylu.
Oto składnik drugi: żądny kontrowersji reżyser.
Uwe Boll bardzo często w swojej karierze musiał mierzyć się z brakiem regularnej dystrybucji. Wiele z jego filmów trafiało do odbiorców w trybie direct-to-video, z pominięciem regularnych pokazów w kinach. Jednak zwykle wynikało to z opieszałości marketingowej lub rozmyślnej decyzji, by umieścić film od razu na nośnikach fizycznych. Co stało się tym razem? Reżyser narzeka na cenzurę w rodzinnych Niemczech – i częściowo ma rację. By móc liczyć tam na dystrybucję (kinową, streamingową, w formie DVD czy Blu-Ray), film powinien najpierw otrzymać kategorię wiekową przyznawaną przez regulatora FSK, a ten na razie odstąpił od klasyfikacji Citizen Vigilante. Powody? Promowanie samosądów i stereotypowe przedstawianie migrantów. Ale jak wspomniałem na początku, produkcja bez problemu trafiła do kin w USA i Kanadzie, a dzięki włodarzowi X – praktycznie na całym świecie. Niemniej, w świat poszedł przekaz: „film zakazany w Niemczech”.
Jest i trzeci składnik: europejska cenzura dławiąca wolność słowa.
Chyba udało mi się utrzymać suspens wystarczająco długo.
Zemsta po libertariańsku
Pierwsza scena: młoda kobieta z synem robią zakupy w osiedlowym sklepie. Gdy wychodzą, niewinny obrazek dość szybko przerywa niepokojąca muzyka – w ich kierunku zmierza czarny mężczyzna z długim nożem w ręku. Krótkim cięciem podcina gardło kobiecie, która spektakularnie wykrwawia się na oczach dziecka. Okazuje się, że do podobnych przestępstw dochodzi coraz częściej, o czym z przerażeniem informują media. Co więcej, służby pozostają bezsilne. Ale jest nadzieja: mroczna postać przemierza ulice miasta, wymierzając pożądaną społecznie sprawiedliwość. Taki proceder nie podoba się jednak policji, do akcji wkracza Interpol, który stawia sobie za cel złapanie samozwańczego stróża prawa.
Gdyby pozbawić film warstw kontrowersji, można by go uznać za kolejnego przedstawiciela kina zemsty. Michael Sanders, tytułowy mściciel z doświadczeniem zdobytym w armii, bierze sprawy w swoje ręce, dokonując rewanżu na przestępcach, których nie jest w stanie ująć policja. Metody tego jednoosobowego komando przypominają nieco potyczki Johna Wicka, choć Sanders usposobieniem bardziej jest podobny Brudnego Harry’ego, a profilem ekonomicznym – Batmana. Jednak motywacje bohatera nie są ani osobiste, ani zawodowe, ale ściśle moralne i społeczne. Nie może on już znieść rozlazłości władz i apatii społeczeństwa – we własnym rozumieniu pokazuje on normalnym ludziom, jak powinni postępować z panoszącymi się po ulicach kryminalistami i gówniarzerią. Jest pozbawiony humanitaryzmu czy litości – z zimną krwią morduje przestępców (a także ich rodziny), stających mu na drodze funkcjonariuszy czy pobłażliwych sędziów.
Czy zatem akcja naprawdę dzieje się w Gotham City? Nie do końca. Plansza informuje nas, że ma miejsce w „Europie”. Pośrednie informacje (napisy na ścianach po chorwacku i niektóre landmarki) wskazują na Zagrzeb, choć tablice rejestracyjne (EU) próbują nas zmylić, że Europa jest faktycznym państwem, w którym językiem urzędowym jest łamana angielszczyzna. Co więcej, Sanders jest amerykańskim milionerem, który odziedziczył po ojcu niemałą fortunę deweloperską – jego firma dysponuje bagatela kilkoma tysiącami mieszkań. Jako przedsiębiorca jest zdecydowany: niepłacących czynszu poleca jak najszybciej eksmitować, nawet wbrew obowiązującemu prawu, które z jego perspektywy pozwala na oszustwa dzikim lokatorom. Obywatel Strażnik to niezwykłe połączenie turbokapitalisty przeciwnego społecznym regulacjom i klasycznego rentiera, który czerpie wielomilionowe zyski z utrzymywania nieruchomości, w tym pustostanów. Jest typem landlorda, który sumiennie sprawdza swoje ziemie. Skarży się m.in. na pleśń w pokoju prostytutki (jednym z jego najemców jest burdel).
Niegłupio więc zakładać, że jego misja społeczna ma także wymiar bardziej ekonomiczny: pragnie, by ulice „Europy” były bezpieczne i zaludnione przez posłusznie płacących czynsz ludzi. Migranci to socjalne zagrożenie, biedota, patologia, która źle wpływa na rynek. Sanders wyznaje zasady kapitalistycznej biopolityki – łatwiej robi się interesy, gdy panuje porządek, ciała są podporządkowane a poczucie ludowej sprawiedliwości jest zaspokojone. W podobnym tonie wypowiadają się w świecie przedstawionym media (z braku pomysłu, Uwe Boll pokazuje tylko jedną, prowizoryczną stację: World News), zadając pytanie: czy społeczne koszty migracji nie zaczęły przewyższać ekonomicznych zysków? Film nie bawi się w niuanse – każda niebiała postać na ekranie jest nie tylko potencjalnie, ale i faktycznie zagrożeniem, czynnikiem patogennym, który zatruwa europejski organizm.
Świat potoczny upadłej Europy
Boll tworzy imaginarium świata potocznego, gdzie newsy o brutalnych morderstwach i gwałtach zbiorowych okupują pierwsze strony gazet i medialnych outletów; gdzie hordy migrantów nacierają na Europę, przypominając popularne obrazy z Obozu świętych Jeana Raspaila czy Uległości Michelle’a Houellebecqa. Miasta Europy (mitycznego państwa-kontynentu – co zresztą zdradza u Bolla pewien typ amerykańskiego myślenia ), na pierwszy rzut oka malownicze palimpsesty wielowiekowej historii i widome znaki postępu cywilizacji, pod powierzchnią okazują się przejętymi przez niebiałych ulicami nędzy i chronicznego niebezpieczeństwa. Na tym tle powraca coraz bardziej popularna narracja z naszego podwórka: Europa nie jest już taka jak kiedyś, teraz tylko w Polsce jest bezpiecznie, bo uchroniliśmy się przed niekontrolowanym zalewem obcych kulturowo migrantów. Na ten argument powołuje się nawet sam reżyser w jednym z wywiadów, stawiając Polskę na piedestale. O tym, jak złudne jest polskie myślenie o imigracji i że de facto powtarzamy błędy braku integracji i marginalizacji społecznej nowo przybyłych pracowników zza granicy, pisał ostatnio w Rewolucji ambicji Jakub Dymek.
Mimo to, Boll trafia w samo sedno społecznych frustracji i wyobrażeń wielu Europejczyków (i Amerykanów) o Europie. Stworzył film populistyczny w tym sensie, że odwołuje się do prostych podziałów na swoich i obcych, sojuszników i wrogów, oraz wartości cywilizacji Zachodniej: wolności, godności, sprawiedliwości – rzekomo przeciwstawnych zdeprawowanym wartościom islamu. Winni tego stanu rzeczy zostają nazwani po imieniu: to fundamentalizm islamu (bo ma on cechować całą religię, która w tej skali staje się inną cywilizacją) i uległa woke-lewica – to jego słowa, nie moje. Chcąc nie chcąc, Boll korzysta z wyszlifowanych kodów narracyjnych Europejskiej Nowej Prawicy (głównie francuskiej), na który składa się etnonacjonalizm podszyty integralnością rasy i kultury, silna retoryka inwazyjna połączona z ideą kontrdżihadu – dążeniem do odparcia najazdu ze Wschodu przez masowe deportacje lub fizyczną eliminację kadetów islamskich Hunów. Idea najbardziej rozpromowana przez nową prawicę – inspirowana Antonio Gramscim metapolityka – głosi, że rewolucję ideologiczną powinno się zacząć od zmiany narracji, a nie zmiany politycznej. Wydaje się, że taka zmiana już częściowo się dokonała.
Jednak najbardziej zręczną kartą przetargową Citizen Vigilante jest nie tyle sam problem migracji, ale samo jego sedno. Chodzi o gwałt. Film został dedykowany „tysiącom ofiar gwałtu i morderstw w Europie”, a oś fabuły stanowi sprawa gwałtu zbiorowego na nastolatce, dokonanego przez ośmioro nieletnich o pochodzeniu arabskim. Kanwę stanowiły prawdziwe wydarzenia z Hamburga z 2016 roku, choć przypomina to także tegoroczny kazus z Fordingbridge. Obie sprawy łączy jedno: brak kar więzienia i społeczne oburzenie związane z wypuszczeniem młodocianych przestępców na wolność. Boll dodał jeszcze jeden aspekt: imigranckie pochodzenie. W kampanii medialnej reżyser podkreśla rosnące liczby przestępstw seksualnych, których sprawcami są imigranci. Wprowadza w ten sposób wyrazistą narrację: Sanders pragnie obrony „naszych” kobiet przed gwałtami. Jednocześnie akcja zasadza się na społecznym przyzwoleniu na przemoc wobec sprawców przemocy, zwłaszcza tak okrutnej i wymykającej się racjonalizacji jak gwałt. Wrażenie wzmaga się jeszcze, gdy ojciec Yusufa, jednego z winnych, zaczyna tłumaczyć zachowanie syna, a jego córka wskazuje, że to młode dziewczyny ubierają się w kuse ubrania, które zachęcają chłopców do złego.
To nie jednorazowy przypadek. Strażnik jest świadomy istnienia kultury gwałtu i ostro na nią reaguje. Gdy widzi w klubie dwóch mężczyzn, którzy planują odurzyć nowo spotkane kobiety, niepostrzeżenie podmienia napoje tak, że to niedoszli sprawcy łykają pigułki gwałtu. Oręż normalności sprawia, że Citizen Vigilante z łatwością apeluje do poczucia zdrowego rozsądku. Podobnie jest ze sprzeciwem wobec służb: skoro policja nie jest skłonna ująć sprawców, a sędzia puszcza gwałcicieli wolno, to system przestaje działać w interesie obywateli – tak więc może mają oni prawo do wymierzania samosądów. Do tego zachęca ich Sanders, który zresztą sam nie jest obywatelem, ale nielegalnym imigrantem, który dostał się do „Europy” bez dokumentów. Jego status jest jednak wyjątkowy – przesiąknięty jako Amerykanin ideałami po libertariańsku rozumianej wolności, ma on nauczyć Europejczyków, jak radzić sobie na własną rękę.
Metapolityczny piwot
Citizen Vigilante jest niezwykle sugestywną próbą zaszachowania liberalnej agendy antypopulistycznej. Zarazem jest to obraz przerysowany i krzywdzący, w pewnym sensie niebezpieczny, bo za pomocą konwencji exploitation igra z prawdziwymi emocjami społecznymi, którym nierzadko blisko do nastrojów pogromowych. Tak było niedawno w Belfaście, tak mówiła skrajna prawica w Wielkiej Brytanii po ujawnieniu morderstwa Henry’ego Novaka, m.in. Tommy Robinson czy Nigel Farage. Zresztą, Boll wprost cytuje w swoim filmie hasło Farage’a sprzed dziesięciu lat, gdy marginalny wówczas polityk lobbował za Brexitem: Take back control. Obywatel Strażnik, który masakruje agentów Interpolu i osobiście morduje gwałcicieli, jest radykalną realizacją obywatelskiej kontroli.
Trzeba jednak zauważyć, że Boll odwołuje się przede wszystkim do narracji niemieckich, gdzie istotnie przez długi czas media głównonurtowe unikały tematu przestępczości związanej z imigrantami – nie wskazywały pochodzenia etnicznego, sprawy będące konsekwencją biedy i zaniedbań integracyjnych zamiatały pod dywan. M.in. na tych unikach wyrosła Alternatywa dla Niemiec, która niekoniecznie musiała posługiwać się fake newsami, żeby napędzić etnonacjonalistyczne antagonizmy za naszą zachodnią granicą. Najgorsze, co można zrobić, to milczeć na temat własnych zaniedbań.
Citizen Vigilante poniósł się viralem nie tylko ze względu na osławiony efekt Streisand, w tym przypadku: skoro film został „ocenzurowany”, to znaczy, że trzeba go zobaczyć. Myślę, że film Bolla rzeczywiście wystrzelił, bo wpisał się w moment narosłej frustracji, zamieszek antyimigranckich w Europie i dominacji narracyjnej Nowej Prawicy w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech czy, co nie mniej ważne, w Stanach Zjednoczonych. A jak wiadomo, amerykańskie wojny kulturowe mają bardzo krótki pas transmisyjny nad Wisłę, czego emanacją jest Tarczyński, od którego zacząłem tę historię. Zresztą, jeden z motywów w filmie dotyczy dostępu do broni – Obywatel ma w schowku cały arsenał zbrojny, bo jako Amerykanin wie, że może ufać wyłącznie sobie. Choć w jednym ze swoich rolkowych kazań Sanders umieszcza w jednym zbiorze Clintona, Bidena i Trumpa, to istotnie jest wzorcowym przykładem egzekutora MAGA-MEGA, ze wszystkimi sprzecznościami i niekonsekwencjami etnonacjonalizmu i libertarianizmu.
Co zostaje z Citizen Vigilante? Nie jest to zbyt dobry film. Uradowane głosy pośród internetowego szumu wynikają bardziej z zachwytu spełnienie ich mitycznego pragnienia i światopoglądowej zgodności niż satysfakcji estetycznej. Fakt, że Uwe Boll nakręcił słaby film to mniej istotny news niż to, że w czerwcu mamy 40°. Bardziej istotne jest to, w jakie umoszczone tory myślenia wszedł Niemiec i jak szybko Obywatel Strażnik, masowy samosądny morderca, stał się bohaterem memów. Wizerunek fikcyjnego Sandersa z twarzą Armiego Hammera łatwiej rozpowszechniać i akceptować niż Andersa Breivika czy Brentona Tarranta. Altprawicowy internet zyskał nowego bohatera, który przestał już być własnością Bolla, a stał się wyobrażonym politycznym liderem, biorącym sprawy w swoje ręce i przejmującym kontrolę.
Czy ten tekst może skończyć się czymś pokrzepiającym? Strażnikiem obywateli powinno być silne państwo, a samosądy to broń krótkowzroczna i jeszcze bardziej zawodna niż skorumpowani postliberalni politycy. Uwe Boll chciał stworzyć film autentycznie polityczny, co sam przyznawał. Rzeczywiście podjął on tematy, które wychodzą poza spektrum poprawności politycznej i prowokują do odpowiedzi, niuansowania i sprzeciwu. Ale jeszcze silniej skłaniają do zgody, pójścia za ciosem i przyłączenia się do linczu. Parafrazując słynny aforyzm Leszka Millera, w przypadku Bolla milczenie nie byłoby złotem, a szansą.