Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Zmącenie i zmieszanie. Elżbieta Jaworowicz i „Sprawa dla reportera”

3/2026

Artykuły /

Czołówka Sprawy dla reportera nie przystaje do reszty programu. Odcienie sepii są zupełnie odmienne od kolorystyki jasno oświetlonego studia. Elżbieta Jaworowicz – prowadząca – jest już w ruchu, biegnąca gdzieś ku centrum wydarzeń, a nie zastygła w charakterystycznej, utrwalonej już w memach pozie, z wyciągniętymi na bok nogami. 

Najbardziej dziwaczna pozostaje jednak muzyka – dudniące, nieco spowolnione syntezatory, niepokojące echo. Mimowolnie przywołuje ona skojarzenie z czołówką serialu przynależącego do zupełnie innego porządku kulturowego – mianowicie Z archiwum X. I chociaż różnic jest tutaj o wiele więcej niż podobieństw, nie mogę pozbyć się wrażenia, że bohaterów amerykańskiego serialu o zjawiskach paranormalnych i polskiego programu interwencyjnego coś jednak łączy – w końcu jedni i drudzy chcą wierzyć.

Należy zaznaczyć, że w Sprawie dla reportera ta wiara jest dwustronna. Z jednej strony prowadząca (w napisach końcowych określana jako „autor programu”, co jeszcze bardziej podkreśla jej centralną rolę) głęboko wierzy w szczerość intencji bohaterów. To ludzie zagubieni, trudni, skłóceni między sobą, popełniający błędy, ale ostatecznie – jak lubi zwracać się do nich Jaworowicz – „wspaniali”. Nawet jeśli podczas części reportażowej „w terenie” próbuje dociekać i dopytywać, to w studio bezgranicznie ufa, że zaproszone osoby nie manipulują swoją historią. Jak zauważają Sylwia Chutnik i Michał Płaczek, racja i prawda często należą do tego, kto odpowiednio skruszy serce prowadzącej. Jaworowicz musi wierzyć osobom, które pojawiają się w programie, żeby móc obiecać im pomoc, a właśnie to przedstawia jako główny cel Sprawy dla reportera. Jej goście to ci, którzy toną, dosłownie i w przenośni, a ona rzuca im koło ratunkowe. Jednak jakie ma do tego podstawy? Takie, że również bohaterowie wierzą – w możliwość otrzymania pomocy, lecz przede wszystkim w samą Elżbietę Jaworowicz. Ta wiara nie jest zazwyczaj wyrażana bezpośrednio przez głównych bohaterów danego odcinka – ci zwykle są wycofani, speszeni chaosem albo doprowadzeni do płaczu – ale częściej przez trzecioplanowe postacie. Często wspomina się o „przyjaciołach” i „fanach” programu, a ludzie w miejscowościach odwiedzanych przez ekipę telewizyjną zaczepiają „panią redaktor”, żeby podziękować za zaangażowanie, wyrazić uznanie dla jej pracy czy zadeklarować, że oglądają Sprawę dla reportera wiernie i regularnie. Zdarzają się także telefony do studia, w których dzwoniący mają okazję zrobić to samo. Oni z kolei otrzymują od Jaworowicz zapewnienie, że „w programie” dołoży wszelkich starań, aby rozwiązać problemy, przed którymi wspólnie z nimi stanie. Całej reszcie, w tym nieco bardziej biernym widzom, dziennikarka oferuje afektywny zysk, jaki z tego czerpią – wdzięczność. 

Wielką wiarę w postać Elżbiety Jaworowicz twórczo wykorzystuje w powieści Jeśli przecięto cię na pół Łukasz Barys. To właśnie prowadząca, a nie sam program, wspominana jest w książce najczęściej:

Bo babcia ogląda Jaworowicz, która cierpliwie tłumaczy staruszkom, co wolno, a czego nie wolno, że świat ich nie potrzebuje, że każda młoda osoba chce ich po prostu pożreć. Oglądam Jaworowicz z babcią, która podnieca się każdą sceną, zaciska piąstki, woła, że potrzeba na świecie sprawiedliwości, i wpatruje się w tę świetlistą, boską Elżbietę, która dla babci staje się źródłem i boskości, i moralności, i sprawiedliwości, i prawa, i wyzwolenia […].

Sądzę, że pisarzowi udało się tu wydobyć kilka istotnych aspektów fenomenu „pani redaktor”. Babcia czerpie ze Sprawy dla reportera – czy raczej „z Jaworowicz” – wiedzę dotyczącą szeregu spraw: cennika nieruchomości, obyczajów młodych ludzi, spraw spadkowych. Według Chutnik i Płaczka Jaworowicz jest zarówno interwencjonistką, jak i głosem dydaktycznym. Jest to trafne spostrzeżenie, ale warto dodać, że dydaktyzm nie realizuje się wyłącznie poprzez nakierowywanie na właściwe normy obyczajowe i moralne. Ma on też formę informowania i edukowania o bardziej konkretnych sferach życia, zastrzeżonych zwykle jedynie dla specjalistów, chociaż w namacalny sposób przekładają się na codzienność tak zwanych „zwykłych ludzi”. Są to zawiłości prawa i ekonomii, zagadki medycyny czy psychologiczne wskazówkach dotyczące relacji międzyludzkich. Wszystkie te kwestie omawiają w studio właśnie eksperci, ale filtruje je Jaworowicz – odpowiednio upraszcza dla widza i gości, odnosi bezpośrednio do sprawy z danego odcinka, wzbogaca nieco przypadkowym skojarzeniem z fragmentem Biblii, przysłowiem czy piosenką. Bez ekspertów nie byłaby w stanie zaoferować profesjonalnego spojrzenia na problem, ale to ona zawsze ma ostatnie słowo.

Barys nie przesadza, kiedy korzysta z tak silnie nacechowanego emocjonalnie języka. Jaworowicz potrafi rozpocząć odcinek słowami: wszystkim nam dzisiaj potrzebna jest siła – siła przetrwania – a nasi bohaterowie wołają z dna rozpaczy, błagając przejmująco o ratunek, a przez następne trzydzieści pięć minut emocje nie przestają rosnąć. Duże kategorie (wśród nich zwłaszcza „dobro” i „miłość”) uruchamia się tu często, przez co zupełnie rozmywają się w intensywnym języku prowadzącej. Podobnie rozmywają się obrazy biedy i przemocy, którymi widzowie są raczeni na sto procent, ciągle, wciąż i wciąż, niemal nieustannie – a potem od nowa. Jednocześnie należałoby się zastanowić, czy sposób, w jaki przedstawiane jest cierpienie w twórczości wielu przedstawicieli najnowszej literatury polskiej – w tym u samego Barysa – nie jest mocno zakorzenione w obrazach, które znamy właśnie ze Sprawy dla reportera. W końcu wiele z książek tak zwanego „zwrotu ludowego” można by było opisać jako spiral[ę] cierpienia i śmiechu, niesprawiedliwości i agresji, której groteskowość faktycznie jest chyba najlepszym emblematem polskiej rzeczywistości – chaosu, przemocy i skompromitowanych instytucji, wobec których pokrzywdzeni zawsze pozostają sami i bezradni […].

Chutnik i Płaczek trafnie piszą o dwubiegunowości ról, jakie Jaworowicz pełni w Sprawie dla reportera – w terenie reporterki, a gospodyni w studiu. Wydaje mi się istotne dopowiedzenie, że te role zawsze są nieco zmącone. Jasne, reporterka regularnie skraca dystans (także, a może przede wszystkim fizyczny) z bohaterami i stara się wydawać jak najbardziej swojska. Jednak obojętnie, co robi, utrzymuje się wokół niej aura po swojemu rozumianego profesjonalizmu – obcości, która umożliwia ingerencję w rzeczywistość innych osób. Owa obcość wynika oczywiście z bycia przedstawicielką Telewizji – instytucji, przez którą można przemówić do całej Polski. Przypominają o tym pojawiające się czasami w kadrze elementy sprzętu, na przykład mikrofony. Natomiast w studio, w którym prowadzącą mamy widzieć w wydaniu przede wszystkim profesjonalnym – co sugerują biurko, garsonka i stos notatek – nie może się ona powstrzymać przed równie gwałtownymi, co oczywistymi komentarzami, zwykle w formie przerywania innym mówiącym. Pozycje, które zajmuje dziennikarka, nie tyle zmieniają się w zależności od potrzeb, ale układają się jak, nie przymierzając, yin i yang – w jednej zawsze da się znaleźć elementy drugiej. Przedstawicielka poważnego programu, za którą stoi poważana instytucja, stale daje się ponieść emocjom. Empatka wyciągająca rękę ku innym korzysta z niej także po to, by z pozycji władzy wskazywać na błędy popełniane przez bohaterów.

Huragan Maryla i huragan Beata. Szczerze mówiąc, trochę się was boję. Powiedzcie, jest się czego bać?, pyta prowadząca na początku odcinka. Chodzi jednak o inny program i inną prowadzącą – to słowa Niny Terentiew w Bezludnej wyspie, a wspomniane kobiety to Maryla Rodowicz i Beata Kozidrak, którym towarzyszy jeszcze Kayah. Nietrudno byłoby jednak wyobrazić sobie, że podobne sformułowanie wychodzi z ust Jaworowicz. Na pierwszy rzut oka dziennikarki nie różnią się od siebie aż tak bardzo. Terentiew jest mniej gwałtowna i ekspresyjna, rzadziej niż Jaworowicz pokrzykuje albo wzdycha w zdumieniu, ale równie chętnie przerywa swoim gościom, kończy za nich zdania czy z uznaniem stwierdza nagle, że pięknie coś ujęli. Jest przedstawicielką instytucji nawet w większym stopniu niż Jaworowicz. Ba, nazywana była przecież „Cesarzową Polskiej Telewizji”. Chociaż często pozwala sobie na nadmierne skracanie dystansu, a nawet kokieterię wobec zaproszonych do studia celebrytów (na przykład gdy mówi, że uległa całkowitej fascynacji szaloną osobą [Pawła Kukiza] i żegna gości, zwracając się do nich per kochani chłopcy), to różnica między Sprawą dla reportera a Bezludną wyspą polega na tym, że w tej drugiej efektem jest wrażenie zażyłości, a nie protekcjonalność.

Co jednak dzieje się w sytuacji, w której Jaworowicz zostaje wrzucona w wydarzenia, które sprawiają wrażenie, jakby nikt jej do nich szczególnie nie zapraszał? Taka sytuacja miała miejsce w odcinku, w którym ekipa telewizyjna odwiedza tereny dotknięte powodzią. Ten epizod wyjątkowo pozbawiony jest części w studio, więc przez około czterdzieści minut oglądamy zniszczenia wywołane katastrofą naturalną oraz obserwujemy, jak dziennikarka wchodzi w interakcje z mieszkańcami Dolnego Śląska. Jaworowicz usiłuje przeprowadzić wywiad w samym środku nocnej akcji ratunkowej prowadzonej przez strażaków, pcha się w kaloszach do zalanych domów i dopytuje, jak duże są straty. O ile także w tym odcinku pojawiają się „przyjaciele programu”, to o wiele częściej niż zwykle widzimy u bohaterów irytację i niechęć wobec obecności dziennikarki i kamer, nierzadko wyrażane wprost. Jaworowicz trzeba „przestawiać” z miejsca na miejsce, ratować przed upadkiem, odpowiadać na jej pytania, kiedy należałoby pracować. U widza pojawia się natomiast znużenie, ale zupełnie innego rodzaju niż podczas obserwowania obrazów cierpienia i biedy w natężeniu z regularnych odcinków. Tym razem wynika ono ze zidentyfikowania u bohaterów braku potrzeby obecności „pani redaktor”, kiedy wolą się skupić na pomocy innym członkom lokalnej społeczności.

W kontekście tematu w tamtym czasie bardzo obecnego w mediach Jaworowicz traci też funkcję osoby, która naświetla to, co nie jest na co dzień znane opinii publicznej albo nad czym wystarczająco się ona nie pochyla. Takie momenty nie tyle świadczą o tym, że są bardziej autentyczne od regularnych odcinków, w których dziennikarka pojawia się u bohaterów na ich prośbę, co wydobywają wspomniany wyżej instytucjonalny charakter interwencji Jaworowicz – oczywiście nie w znaczeniu zmiany systemowej, tylko raczej powiązania tej interwencji z pewnym autorytetem mediów. Kiedy poszkodowani nie czują potrzeby angażowania autorytetu w takiej formie, zaczyna on przeszkadzać.

W artykule Paradoks współczucia. Ubóstwo i wykluczenie w oczach dziennikarzy Adam Leszczyński wyróżnia trzy typy narracji o biedzie. Jednocześnie zauważa – co istotne przy namyśle nad Sprawą dla reportera – że bieda i nierówności w ogóle rzadko są tematem „samym w sobie”, a pojawiają się przy okazji innych zjawisk społecznych. Są to kolejno typ populistyczny, ekspercki i protekcjonalny. Pierwszy związany jest z tabloidami, opiera się na wizji świata, w której „prosty człowiek” jest zawsze pokrzywdzony i żywi się nieufnością do elit. Rdzeniem drugiego są, jak można się spodziewać, wywiady z niezależnymi ekspertami, którzy tłumaczą odbiorcom złożoność świata. Trzeci przejawia się traktowaniem biednych jak dzieci, które nie potrafią poradzić sobie z własnym życiem. Chociaż Leszczyński pisze przede wszystkim o prasie, to nie wydaje mi się nadużyciem przeniesienie tej prostej typologii również na gatunki telewizyjne. Sęk w tym, że w programie Jaworowicz także pod tym względem wszystko jest wymieszane. Eksperci nie są tak zdystansowani, jak byśmy tego oczekiwali, troska w przeciągu sekund może zmienić się w zupełnie niekrytą ocenę, a tragiczną sytuację bohatera opisuje się jako absolutnie wyjątkową, by już za chwilę wpisać jego przypadek w trajektorię uniwersalnego ludzkiego doświadczenia. Żaden z trybów opowiadania nie jest tu dominujący. Program wytworzył swój własny język, którego poszczególne elementy obecne są, jak piszą Chutnik i Płaczek bez porządku, bardziej w formie kalejdoskopu niż usystematyzowanej opowieści. Ciągły ruch nie pozwala na wyłowienie znaczących, które mogłyby wywołać w widzu współodczuwanie.

Być może dziwaczność czołówki Sprawy dla reportera nie powinna mnie zatem zaskakiwać. Sprzeczności, które za każdym razem w niej dostrzegam tylko zapowiadają obfitość sprzeczności w programie. W takiej optyce sensu nabiera nawet bieg Jaworowicz – dynamiczny i gwałtowny, ale ograniczony efektem slow motion.