Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Ze wspomnień empetrójkowego pirata

Artykuły /

Kapitalizm bywa piękny, gdy się rozszczelnia. Na jego marginesach, w szarych strefach i efemerycznych „pirackich wyspach”, powstawały biblioteki, do których tęsknie wzdycham dziś, w dobie wielkich cyfrowych platform, trustów i monopoli.

Miałem ponad 100 tysięcy nagrań. Albumów, singli, epek, koncertowych i radiowych bootlegów, wywiadów i przemówień (popularne w Stanach „spoken word”), nagrań terenowych i różnych plądrofonicznych tworów czy dziwnych remiksów. Z tego na półce ledwie 300 płyt cd i trochę winyli, resztę na przepastnych partycjach dysków. Miałem wszystko. Miałem więcej, niż mogłem wymarzyć. Pod klawiaturą i myszą, dostępne na kliknięcie, mieściło się cyfrowe imperium, którym mogłem zarządzać wedle własnej woli. Zbieractwo doskonale rekompensowało entropię, melancholię i bolesne spotkania z rzeczywistością pozacyfrową. A i tak byłem tylko jednym z trybów prężnej machiny pobierania i wymiany empetrójek.

Zaczęło się w drugiej połowie lat 90. Kolega z licealnej klasy jako pierwszy z nas dostał dostęp do sieci i, chwilę później, nagrywarkę. Zaczęliśmy wykorzystywać je do wymiany i zamawiania nagrań z korespondencyjnych przegrywalni o malowniczych nazwach w rodzaju „Coś dla punka, coś dla skina i innego skurwysyna” lub od kopistów o równie fantazyjnych ksywach. Najbardziej utkwił mi w pamięci Spocony666, nasz dostawca black metalu i dyskografii The Misfits. Chodziłem też na krakowski pchli targ pod Halą Targową, giełdę elektroniczną w Bronowicach, unieśmiertelnioną przez Łukasza Orbitowskiego w Horror show. Oraz we wszelkie inne miejsca, gdzie odbywał się pokątny handel danymi. Zawarłem znajomości z działającymi tam oferentami. Każdy miał skoroszyt z wydrukami w plastikowych koszulkach. Niby pobierali za to przegrywanie jakieś drobne opłaty, ale zwykle po przyniesieniu paru płyt DVD wypełnionych rzadkimi dźwiękami, otwierali serca i podwoje swoich dysków. Większość miała za sobą kontrkulturowe doświadczenia. U jednego dostać można było post punk i synth pop, u innego ska i reggae. Wymieniałem się też z jednym skinem o poglądach socjalnarodowych, którego trochę się z początku obawiałem, ale okazał się wielkim melomanem, z etosowym zacięciem. Przegrywał tylko jeden, pojedynczy kompakt, kopię oryginału, bo szanował ramy albumu.

Ci empetrójkowi kowboje korzystali z efektów cyfrowego peaku, choć dalej zbierali różne artefakty na tradycyjnych nośnikach. W tamtych czasach, u ich sąsiadów na pchlich targach, udawało się nieraz ustrzelić prawdziwe skarby za grosze. Mam wrażenie, że wtedy mało kto interesował się muzyką i chłonął ją jak treść życia, a nie komputerową tapetę dźwiękową. Dzięki internetowi była tańsza niż kiedykolwiek wcześniej, traciła rynkową wartość. A tym, co w niej naprawdę ciekawe, nie interesował się prawie nikt. Oryginalne kompakty Brygady Kryzys, Joe Strummera & the Mescaleros, punkowych the Flys i glampunkowych Venus & the Razorblades można było kupić po 10 złotych. Do dziś mam je na półkach. Po legalną muzykę sięgało się z przyczyn sentymetalnych lub z powodu wyrzutów sumienia. Słuchanie z płyt wydawało się potwornie kłopotliwe i anarchroniczne. Oryginalne wydania robiły za listek figowy i benefit na rzecz niezależnych wydawców. Muzyka płynęła przez Winampa połączonego z Last.fm, którego wczesne wersje działały doskonale jako narzędzie do poznawania niszowych artystów. Algorytm wysupływał zespoły podobne do najczęściej słuchanych i pokazywał statystyki ich najwierniejszych słuchaczy. Horyzont ciekawych nagrań wydawał się bezkresny. Choć z czasem wybory estetyczne ustępowały melomańskim perwersjom.

Najpierw bardzo przejmowałem się tym, by dobierać zgodne z gustem albumy. Kolekcjonowałem najstarsze nagrania punkowe, glam rock, nową falę, czasem ze snobizmu brałem też industrial lub muzykę eksperymentalną. A potem, gdy zrywałem owoce z drzewa katalogów na dysku, brałem jak leci, nie przejmując się, czy trafię we własny gust. Dzięki takim przypadkom poznałem choćby okropne niemieckie zespoły the Flippers i Dschinghis Khan, czeskie szanty (!), rosyjskie reggae. Ilość przechodziła w jakość, styl odbioru determinowało zdziwienie pułapem kuriozalności tego, co ludzkość potrafi skomponować i nagrać. 

A potem dostałem sztywne łącze. Serwisy P2P i rozmaite torrenty obciążały pracę trzewi komputera do granic możliwości. Używałem ich do medytacji nad słupkami postępu, ale też do nawiązywania znajomości. Zaprzyjaźniłem się z tureckim fanem fusion rocka, flirtowałem z amerykańską katechetką ze szkółki niedzielnej, która pisywała wiersze natchnione Biblią i muzyką rockabilly. A urobek przenosiłem do kolegów na fizycznych nośnikach.

Najważniejszy w gronie cyfrowych ciułaczy był A. Mieszkał w akademiku. Współlokatorów zwykle nie było w pokoju. Pracowały w nim stale ze trzy komputery stacjonarne i laptop. Na stole leżał  tuzin pootwieranych paczek chipsów w różnych smakach. A. przechadzał się po ciasnawym wnętrzu i sięgając po kolejne paczki, obserwował słupki postępu na ekranach. Prawdziwy potentat, a zarazem cyfrowy altruista. Docierał do najdalszych serwerów, nie znał ograniczeń. Robił też i poprawiał po innych napisy do niszowych filmów. Jeśli oglądaliście w pierwszej dekadzie naszego wieku Toksycznego mściciela lub Surfujący naziści muszą umrzeć z kultowej wytwórni Troma z polskimi napisami, to pewnie maczał palce w ich powstaniu. Żartowaliśmy, że ściąga cały internet alfabetycznie. Ale nie było w tym przesady. – A, po cholerę Ci dyskografia Backstreet Boys i nagrania szkockich dudziarzy? – pytałem. – Bo są i dobrze podbijają transfer w Soulseeku. Wcale nie przepadał za muzyką. Fascynował go proces technologiczny, przepływy danych, ruch, który sprawiał, że zapomnianego barda z antypodów zaczynano słuchać pod Wawelem. Z czasem zagadnienia technologiczne pochłonęły go do tego stopnia, że zaczął kolekcjonować nagrywarki i zamiast dołączać do przekazywanych materiałów fragmenty anglosaskich recenzji z „New Musical Express” lub „Mojo”, jak miał wcześniej w zwyczaju, okraszał wypalone przez siebie DVD rzędami cyfr i skrótowców, zrozumiałych tylko dla inżynierów z Toshiby czy Hitachi. No i dla niego.

M. z kolei kochał muzykę do tego stopnia, że tatuował sobie logotypy ulubionych bandów. A także prowadził szeroko zakrojone studia dotyczące jej historycznych, kulturowych i geograficznych kontekstów. Zanim geomuzykologia zyskała popularność w świecie humanistyki, M. opracował wyrafinowane drzewo windowsowskich katalogów amerykańskiego hardcore’u z podziałem na stany, hrabstwa, ośrodki miejskie i aglomeracje. Inkrustował te katalogi zależnościami stylistycznymi i podziałem na dekady. 

Ta empetrójkowa spółdzielnia rozwijała się prężnie. Poznawaliśmy kolejnych cyfrowych skrybów Jeden mieszkał w niewielkim miasteczku opodal Krakowa i kochał industrialne bootlegi. Dobrze dogadywał się z A., bo obaj celowali w bezstratne formaty. Tak jakby czystość dźwięku miała znaczenie w przypadku apokaliptycznej antymuzyki. A był też w okolicy człowiek-legenda, który w awangardę wsiąkł jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku. To, co było dla nas „złotym wiekiem punka”, poznawał na bieżąco. Uczestniczył w heroicznych czasach kontrkultury. A w nowych czasach wykorzystał możliwości – żył z procentów i ściągał. Podobno miał w domu prawdziwe centrum zarządzania muzycznym transferem, cyfrowy negatyw Biblioteki Jagiellońskiej. Oprócz komputera, którego parametry były wyśrubowane daleko ponad ówczesne standardy, także anteny satelitarne połączone z wypalarkami. Samych filmów fabularnych, rejestracji koncertów i performansów pozyskiwał podobno ponad 500 miesięcznie. A na dyskach miał bootlegi bootlegów. Wiem to od A., bo tylko on miał tyle danych, by dostąpić osobistego spotkania z królem downloadu.

W tych latach rozkwitł jeszcze jeden fenomen. Muzyczne blogi, których anonimowi redaktorzy oferowali dostęp do najgłębszych tajemnic fonografii. Poznałem tam Święte Graale krajowego rocka: psychodeliczną 74 Grupę Biednych, niemal protopunkowy Zdrój Jana, prekursorów krajowego industrialu z grup Wahehe i Düsseldorf, art punkowe Düpą (z tej grupy, po śmierci lidera Piotra Marka, wyrośli Püdelsi), reaggae’owe archiwalia Galago i Miki Mousoleum. Dziś znajdziecie to wszystko w YouTube. Wtedy mieli je oldboje, którzy zbierali nagrania dokonywane podczas prób i koncertów legendarnym magnetofonem Kasprzak, na czele z Piotrem Gryglewiczem i kilkoma skrupulatnymi archiwistami. Część tych nagrań przepływała do internetu i dzięki temu mogłem słuchać cyfrowych kopii taśm zapomnianych legend lat 70. i 80. A wraz ze mną Japończycy, Argentyńczycy, Turcy, Meksykanie i Rosjanie. Mieszkańcy odległych krajów byli zaskakująco mocno zainteresowani polską muzyką, od bigbitu po elektronikę. 

Blogi tematyczne, poświęcone konkretnym gatunkom, dekadom lub narodowym dyskografiom, pozwalały się wznieść ponad lokalne muzyczne stereotypy, kreowane u nas przez najpopularniejszych prezenterów radiowych, garstkę wpływowych dziennikarzy i potakujące im zastępy „wychowanych na Trójce”. Okazywało się, że jednak można słuchać progrocka, pod warunkiem, że grają go Brazylijczycy, a w Wietnamie i Kambodży, pomiędzy wojennymi katastrofami, grano bardzo ciekawą muzykę pop. Jeszcze więcej atrakcji dostarczały te blogi, których redaktorzy i redaktorki, zamiast zajmować się muzycznymi nurtami, stawiali na przygodę. Kilkoro zwiedzało sklepy charytatywne, przy okazji dobrych uczynków wynajdywali i digitalizowali najniezwyklejsze winyle. Na ich stronach lądowały ripy nagrań typu lounge i exotica, muzyka religijna i outsider music we wszelkich odmianach, „tak złe, że aż dobre” albumy świąteczne i okolicznościowe, duchologiczne poradniki, muzyka z zapomnianych filmów. Zadrżała mi ręka i nie ściągnąłem pliku, którego opis brzmiał mniej więcej tak „nagrania odgłosów torów kolejowych w Afryce, krótko po deszczu”. Blog zniknął z sieci, żałuję do dziś. 

Co jakiś czas pojawiały się informacje o akcjach antypirackich. Zwykle polegały na nalotach na giełdy, czasem na wjeździe do akademików, w których wyłapywano studentów za „zbrodnie” polegające na posiadaniu kilku ściągniętych z sieci gier. Zgrywały się z projektami międzynarodowych porozumień takich jak ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) z jednej i aktywnością propirackich partii z drugiej strony. Internet przemieniał się z archipelagu pirackich wysp w imperium cyfrowych trustów i monopoli. Z czasem i ja opuściłem piracką spółdzielnię, mając nadzieję, że niejasność przepisów oraz to, że gustowałem w bezdebitowych wydawnictwach uchroni mnie przed wizytą cyfrowej policji. W końcu przesiadłem się na wygodne i legalne serwisy streamingowe, ciesząc się ich funkcjonalnościami i sarkając na prymitywną pracę algorytmów polecających w kółko te same utwory.

Dwa lata temu padł mi komputer i ten zbiór zniknął bezpowrotnie. Nie chcę go odtwarzać. To zresztą niemożliwe. Cyfrowy kapitalizm we wczesnej formie pozwolił mi stworzyć potężną bibliotekę, potem napędzana jego logiką tandetność (kupuj coraz nowsze towary i rób to jak najczęściej) sprawiła, że straciłem zapis setek godzin, wspomnienie dzikich „copy party” i wielu innych wydarzeń. Mogliśmy tracić czas innymi  sposobami. Jeździć na mecze, ryby, grzyby. Prawdopodobnie z większym pożytkiem i w gronie szerszym niż garstka nerdów i ekscentryków. Ale mam wrażenie, że w tym cyberciułactwie było coś jeszcze. Przygoda, rozkosz buszowania po szarych strefach, zachłyśnięcie zdobyczami techniki, trening obsługi baz danych i optymalizacji sprzętu. A także namiastka kolekcjonerstwa w czasach, w których pierwsze (i często kolejne) prace nie pozwalały na posiadanie kosztownych hobby jak zbieranie winyli czy kompaktów (poza myszkowaniem po „tanich jatkach”). Simon Reynolds w słynnym eseju Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością pokazuje na brytyjskim przykładzie, w jaki sposób kolekcjonerstwo demokratyzowało się, przechodziło z elitarnych salonów do domów klasy średniej i pracującej. Dziś w dobie kurczących się mieszkań i globalnej dostępności niszowych dóbr, zdaje się odrywać od swojego materialnego wymiaru. Można zbierać sygnowane grafiki cyfrowe, łapać pokemony, zabawiać się tworzeniem playlist lub przyrostem kilometrów i gubieniem kalorii w aplikacjach sportowych. Cień satysfakcji z lat straconych na gromadzeniu cyfrowej biblioteki, która spłonęła wraz z twardym dyskiem, bierze się stąd, że wraz z kolegami oddawaliśmy się postkolekcjonerstwu, nim stało się modne. A o nostalgię i smutek przyprawia przewidywalność algorytmów podpowiadających nowe płyty. Choć i dziś, w korporacyjnych molochach, trafić można na duchologiczne perły. Zamiast puenty wklejam dwa ulubione znaleziska. 

Pierwsze to bodaj najbardziej kiczowata rzecz, która kiedykolwiek wpadła mi do uszu. Czeska pieśń na cześć włoskiej reprezentacji piłkarskiej 

Druga to składankowy album z 1981 r. Arnold Schwarzenegger dyryguje ćwiczeniami gimnastycznymi na tle zapomnianych przebojów.

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa
Jan Bińczycki

(ur.1982) – bibliotekarz, publicysta, regionalista współzałożyciel kolektywu „Tłusty Druk”, co tydzień prowadzi program pod tą samą nazwą na kanale Reset Obywatelski.