Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Zaczarowany ołówek (M. Szczygieł, „Fakty muszą zatańczyć”)

Artykuły /

Gwiazda reportażu opowiada o sobie, zdradza tajniki warsztatu, komentuje środowiskowe kontrowersje i zastanawia się, czym reportaż tak właściwie jest. Na taką książkę wielu czytelników na pewno czekało. Czy nadzieje zostały spełnione?

Reportaż jest w Polsce zjawiskiem wyjątkowym. O ile rynek wydawniczy od lat mierzy się z niskim poziomem czytelnictwa, o tyle akurat ten gatunek cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. A Mariusz Szczygieł należy do najbardziej rozchwytywanych twórców. Można zaryzykować tezę, że stał się uosobieniem reportażu literackiego w Polsce – jako autor bestsellerów, zdobywca nagród, współzałożyciel wydawnictwa Dowody na Istnienie, wykładowca Polskiej Szkoły Reportażu czy wreszcie redaktor monstrualnej antologii. Czytelników, którzy czekali na książkę taką jak Fakty muszą zatańczyć, musiało być wielu.

Szczygieł z pewnością porwie ich opowieścią o pierwszych szlifach, jakie zdobywał w zapomnianym już, a kiedyś dość ważnym tygodniku „Na Przełaj”. Wielu da się oczarować anegdotom z pionierskich lat „Gazety Wyborczej”, kiedy dziennikarze musieli korzystać ze sprzętów dla maluchów, bo redakcja mieściła się w dawnym przedszkolu. Szczygieł nie poprzestaje jednak na nostalgii czy kolorycie i hojnie dzieli się radami, jakie otrzymywał od największych tuzów w swoim zawodzie. Kapuściński, Krall, Hugo-Bader – kogo tu nie ma! Poznamy nawet fragmenty swoistego podręcznika, który w połowie lat 90. na potrzeby działu reportażu „Wyborczej” napisała kierowniczka Małgorzata Szejnert. Maszynopis nazwany dowcipnie Małą książką kucharską z przypiskiem przypomina w tej narracji Schulzowski Autentyk, a niejedno zdanie mogłoby stać się mottem polskiej szkoły reportażu. Chociażby to: Nie wszystko, co pisze reporter, musi być prawdziwe, ale to, co nie jest prawdziwe, musi być prawdopodobne.

No właśnie – problem autentyzmu, odpowiedzialności wobec bohaterów i czytelników to jeden z głównych tematów tej książki. Bo reporterskie koncepcje prawdy bywają, powiedzmy eufemistycznie, skomplikowane, o czym przekonują chociażby niedawne spory o Kapuścińskiego. Na tym tle zdroworozsądkowe podejście Szczygła – który, najogólniej mówiąc, proponuje trzymać się faktów – działa orzeźwiająco. Nie mamy tu jednak do czynienia z prostacką pryncypialnością. Szczygieł podkreśla, że nasze obserwacje są nieuchronnie subiektywne, niekiedy bardziej, niż jesteśmy skłonni przyznać, więc i tę ułomność należy brać pod uwagę, oceniając etykę reportera. Poza tym autor Nie ma, jakżeby inaczej, docenia rolę metafor, skrótów czy eksperymentów formalnych. Fakty muszą tańczyć – przekonuje – aby złożyły się w historię, która naprawdę przemówi. Przywołuje zatem przykłady, kiedy nawet ryzykowne decyzje autorów są do obrony, ponieważ pozostają w zgodzie z duchem opowiadanej historii. Szczygieł obstaje jednak przy tym, że istnieje granica między uzasadnionym zabiegiem reporterskim a nieprawdą.

Przekroczył ją chociażby Kapuściński, który słynną Wojnę futbolową (1978) rozpoczął sceną samobójstwa osiemnastoletniej Salwadorki, Amelii Bolaños. To dramatyczne zdarzenie miało pobudzić zrewoltowane społeczeństwo i w konsekwencji doprowadzić do konfliktu zbrojnego z Hondurasem. Tyle że Amelia Bolaños nie istniała, co udowodniło śledztwo reporterskie Mai Hawranek i Szymona Opryszka. Być może „Cesarz Reportażu” stworzył dziewczynę po to, by unaocznić pewien nastrój – zastanawia się Szczygieł, delikatnie sugerując jeszcze jedno wyjaśnienie. W latach 70. fact-checking w wielu przypadkach był w zasadzie niemożliwy. Nawet redakcje pokroju „Newsweeka” podawały dalece błędne liczby ofiar wojny futbolowej, więc kto ustaliłby, jak było z Amelią Bolaños? Być może więc Kapuściński zmyślał po prostu dlatego, że mógł. Szczygieł nie pisze tego wprost i w ogóle jego postawa wobec mistrza zdradza zakłopotanie. Osobiste relacje z tuzami reportażu, które przeważnie są zaletą tej narracji, tym razem okazują się obciążeniem. Szczygieł stara się bowiem tłumaczyć Kapuścińskiego, zaznaczając, że ten nigdy nie deklarował pełnej autentyczności swojego pisarstwa. Ale – warto dodać – nie musiał tego robić. Czytelnicy przecież i tak zakładali, że Kapuściński pisze szczerą prawdę. Co więcej, kontrowersje dotyczące Jacka Hugo-Badera – kolegi Szczygła z pionierskich lat w „Wyborczej” – zostały w tej książce niemalże zbyte. A sprawa błaha nie jest, bo obok zarzutów o plagiat pojawiają się i te o nieodpowiedzialne zachowanie podczas wyprawy na Broad Peak, o czym pisał chociażby Adam Leszczyński

Szczygieł nie ma równie dużo litości dla Trumana Capotego, którego książkę Z zimną krwią (1966) okrzyknięto pierwszą powieścią non-fiction. Jak się okazuje, mimo solennych deklaracji autora, fikcji trochę tam było i to w absolutnie kluczowych momentach. Według Capotego skazany za zabójstwo chłopak najpierw wyznał matce swojej ofiary, że pali go wstyd, a następnie, już na szafocie, przepraszał za swój czyn. W rzeczywistości tego nie zrobił, o czym zgodnie przekonują świadkowie. W jakim celu Capote zmyślał? Czy stało za tym coś więcej niż chęć nadania tej historii efektownej puenty? Szczygieł unika odpowiedzi, zastanawia się za to nad przyczynami sukcesu Capotego. Obok braku skrupułów, rozprawiania o własnej pracowitości i zakochania się we własnym dziele wymienia fechtowanie słowem jak pejczem oraz… niski wzrost. Sugerując kompleks Napoleona, stara się przybrać żartobliwy ton, ale na te ustępy lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Trzeba zaznaczyć, że w sporze o Kapuścińskiego i Capotego Szczygieł nie prezentuje nowych, nieznanych faktów, tylko komentuje ustalenia innych autorów. Twórcze natomiast jest zestawienie obu wielkich nazwisk z innymi reporterami z ich pokolenia, którzy podejmowali podobne tematy, ale nie zyskali zbliżonego rozgłosu. Chodzi o Wojciecha Giełżyńskiego oraz Normana Mailera. Obaj mieli niewątpliwy talent i obsesję na punkcie dokładnego relacjonowania faktów. Dlaczego szybko popadli w zapomnienie? Mailer, choć był skonfliktowany z Capotem, powiedział kiedyś, że to jego konkurent pisał najpiękniejsze zdania. Może w tym tkwi klucz?

Spora część książki jest poświęcona właśnie estetyce. Szczygieł na licznych przykładach demonstruje, jak szybko niezdarny i nudnawy komunikat można zmienić w atrakcyjną opowieść. Przypomina w tych momentach nie tyle wytrawnego wykładowcę, co raczej bohatera kreskówki Zaczarowany ołówek. Nawiązuje przy tym do różnych orientacji stylistycznych, choć warto zauważyć, że jedna z opcji stale tu dominuje. Szczygieł promuje język minimalistyczny, przejrzysty, niemal copywriterski, w skrócie: swój własny. To całkowicie zrozumiałe, choć warto pamiętać, że w takim stylu nie wszystko się mieści, a równie ciekawy mógłby być poradnik reporterski pisany z zupełnie innej perspektywy.

Czym ostatecznie ta książka jest? Samouczkiem, zawodową autobiografią, esejem o reportażu, zbiorem felietonów? Wszystkim po trochu, ale chyba niczym do końca. Zaproszenie na zaplecze pisarskiego warsztatu jest kuszące, bez dwóch zdań, ale Szczygieł nie zdradza zbyt wielu sekretów. Być może, aby je zgłębić, należałoby zapisać się do Polskiej Szkoły Reportażu. Również eseistyczne partie książki niekoniecznie obroniłyby się jako samodzielne artykuły – brakuje w nich nowej myśli czy zaskakującej puenty. Szarm autora sprawia, że można z tą książką spędzić całą noc. Ale w chłodnym świetle poranka rzecz nie wygląda już tak olśniewająco.

Mariusz Szczygieł

Fakty muszą zatańczyć

Liczba stron: 400

Dowody na Istnienie 2022

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa
Łukasz Łoziński

(ur. 1989) – Z wykształcenia filolog i antropolog, z zawodu copywriter i PR-owiec. Lubi free jazz i rock'n'roll.