Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Wszyscy kochamy Kendricka

Artykuły /

Król Kendrick wrócił! – właśnie taki okrzyk wydała z siebie rzesza dziennikarzy, sprawdzając muzyczne premiery zeszłego tygodnia. Ich rapowy ulubieniec Kendrick Lamar postanowił ponownie skierować na siebie blask reflektorów. Najpierw za sprawą utworu The Heart Part 5, a następnie już dzięki pełnoprawnemu, dwupłytowemu albumowi Mr. Morale & The Big Steppers. Na jednogłośnie pozytywną reakcję popkulturowych mediów nie trzeba było długo czekać. Nowy singiel (oraz ozdabiający go zmyślny wideoklip) z miejsca stał się tematem numer jeden dla takich tytułów jak „The Guardian” czy Complex, a wydaną w piątek płytę od razu zasypał grad wirtualnych złotych gwiazdek i kciuków w górę. 

Ponad siedemdziesięciominutowy krążek jest typowym, Kendrickowskim dziełem monumentalnym. Projektem, który próbuje wziąć się za bary ze wszystkimi uniwersalnymi prawdami dzisiejszego świata. Osiemnaście kompozycji obfituje w szereg motywów, które artysta z Compton próbuje egzorcyzmować od ponad dekady. Znajdują się tu jego niemal wszystkie obsesje tematyczne: etyka ulicy, naszpikowana wątpliwościami afroamerykańska tożsamość, naznaczone kulturowo relacje międzyludzkie oraz żądza metafizycznego uniesienia. 

To album proszący o wielokrotne odsłuchy i wieloakapitowe analizy. Efekt kilkuletniej artystycznej pracy, który wymaga od odbiorcy cierpliwej, wielogodzinnej konsumpcji. Natomiast przedsmak głośnego wydawnictwa, czyli The Heart Part 5, nosi w sobie nie mniejszy ciężar gatunkowy. Zwiastun kolejnej spektakularnej pozycji w dorobku Lamara należy bowiem traktować również jako zupełnie niezależny byt. Jest to nie tylko przystawka przed daniem głównym, ale przede wszystkim kompozycja pozwalająca zrozumieć rolę, jaką odgrywa ten twórca w kontekście współczesnej popkulturowej narracji. 

Choć wspomniany singiel (podobnie jak większość piosenek z serii „Heart”) nie znalazł się na samym albumie, to absolutnie nie można go traktować jako rzecz marginalną. Wręcz przeciwnie, tę opowieść „od serca” trzeba rozpatrywać w kategoriach uniwersalnych – jako ekstrakt z filozofii Kendricka Lamara. Efektowna, audiowizualna miniatura serwuje widzom idee amerykańskiego rapera w pigułce, za jednym zamachem ukazując drzemiący w nich potencjał i hamujące ich dalszy rozwój ograniczenia. Wystarczy zapoznać się z tymi kilkoma zwrotkami, by o postaci wieszcza z Compton wiedzieć nawet więcej niż po odtworzeniu któregoś z jego wielkich, konceptualnych albumów. Główne składniki The Heart Part 5 to wygenerowane dzięki technologii deepfake znane twarze i elegancki, aczkolwiek energiczny jazz-rap. Z syntezy obu elementów wyłania się portret dotychczasowej kariery rapera – zwięzły bilans jego największych triumfów i porażek. 

Przyczyn sukcesu piosenki należy upatrywać w sprytnym dialogu audio i wideo. Kendrick poświęca swoje wersy największym bolączkom afroamerykańskiej kultury. Wspomina o nawiedzającym ją widmie przemocy, narzucającym członkom społeczności dożywotnie funkcje ciemiężonych przez białą Amerykę ofiar lub zdobywających uliczny respekt katów. Kreśli także szkic makabrycznej amerykańskiej przeszłości, która do dziś zbiera swoje żniwa. Konkluzja opiera się już na bardziej optymistycznym przekazie. Ostatnia zwrotka namawia do zaakceptowania mankamentów zastanej rzeczywistości – mówi do nas chrześcijańskim językiem przebaczenia i zrozumienia. Końcowe wersy mają wręcz katartyczny charakter. Kendrick przekonuje w nich, że infekujące afroamerykańską kulturę ból i cierpienie wcale nie muszą być źródłem traumy. Proponuje, by uznać je za dowód na to, że bohaterowie, o których opowiada, nigdy nie przestali i nigdy nie przestaną walczyć. 

Barwne rymy uzupełnia równie barwny teledysk. Na ekranie widzimy oblicze Kendricka, które ulega nieustannym zmianom. Wygląd jego twarzy jest wciąż poddawany cyfrowym transformacjom, raper za każdym razem upodabnia się do jakiejś znaczącej figury czarnej Ameryki. Deepfake’owa sztuczka pozwala twórcy wcielić się m.in. w Kanye Westa, Willa Smitha, O.J. Simpsona czy zmarłe legendy, takie jak Kobe Bryant czy Nipsey Hussle. „Występujące” w klipie postaci łączy jedno – uosobiają one targaną skrajnościami kulturę afroamerykańską. Kulturę reprezentowaną przez niedoskonałych, a czasem nawet upadłych herosów, złapanych w sidła dialektyki dobra i zła, pana i niewolnika, dominującego i zdominowanego. 

To patent, który czysto formalnie jest dość oryginalny, merytorycznie stanowi jednak jedynie wariację na temat standardowych Kendrickowych przemyśleń. Każda płyta Amerykanina (jak się okazuje, najnowsza również) opiera się na polemice z tradycyjnymi motywami rapowej narracji. W swoich najsłynniejszych utworach Lamar bierze na warsztat toksyczny archetyp „czarnej kultury” (np. fetysz maczyzmu, gangsterski etos, filozofia ultrahedonizmu, zachłyśnięcie się turbokapitalistycznym Amerykańskim Snem) i szuka dla niego skutecznego kontrargumentu.

Kendrick zazwyczaj pisze uliczne historie, w których oddaje głos nie kryminalistom, a przypadkowym dzieciakom wciągniętym w brutalną rzeczywistość wbrew ich woli. Często pozwala też wybrzmieć kobietom poszkodowanym przez hipertwardzielski hip-hopowy światopogląd oraz wewnętrznym demonom rosnącym w siłę dzięki narkotykowo-alkoholowemu eskapizmowi. Analogicznie, w The Heart Part 5 przygląda się dyskomfortowi afroamerykańskiego „Ja” i wyciąga z niego nie cierpiętnictwo, a siłę do dalszego działania. 

Pojawiająca się w klipie antologia twarzy także nawiązuje do dotychczasowych dokonań artysty. Kendrick od zawsze lubił podpierać swoją wizję sugestywnymi, rysowanymi grubą kreską nawiązaniami do hip-hopowego panteonu. Na To Pimp a Butterfly rozmawiał z duchem Tupaca Shakura, a good kid, m.A.A.d city był dekonstrukcyjnym, ale jednak listem miłosnym do rapowej tradycji Compton zapoczątkowanej m.in. przez Dr. Dre. Jego wizja współczesnego rapu jest naturalnie związana z koniecznością składania hołdu autorytetom poprzednich dekad. Brzmienie singla również odpowiada artystycznej ścieżce, którą od paru ładnych lat kroczy Lamar. The Heart Pt 5 to jazzowo-funkowy standard przekomarzający się z samplem piosenki Marvina Gaye’a. Ten estetyczny wybór przywodzi na myśl lwią część jego dyskografii, wiecznie żonglującej odniesieniami do George’a Clintona, De La Soul, Johna Coltrane’a i Milesa Davisa. 

Dostrzegając wszystkie te tropy, trudno nie odnieść wrażenia, że wywrotowość Kendricka Lamara mimo wszystko jest wywrotowością zamkniętą w ramach konwencji. Rzeczywiście, to absolutnie wybitny hip-hopowiec. Posiada nieskazitelne, dynamiczne flow. Potrafi znakomicie posługiwać się nieoczywistymi rymami. Ma talent do dobierania sobie zdolnych, nadających na tych samych falach współpracowników. Wreszcie, z cierpliwością doświadczonego literata pisze rozbudowane konceptualne kroniki z życia we współczesnej betonowej dżungli. Natomiast wszystkie te godne pozazdroszczenia umiejętności i tak są oparte na szablonowych fundamentach. 

Do swoich artystycznych rewolucji Kendrick potrzebuje punktu zaczepienia. Takiego spadochronu, dzięki któremu będzie mógł bezpiecznie wylądować, nawet jeśli zapragnie eksperymentów. Mimo wyraźnie ogromnych ambicji wciąż nie wyrwał się z objęć stereotypowych oczekiwań słuchaczy. Choć próbuje reinterpretować hip-hopowe idee, dalej uparcie powraca do definiujących je archetypicznych klisz. 

Warto się zastanowić, czy najlepszą odpowiedzią na kult przemocy jest rzeczywiście kult jednostki. Czy burzenie starego pomnika, tylko po to, by zbudować nowy, to rzeczywiście działanie godne progresywnego, społecznie zaangażowanego twórcy. Czy nostalgiczne hołdowanie lepszej przeszłości w istocie jest jedynym lekarstwem na gorszą teraźniejszość. 

Ponadto, warto przemyśleć jeszcze jedną kwestię. Mianowicie – ile tak naprawdę popkulturowej transgresji jest w inspiracjach klasycznym jazz-rapem? Czy fuzja tzw. świadomego (conscious hip-hopowego) rapowania i eleganckiej gry na trąbce nie jest aby równie stereotypowa, jak kanoniczne g-funkowe narracje, które Lamar próbuje redefiniować?

Geniusz Kendricka bardzo łatwo dostrzec z dwóch powodów. Po pierwsze, przyćmiewa dokonania reszty przedstawicieli amerykańskiego hip-hopu głównego nurtu. Po drugie, jest to geniusz bezpieczny i łatwo definiowalny. Wybitność dzieł autora Section 80 jest niezwykle prosta do skategoryzowania. Żaden dziennikarz ani słuchacz nie będzie miał problemu, by w pełni ją zaakceptować. Dzięki swojemu zakorzenieniu w konwencjonalności, ponadprzeciętność Lamara jest skazana na dożywotni triumf. To po prostu ten rodzaj kunsztu, który perfekcyjnie dopasowuje się do masowej wrażliwości estetycznej.  

Kendrick sporo mówi o konieczności zmian, ale czy nie brakuje mu odrobiny odwagi, by dorosnąć do wizerunku społeczno-politycznego bojownika, który odmalowała mu popkultura? 

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa
Łukasz Krajnik

(ur. 1992) – dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling.