Berlinale to zdecydowanie najmniej prestiżowy i znaczący festiwal filmowy z tzw. Wielkiej Trójki (obok Cannes i Wenecji), a jednak rokrocznie zwraca na siebie uwagę mediów i postronnych widzów. Często nie chodzi jednak o osiągnięcia artystyczne (czy ktoś naprawdę przebiera nogami na Gelbe briefe?), ale o mikroafery i skandale. Tegoroczna awantura wokół konferencji prasowej jury i wypowiedzi Wima Wendersa dotyczyła, znowu, potępienia izraelskiego apartheidu i niemieckiego współudziału w ludobójstwie. W przeciwieństwie jednak do wielu komentatorów, wydaje mi się, że sprawa nie do końca dotyczy tylko polityczności i polityki. Wenders stał się wyrazicielem hasła wciąż będącego realną stawką całej tej gry zwanej sztuką – czyli „autonomii”.
Wszystko zaczęło się od pytania niemieckiego dziennikarza, który chciał tylko wiedzieć, czy filmy mogą zmienić świat. Brzmi to naiwnie, choć sprawa jest poważna. Wenders odpowiedział w sposób nieintuicyjny: tak, filmy mogą zmienić świat, ale nie w sensie politycznym, bo żaden film jeszcze nie przekonał polityków, że powinni postępować inaczej. Zmiana świata to w tym rozumieniu zmiana myślenia, zmiana zdania poszczególnych ludzi na temat tego, jak powinni żyć. Siłą filmu jest zatem moc współczucia i empatii. Kolejne pytanie jeszcze bardziej drążyło temat, na co Wenders odparował, że filmowcy nie mogą wchodzić w pole polityki, że powinni się od niej trzymać z dala, a kino stanowi dla owej polityki przeciwwagę, a nie jej część. Fraza stay out of politics wywołała burzę. Reżyserowi wygarnięto hipokryzję, bowiem w 1988 roku w książce Logika obrazów (The Logic of Images) wprost pisał, że wszystkie filmy są polityczne. Pojawiły się także oskarżenia wobec festiwalu w Berlinie, który nie potępił ludobójstwa w Gazie, ulegając tym samym naciskom niemieckich polityków i instytucji, wrażliwych na hasła antysemickie lub po prostu krytyczne wobec Izraela. Innymi słowy, rozgorzała dyskusja, którą znamy już bardzo dobrze i nic nowego nie można tutaj dodać. Z tym, że ani Wim Wenders nie jest hipokrytą, ani oskarżenia formułowane przez komentariat nie powinny być traktowane neutralnie.
Choć może się to wydać paradoksalne, stwierdzenia „filmy są polityczne” i „filmowcy powinni trzymać się z dala od polityki” nie są przeciwstawne. To pierwsze mówi o wytworach, który żyją już poza twórcami, a skoro mówią coś o rzeczywistości, w której znajdujemy się jako widzowie, to są one polityczne – w najszerszym, zaangażowanym społecznie znaczeniu tego słowa. Drugie zdanie mówi o czymś zupełnie innym – o polityce jako sferze życia, polu, w którym aktorami są politycy, decydujący o sprawach publicznych. Wenders odgradza od siebie to pole, stając się klasycznym adwokatem autonomii pola artystycznego, które dąży do oddzielenia się od logiki rachunku zysku i strat ale też od bieżących spraw politycznych i uprawiania publicystyki. Artyści przecież powinni służyć zgoła innym celom – estetycznym, wrażeniowym, indywidualnym.
Nie jest to sugestia, że Wenders jest cyniczny i ubóstwia sztukę dla samej sztuki, ale z pewnością przyznaje jej inną funkcję, niż zwykło się myśleć w kontekście wielkich manifestów, komentarzy społecznych czy społecznego zaangażowania. Co więcej: to, co powiedział, jest wyjątkowo mało naiwne i dość realistyczne. Jeśli filmy mogą zmienić świat – weźmy ten patos na serio – to właśnie przez zmianę zdania pojedynczych ludzi, którzy, daj Bóg, zaczną myśleć nieco inaczej o ludobójstwie w Gazie, osobach nienormatywnych, uchodźcach czy przeciwnikach politycznych. W ten sposób może wydarzyć się zmiana polityczna. Nie oczekujemy jednak, mam nadzieję, że im więcej osób zobaczy przykładowo Jedną bitwę po drugiej, tym większa będzie świadomość klasowa w społeczeństwie albo jeszcze bardziej spadnie poparcie dla Donalda Trumpa. Kwestia politycznej sprawczości, bo o to się ostatecznie rozchodzi, nie jest żadną matematyczną funkcją. Tym bardziej, że artystyczne filmy zaangażowane (te z Berlina już szczególnie) rzadko trafiają do osób, których zdanie mogłyby zmienić. A przy tym: grupa najbardziej aktywna w całej tej dyskusji jest jak najdalsza od tego, by sztuka mogła zmieniać ich zdanie.
To dobry pretekst, by zapytać, czego tak naprawdę oczekujemy od sztuki politycznie zaangażowanej? Osobiście, nie oczekuję wojowania moralną słusznością i jednoznacznych deklaracji (naoglądałem się już kina moralnego niepokoju). Z radością przyjmuję za to komplikowanie sytuacji, mieszanie w tym bigosie, pokazanie uwikłania społeczeństwa, ale też zaznaczenia własnej pozycji, która przecież nigdy nie jest obojętna. Świetnym tego przykładem jest ostatni film Nadava Lapida Tak, pokazujący telawiwską faszyzującą się klasę średnią w dobie ludobójstwa, które odbywa się tuż za miedzą. Główny bohater, komik Y, mimo piętrzących się w nim wątpliwości, coraz bardziej angażuje się w szowinistyczną kampanię stworzenia nowego hymnu Izraela. Tego typu kino służy nie tylko jako opis sytuacji społecznej, ale też fikcjonalna, zgryźliwie dosadna interwencja, będąca zarazem aktem odwagi – jako że na Lapida i jego ekipę filmową spadło brzemię środowiskowych i politycznych szykan, a także znacznych utrudnień w jakiejkolwiek dalszej pracy w kraju.
Nie chcę w ten sposób powiedzieć, że polityczne zaangażowanie musi się wiązać z konfrontacją i represjami, niemniej myślę, że na pewno wymaga odwagi. Odwagi Jafara Panahiego, który po sezonie nagród (promuje swój ostatni film To był zwykły wypadek) zamierza wrócić do Iranu, gdzie już został, po raz kolejny, skazany za tworzenie filmów, które władza uznaje za propagandę antypaństwową. Ale też odwagi Paula Thomasa Andersona, który w Jednej bitwie po drugiej nie stworzył peanu na cześć rewolucjonistów, ale bardziej pokazał, że walka trwa i zarówno wypaleni stonerzy (Bob Ferguson), miejscowi „liderzy społeczności” (Sensei), jak i młodzi „niezaangażowani” (Willa) mają do odegrania swoje role. Albo odwagi Radu Jude – nieustannie poszukującego swojej kolażowo-eseistycznej formy, ale zawsze w treści politycznego, lokalnego, do bólu rumuńskiego.
W wendersowskim skandalu zaciemnione zostało, czego oczekuje się od twórcy, a czego od filmu. Są sytuacje, gdy tych dwóch rzeczy nie sposób rozdzielić, a odczuwają to najsilniej autorzy z państw autorytarnych czy totalitarnych lub politycznie niestabilnych. Dlatego w Iranie, Izraelu czy Rosji filmy stają się wypowiedziami politycznymi dysydentów. Ale trudno nazwać dysydentami twórców ze Stanach Zjednoczonych, Francji czy Polski – najbliżej tego scenariusza byliśmy przy Zielonej granicy Agnieszki Holland, choć nie było przecież mowy o represjach. Twórcy z naszej części świata (a do takich należy też Wenders) są przywiązani do swojego przywileju autonomii, który pozwala im na dość dużą swobodę artystyczną. Polityczne czy społeczne zaangażowanie, które może podjąć kino w liberalnych demokracjach, działa na zasadzie reglamentowanego buntu. Pomaga nam, widzom, opisywać świat, krytykować rzeczywistość wokół nas, zwracać uwagę na pomijane często sprawy, ale co do zasady nie przekłada się tak po prostu na zmianę polityczną. Choć jestem zbyt cyniczny na pisanie o empatii i współczuciu, może to naprawdę na nich zasadza się siła, którą może mieć kino. Jeśli taki efekt empatii przełoży się na skalę, zmiana jest możliwa – pisałem o tym nie bez naiwności w przypadku ostatniego filmu Smarzowskiego.
A co mogą sami twórcy jako „osoby publiczne”? O ile oczywiście są takimi „osobami publicznymi”, bo popularność w arthousie to niekoniecznie powszechna popularność. Mogą brać udział w wyborach, protestować, brać udział w konsultacjach, rozmawiać z wpływowymi ludźmi. Pole działania nie jest zbyt konkretne. Andrzej Wajda czy Andrzej Łapicki brali udział w wyborach kontraktowych do Sejmu w 1989 roku, zdobyli mandaty poselskie, przyczynili się do wygranej „Solidarności” i całej tej masy krytycznej, które doprowadziła do zmiany systemu w Polsce. Dziś od twórców oczekujemy często innego zaangażowania: podpisania listu protestacyjnego, zabrania głosu w sprawie, opowiedzenia się przeciw Izraelowi i ludobójstwie w Gazie.
Problem w przypadku Wendersa i jury polega na tym, że takie słowa, choćby najprostsze, nie padły. Wiemy też – prawdopodobnie – czemu. Berlinale jest przecież finansowane z niemieckich pieniędzy, jest imprezą między innymi niemieckiej branży filmowej, ulega naciskom niemieckich decydentów (także festiwalowych). Niemcy nie są skłonni oskarżać Izraela o cokolwiek ze względu na własną politykę historyczną, a stałe wsparcie „obronności” państwa położonego w Palestynie jest jednym z fundamentów tego, że wciąż „pamiętają”. Budzi to mój sprzeciw, jasne, ale nie będę zasłaniał oczu na realia – realia uwikłania Zachodu w globalizacyjną siatkę połączeń, które nierzadko prowadzą na gruzy miasta Gazy czy Rafah. Nie jest to osobiste uwikłanie Wima Wendersa, niemniej wolałbym, żeby powiedział cokolwiek – nie jako filmowiec, ale jako człowiek, którego wkurwia niesprawiedliwość świata.