Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego ziewania („Projekt Hail Mary”)

4/2026

Recenzje /

W najnowszym wydaniu (wyjątkowo! nie ma sensu się przyzwyczajać!) publikujemy dwie, bardzo odmienne recenzje filmu Projekt Hail Mary. Drugą znajdziecie tutaj.

Tytuł niniejszego tekstu jest oczywiście parafrazą reklamy Obcego – ósmego pasażera Nostromo Ridleya Scotta. Hasło, które stało się wyświechtanym popkulturowym frazesem to to, na co Projekt Hail Mary zasługuje jako film pełen banałów, klisz i powtórzeń. Reżyserski duet Phila Lorda i Christophera Millera uprawia radosny recykling motywów zaczerpniętych kolejno od: Kubricka (2001: Odyseja kosmiczna), Spielberga (E.T., Bliskie spotkania trzeciego stopnia), Trumbulla (Niemy wyścig), Kleisera (Ucieczka nawigatora), Zemeckisa (Kontakt), Cuaróna (Grawitacja), Nolana (Interstellar), Villeneuve’a (Nowy początek), Tylduma (Pasażerowie), Boyle’a (W stronę słońca) i Stantona (Wall-E). Twórcy po prostu wysypali na dywan znajome klocki, ale nie zbudowali z nich niczego nowego. Znamienne, że Amerykanie debiutowali Lego: Przygodą, najdłuższą reklamą zabawek do czasu Barbie Grety Gerwig.

Projekt Hail Mary oparto tak samo zatytułowanej powieści Andy’ego Weira – pisarza, który zasadniczo zbudował swą karierę na ciągłej eksploatacji tego samego motywu („samotny człowiek w kosmosie”), co widzieliśmy już choćby we wcześniejszym Marsjaninie, zekranizowany zresztą przez wspomnianego Ridleya Scotta. W najnowszym filmie mamy do czynienia z Rylandem Grace’em, kontrowersyjnym naukowcem pracującym jako nauczyciel w szkole, który staje się mimowolnym herosem i wybawcą ludzkości. Oto bowiem okazuje się, że Wenus została opanowana przez obcą formę życia żywiącą się Słońcem (!), co w ciągu trzech dekad doprowadzi do obniżenia temperatury na Ziemi, w konsekwencji zaś do katastrofy agronomicznej, klęski głodu i wymarcia połowy ludzkiej populacji. Grace wyrusza więc w międzyplanetarną podróż w kierunku odległej gwiazdy, która może być kluczowa dla uratowania ludzkości, po drodze zaprzyjaźniając się z pozaziemską istotą w podobnych opałach. Tyle fabuła.

Grace ma plastyczną twarz Ryana Goslinga i wszelkie manieryzmy znane z innych występów tego aktora. To bohater, jakich pełno we współczesnym kinie, szczególnie hollywoodzkim: uroczo niezręczny i jednocześnie błyskotliwy, egocentryczny i zarazem wrażliwy, tchórzliwy i przy tym szlachetny. Przede wszystkim jednak – kompletnie sztuczny i nierealistyczny. Obsadzenie w tej roli jednego z największych gwiazdorów kina wyświadcza postaci Grace’a niedźwiedzią przysługę: trudno choć przez chwilę uwierzyć, że jest to postać z krwi i kości, everyman wrzucony w niezwykłe okoliczności, a nie popularny aktor odtwarzający kolejną rolę. Gosling najlepiej wypada na ekranie, gdy ma mocnych partnerów (Michelle Williams w Blue Valentine, Russell Crowe w Nice Guys, Harrison Ford w Blade Runnerze 2049), ale sam nie potrafi udźwignąć filmu. Chociaż tu też ma swego rodzaju „partnera”. Jest to kosmita zwany Rockym – coś pomiędzy kamiennym krabem a pięcionożnym taboretem.

Relacja człowieka i nie-człowieka staje się najważniejszą osią Projektu: Grace i Rocky szybko przekraczają dzielącą ich barierę językową i zostają nie tylko współpracownikami, ale także kumplami. Film przemienia się wówczas z katastroficznego science fiction w buddy comedy – zwariowaną komedię pomyłek o przygodach dwóch nieoczekiwanych przyjaciół w kosmosie. Element akcji, który wydawał się centralny, czyli walka o przetrwanie, schodzi na dalszy plan. Na tym polega główny problem filmu Lorda i Millera: nie sposób odczuć ciężaru stawki, o jaką toczy się cała ta gra, bo zagrożenie jawi się jako odległe i abstrakcyjne, a slapstickowe gagi i komediowy ton stępiają egzystencjalną trwogę. W pewnym momencie można wręcz zapomnieć, co stanowi główny cel Grace’a i Rocky’ego, jeżeli nie ich relacja. Żarty o przybijaniu żółwika śmieszą (a i to umiarkowanie) za pierwszym razem. Za siódmym są męczące.

W tym wszechświecie (kalambur jak najbardziej zamierzony) niemal każda sytuacja jest pretekstem do żartu, a każdy dialog jednowersowym dowcipem lub ciętą ripostą, niczym w siermiężnym kinie superbohaterskim spod znaku MCU. Jeśli jarmarczny humor ustępuje czemuś miejsca, to zazwyczaj nieznośnemu patosowi rodem z disneyowskiego podręcznika przepisów na „dzieło” o Poświęceniu, Przyjaźni i Prawdzie. Grace, zhańbiony naukowiec, oczywiście w końcu osiąga stan łaski i chwały, na co wskazuje nawet jego nazwisko (cały scenariusz Drew Goddarda jest przepełniony podobnymi „subtelnościami”). Szkopuł w tym, że przedstawiony tu wewnętrzny konflikt poruszający kwestie odwagi oraz odpowiedzialności, którego nie odważę się nazwać dylematem moralnym – uratować jedynego przyjaciela czy wrócić na Ziemię – jest pozorny. Grace nigdy nie czuł się dobrze na swej planecie, toteż jego wybór wydaje się oczywisty i nie skutkuje żadnymi konsekwencjami.

Przecięcie tego nieistniejącego węzła gordyjskiego to zabieg leniwy i wygodny. Podobnie jak niezrozumiałe wskrzeszenie jednej z głównych postaci, uzasadnione chyba tylko desperacką próbą pociągania za emocjonalne sznurki. Niedobrze, gdy filmowcy traktują widzów jak bezwolne kukły, którym trzeba wskazywać, co powinni czuć w każdej sekundzie seansu: kiedy należy się śmiać z czerstwych żarcików, a kiedy uronić łzę nad naciąganym bromansem człowieka i taboretu. Tego rodzaju manipulacji jest zaś w Projekcie bez liku. Ckliwy, sentymentalny i przesłodzony aż do mdłości ton filmu wpisuje się w ogólną tendencję do wypierania wszelkich niewygodnych emocji, dyskomfortu oraz ciemnych stron ludzkiej (i taboreciej) natury. „Pozytywność” to kolejny przejaw gnuśności Lorda i Millera, którzy wkładając w usta papierowych figurek truizmy w stylu Przyjaźń jest magiczna nie tylko nie odkrywają nowego świata, ale i fundamentalnie zakłamują ten stary.

To wszystko zostało przeciągnięte do ponad dwóch i pół godziny projekcji; są tu co najmniej trzy fałszywe finały, a każdy mniej potrzebny od poprzedniego. W tym czasie twórcy nie mówią nam nic znaczącego o społeczeństwie, człowieku, współczesności ani potencjalnej przyszłości. W ten sposób całkowicie rezygnują z prognostycznych funkcji fantastyki naukowej, wykorzystując jedynie powierzchowne atrybuty kiczowatej rupieciarni gatunku. A przecież można robić ambitne i zarazem rozrywkowe science fiction, czego dowodem choćby ubiegłoroczny Mickey 17 Bonga Joon-ho, który poległ w kasowych zestawieniach. Projekt po miesiącu wyświetlania zarobił już pół miliarda dolarów, a recenzje są w większości pozytywne. O czym to świadczy? O infantylizacji twórców i odbiorców? O potrzebie eskapizmu? Argument za tym, jakoby rzecz była skierowana do dzieci i nastolatków, jawi się jako chybiony; młodzi ludzie także zasługują na inteligentne kino.

W warstwie fabularnej Projekt Hail Mary jest zatem efekciarskim filmidłem klasy B, od jakich science fiction pęczniało w latach 70. i 80. Całość broni się chyba tylko w kategoriach wizualnych, co nie powinno szczególnie dziwić przy budżecie wynoszącym 200 milionów dolarów. Realizacja jest pierwszorzędna: zdjęcia, montaż, efekty specjalne (wprawdzie Rocky wygląda jakby pochodził z innego, nieco tańszego filmu, ale może to celowy zabieg, kolejny hołd twórców dla przeszłości) – wszystko jest tu wielkie, głośne, kolorowe i bombastyczne. Z jednym, za to godnym pochwały – ponieważ stanowiącym prawdziwą rzadkość w produkcjach fantastycznonaukowych – wyjątkiem. Otóż sceny toczące się w przestrzeni kosmicznej utrzymane są w całkowitej ciszy, pozostając w zgodzie z wiedzą naukową z zakresu fizyki. Bo tam, jak się już rzekło, nikt nie usłyszy twojego ziewania. W przeciwieństwie do sali kinowej, gdzie symptomy znudzenia są doskonale słyszalne. W tym przypadku też ich nie brakło.