Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Turcja, która się marzy

Artykuły /

Wstaję rano i przeglądam Facebooka. Widzę nieocenzurowane zdjęcie dziecka zamordowanego przez turecką armię w regionie Afrin. Obok zauważam ujęcie z papieżem Franciszkiem, który czule spogląda w stronę prezydenta Erdoğana. Wypijam łyk chłodnej kawy i myślę o innej Turcji – tej wydestylowanej z nacjonalizmu i ksenofobii, wyegzorcyzmowanej z trudnej przeszłości i chęci niepamiętania; Turcji, która mi się marzy. Odgrzebuję ją z pamięci i wyobraźni, więc jest trochę niewyraźna, jakby rozmazana i chaotyczna. 

Czuję duszny zapach czerwonej linii stambulskiego metra. Stoję na końcu składu. Patrzę na odrapane wnętrze wagonu w mdłym, kremowym kolorze. W słuchawkach rzewne utwory Erkana Oğura, które brzmią jak połączenie zawodzenia i mrocznej kołysanki. Jadę na ostatnią stację – do centrum przesiadkowego Yenikapı. Po drodze mijam sporą część Fatihu i innych konserwatywnych dzielnic Stambułu. Przesiadam się w Marmaray – podziemnej linii, która łączy oba brzegi Bosforu. Kiedy mijam cieśninę, widzę wyłącznie migający punkt na wyświetlanej, schematycznej mapie. W wagonie jest sterylnie czysto – kolorowy plastik i stal nierdzewna lśnią w świetle ledowych lamp. To doświadczenie jest tak odmienne od podróży podstarzałym, skrzypiącym i dymiącym promem, że aż trudno uwierzyć w unoszące się nade mną blaszane, obite drewnem i skajem olbrzymy. Diagnozuję u siebie coś w rodzaju retromaniackiej nostalgii, którą musiałem się zarazić od Turków. Po chwili mijam stację Üsküdar. Przypomina mi się mały niebieski tomik z tekstami Sebastiana Cichockiego i zdjęciami Joanny Rajkowskiej zatytułowany Psy z Üsküdar. Choć Stambuł kojarzy się głównie z kotami, co sprawnie wykorzystali twórcy dość głośnego filmu Kedi, wspomniany zbiór jest inspirowany widokiem psów wylegujących się na rozgrzanych płytach nagrobnych w tytułowej dzielnicy, będącej niegdyś miejskim cmentarzem. Psy spoglądają na mnie ze zdjęć Rajkowskiej i ze stambulskich ulic – są łagodne i mają radosne oczy. W opowieści Cichockiego ludzie chcieli z nich uczynić coś w rodzaju maszyn do utylizacji na jednej z niezamieszkałych wysp archipelagu Adalar, ale Problem był taki, że psy uparły się i nie chciały jeść ludzkiego mięsa

Dojeżdżam do Kadıköy i idę w stronę przystani. Po drodze mijam budki z napisem balık, czyli ryba. Jak przystało na portowe miasto, barów i restauracji serwujących ryby jest tutaj sporo. Sami mieszkańcy popołudniami i wieczorami chętnie wędkują, choć większość zdobyczy wykradają z wiaderek krążące po okolicy koty. Ja, podobnie jak bohaterka opowiadań Birgül Oğuz, nie znoszę widoku rybich ciał na talerzach i targowych stołach, bo widzę własnymi oczyma groźny wzrok śniętych ryb, wbity w daleką otchłań: spojrzenia jak haczyk od wędki wbiły się w miękki brzuch tej głębi. Nie spoglądają w stronę odległego miejsca przeznaczenia, ale na ruiny czasu, które zapadły się dawno temu

fot. Filip Ryba

Kilka dni później nie czuję już zapachu morskiego powietrza ani rybich wnętrzności. Jadę autobusem przez spaloną od spiekoty Wyżynę Anatolijską. Dookoła widać tylko pustkowia w odcieniach słomkowego beżu i błękitne, jakby lekko zamglone od gorąca niebo. Usłyszałem gdzieś, że tutejsza flora była kiedyś znacznie bogatsza, ale liczna konnica, która przybyła wraz z koczowniczymi plemionami, musiała się czymś wyżywić. Ponoć właśnie dlatego większość Anatolii wygląda dziś tak surowo. W końcu dojeżdżam do Konyi, czyli – jak pisze Witold Szabłowski – do tureckiej Częstochowy.  Wczesnym wieczorem, kiedy temperatura robi się trochę znośniejsza, staję na chodniku przy ulicy Aslanlı Kışla i gapię się uparcie na muzeum Mevlana – tekke (zespół zabudowań klasztornych) zakonu Mevlevi i mauzoleum jednego z najbardziej cenionych mistyków świata muzułmańskiego – Rumiego. Jego grób wieńczy wyłożona lazurowymi płyteczkami wieżyczka kontrastująca z beżami i szarościami zaprawy, cienkich cegiełek i kamieni, z których zbudowano cały przybytek. Przez ten kontrast mam wrażenie, jakbym patrzył na anatolijski krajobraz, który przesuwa się w szybie autobusowego okna. Rumi w pierwszej księdze swojego opus magnum – Masnawi – pisze:  

Słuchaj, jak ten flet trzcinowy swą smutną opowieść snuje,
jak on z powodu rozstania skarży się i lamentuje

A ja stoję na chodniku, słucham nie zawodzącego fletu, ale jakiegoś podrzędnego polskiego rapu i wpatruję się w tę niesamowitą konstrukcję, rozmyślając, czy uwodzi mnie metafizyczna atmosfera tego miejsca, czy po prostu uwielbiam turkusowo-lazurowy odcień ceramicznych płytek. Następnego dnia nie ma śladu po mistycznej aurze minionego wieczoru. Przechadzam się po muzeum Mevlana pełnym turystów, upiornych woskowych figur w zakurzonych strojach i tabliczek lakonicznie objaśniających funkcjonowanie zakonu. Niczego tu nie odnajduję, a Rumi w Masnawi kwituje:  

Nie wiatrem, lecz ogniem jest to głośne fletu zawodzenie.
Ten, w kim nie ma tego ognia, niech zapadnie się pod ziemię.
Ogniem miłości jest ogień, który wewnątrz fletu płonie,
wrzeniem miłości jest wrzenie, którym wrze wino czerwone.

Postanawiam więc nie protestować i po rundce wokół centrum miasta wyjeżdżam z Konyi, mówiąc sobie, że wrócę, kiedy trochę podrosnę. 

Tydzień później siedzę na ławce przy peronie opustoszałego dworca w Erzurum. Poruszanie się po Turcji koleją nie jest zbyt popularne, bo pociągi są tu punktualne jak polskie TLK, a i czas podróży nie daje przewagi nad autobusami. Ponoć sytuacja ulega poprawie, ale nie widać tego jeszcze na tej głębokiej i sennej prowincji. Postanawiam jednak spróbować, więc czekam już drugą godzinę na spóźniony pociąg, który zmierza na Wschód. W końcu wsiadam do niemal pustego wagonu. Na środku każdego okna przyklejono tu półksiężyc i gwiazdę. Ten symbol widniejący na tureckiej, a wcześniej także osmańskiej fladze nawiązuje ponoć do podbojów Murada I i zwycięskiej bitwy na Kosowym Polu, gdzie w kałużach krwi miał się odbijać księżyc, obok którego jaśniała Gwiazda Poranna. Staram się nie myśleć o krwawych historiach i zza naklejki wyglądam mijanych krajobrazów. Mają w sobie coś aksamitnego – skaliste wzgórza pokrywają porosty i trawy, nadając im barwę chłodnej, jakby stalowej zieleni. Dziwną oziębłość tej scenerii podkreślają wiszące nisko szare chmury. 

fot. Filip Ryba

Kiedy wysiadam na dworcu w Karsie zaczyna już zmierzchać. Choć to na pierwszy rzut oka zwyczajna, peryferyjna mieścina, Kars emanuje jakąś dziwacznością. Po części wynika to pewnie z eklektycznej zabudowy – wbrew ludzkim animozjom stoją tu obok siebie rosyjskie kamienice w stylu belle époque, ormiańskie kościoły i osmańskie łaźnie, a wokół słychać nie tylko język turecki, ale i kurmandżi. Może ze względu na tę chaotyczność i transgraniczność Orhan Pamuk upatrzył sobie Kars jako miejsce akcji swojej powieści Śnieg? Na marginesie chyba warto zaznaczyć, że wspominanie stambulskiego noblisty w tekście o Turcji ma w sobie coś perfidnego, bo większość Turków odżegnuje się od przesłania Pamuka. Nie mam tu na myśli wyłącznie środowisk konserwatywnych, które od lat otwarcie krytykują tego pisarza i jego popularność na tak zwanym Zachodzie. Także turecka lewica coraz chętniej atakuje twórczość Pamuka jako rzewny, nostalgiczny skowyt dawnych elit, które tęsknią za utraconą hegemonią możnych rodów i cynicznie wyśmiewają zwyczajnych Turków. I ten pieprzony Orhan Pamuk. […] Po pierwsze on nawet dnia w życiu nie przepracował. Jest z bogatej rodziny – stwierdza Zeynep, studentka z reportażu Szabłowskiego i dodaje nerwowo: Wiesz, dlaczego Pamuk dostał Nobla? Bo szkaluje naród turecki! Śmieje się, że jesteśmy dumni z historii. Że wciąż wspominamy wielkie zwycięstwa naszej armii. Albo że nie umiemy znaleźć sobie miejsca między Wschodem a Zachodem

Nawet gdybym się z tym zgodził, to nic bym nie poradził na to, że Turcja z mojej wyobraźni jest Turcją Pamuka. Dlatego kiedy przechadzam się uliczkami Karsu, tej przerażająco nudnej, prowincjonalnej mieściny, to dostrzegam spadający z nieba śnieg, który przykrywa wszystko szczelną warstwą białego puchu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest koniec lipca, a wskaźnik termometru w recepcji ciasnego hoteliku nieopodal dworca praktycznie nie spada poniżej poziomu trzydziestu stopni. Ten letni, duszny i trochę deszczowy Kars pokrywa się powoli śniegiem, który nieustannie podsuwa mi wyobraźnia. Zapamiętałem, że Tutaj śnieg męczył, nużył i przytłaczał. Chodzę więc smętnie między zrujnowanymi rezydencjami i nie dziwię się Ka, poecie z powieści Pamuka, że Śnieg nie zabierał go już w podróż do czasów, gdy mógł się cieszyć życiem członka klasy średniej, życiem, do którego tęsknił tak bardzo, że nawet nie był w stanie o nim śnić. Nie, teraz śnieg przemawiał do niego językiem ubóstwa i beznadziei. I ja też stoję przed zabitymi oknami dawnych kamienic i maślanymi oczami spoglądam na eleganckie, ażurowe zdobienia. Jednocześnie karcę się za fetyszyzowanie tej nieswojej i elitarnej przeszłości, która zalega gdzieś w Karsie, Stambule i innych tureckich miastach.

Dwa tygodnie później leżę na trawie i patrzę na Zatokę Izmirską. Czuję się trochę nieswojo, bo dla większości Turków Izmir to miasto marzeń, miejsce wyśnione i pod każdym względem idealne, a ja czuję się tu po prostu źle. Może dlatego, że jest nieznośnie gorąco, a ja nie dysponuję klimatyzowanym pokojem, więc żeby się nieco schłodzić, muszę krążyć po pobliskim supermarkecie? A może dlatego, że mimo pozornej schludności, to miasto skrywa wiele mrocznych sekretów? Największy z nich znajduje się chyba pod powierzchnią Międzynarodowych Targów Wielobranżowych, gdzie wszyscy wydają się jakby zmęczeni, ponoć z powodu biegnącej pod ziemią sieci elektrycznej. Aby zrozumieć, […] że wyczerpują nas nie „prądy” pod Targami, a duchy czające się pod powierzchnią pamięci, musimy dojrzeć – stwierdza pisarka Ece Temelkuran. Okazuje się bowiem, że olbrzymia pusta przestrzeń, na której organizowane są targi, to doszczętnie spalona dzielnica grecko-ormiańska. Kiedy o tym myślę, leżąc nad zatoką pośrodku wyśnionego przez Turków Izmiru, stwierdzam, że ten kraj jest nawiedzony. Nikt nie chce mówić o ludziach, których wygnano, zabito lub brutalnie zamordowano, a każdy mały Turek podświadomie uczy się, by nie zadawać pytań i nie zastanawiać się, dlaczego właściciele tych pięknych starych mieszkań odeszli, dlaczego parafianie wspaniałych kościołów w Anatolii zniknęli – dlaczego tych, którzy tu kiedyś byli, już nie ma

Mimo to mam wrażenie, że duchy pozostały. Choć nikt ich nie przywołuje, one w jakimś sensie tu są. Nawet, kiedy próbuję myśleć o Turcji z mojej wyobraźni; o Turcji, z której wyegzorcyzmuję wszystkie zbrodnie jej dyktatorów i przywódców; o Turcji, która w tym momencie nie morduje Kurdów w Bakurze albo Rożawie, to te zjawy uparcie istnieją. To paradoksalne, bo Turcja wydaje mi się jednocześnie krajem wielkiej nieobecności – zbiorem wybitych okien, zaryglowanych drzwi, walących się murów i niczyich budynków. Ponoć mieszkaniec Izmiru wznosi pierwszy kieliszek rakı w stronę żarzących się na greckich wyspach świateł, wypijając toast za starych przyjaciół. Wychylam w tym mieście wiele kieliszków z moimi tureckimi znajomymi, ich znajomymi i znajomymi ich znajomych, ale nigdy nikt nie spogląda w stronę migoczącego na horyzoncie brzegu.

W pracy nad tekstem korzystałem z poniższych publikacji: 

Joanna Rajkowska, Sebastian Cichocki, Psy z Üsküdar, Fundacja Sztuk Wizualnych 2011.

Birgül Oğuz, HA!, tłum. Danuta Chmielowska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2016.

Witold Szabłowski, Merhaba. Reportaże z tomu „Zabójca z miasta moreli” i osobisty słownik turecko-polski, Wydawnictwo WAB 2018. 

Dżalaloddin Rumi, Masnawi, Księga pierwsza, tłum. Albert Kwiatkowski, Wydawnictwo Barbelo 2021.

Orhan Pamuk, Śnieg, tłum. Anna Polat, Wydawnictwo Literackie 2010. 

Ece Temelkuran, Turcja. Obłęd i melancholia, tłum. Łukasz Buchalski, Książkowe Klimaty 2017.

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa
Filip Ryba

(ur. 1996) – na co dzień student w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, w przerwach podróżnik amator. Lubi łączyć perspektywę ponowoczesną z bliskowschodnią codziennością. Ma słabość do sukulentów, francuskiego poststrukturalizmu i powieści Orhana Pamuka.