Premiera powieści graficznej Okruchy. Dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce Katarzyny Babis wywołała tyle internetowych awantur, że choćby z ich powodu należało przyjrzeć się treści. Tym bardziej, że ta zdaje się zupełnie nie przeszkadzać komentującym.
O co te inby? Ano o dobór haseł promocyjnych przez wydawcę, o tytuł i o autobiograficzną postawę autorki. Zauważyłem, że najzacieklej dyskutowano na temat tego, czy urodzona w 1992 roku Babis mogła się o postkomunistyczną Polskę choćby otrzeć. Spór to tyleż bezprzedmiotowy, co momentami zabawny. Mój ulubiony trollerski komentarz pod jednym z postów brzmiał: Kasia Babis to sympatyczna starowinka. A bezprzedmiotowy dlatego, że nie istnieje społeczny konsensus w sprawie definicji postkomunizmu, a tym bardziej, podobnie jak w kwestii transformacji ustrojowej, ram czasowych jego trwania. O ile można przyjąć, że to pierwsze zjawisko zanikło czy przynajmniej osłabło po zakończeniu (bez rozstrzygnięć) afery Rywina (2004), wraz z kompromitacją postpezetpeerowskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, to z pewnością wejście Polski do Unii Europejskiej było symbolicznym i politycznym momentem wyjścia z postkomunizmu. Natomiast trwanie procesu zmian ustrojowych widać aż po rok 2015, kiedy narracja o transformacji ostatecznie straciła żywotność. Jest więc Babis nieodrodną córką postkomunistycznej transformacyjnej Polski, historia odbijała się w jej dzieciństwie choćby jako odgłosy tła. I nie taką znów starowinką, skoro jej dorastanie zbiegło się z organizującymi współczesną debatę polityczną wydarzeniami: katastrofą smoleńską, początkiem konfliktu na linii PO-PiS czy choćby powstaniem nowych, nieobciążonych postkomunizmem ruchów lewicowych (partia Razem, Strajk Kobiet – to zarazem inicjacja polityczna autorki).
Trudno nie ulec wrażeniu, że Babis oberwało się nie tylko za identyfikację historyczną, ale przede wszystkim za jej publiczną personę. Jest nie tylko popularną ilustratorką i autorką komiksów, ale i byłą działaczką Razem oraz streamerką komentującą życie publiczne. Wyróżnia się na tle internetowego środowiska wyrazistymi lewicowymi, prorównościowymi poglądami. A to sprawia, że rozlicza się ją surowiej od innych twórców. Bo czymże są patologiczne zachowania, scamy (wyłudzenia), prawdopośrodkizm chłopskorozumowy innych youtuberów wobec tego, że Babis wystąpiła w reklamie Zalando, wykazując się brakiem konsekwencji wobec krytykowanej wcześniej fast fashion czy powiedziała coś w sprzeczności z lewicowym kanonem? Co ciekawe, takie pretensje płyną po równo z prawa i z lewa. Jednym nie podobał się cykl filmów Dziady polskiej fantastyki, w którym Babis obśmiewała manieryzmy kilku popularnych autorów. Innym, tworzącym progresywistyczny „zamek wampirów”, musiała pewnie uchybić odstępstwem od stale zmieniających się norm lub obstawaniem przy „lewicowości obyczajowej” w sezonie, gdy panującymi trendami były „nowa ludowość” i cosplay bojowców PPS.
Trzecie zarzewie inby, najmniej zauważalne, choć najbardziej merytoryczne, dotyczyło zarzutu „tłumaczenia Polski”. Okruchy przygotowano na amerykański rynek, potem doczekały się francuskiego i polskiego wydania. I choć trudno zatem dziwić się, że „tłumaczyła Polskę”, to dyskusje wobec obrazu naszego kraju w Okruchach zdają się najciekawsze. I właśnie obraz Polski stanowi najciekawszy klucz do lektury.
Babis stworzyła komiks autobiograficzny, który paradoksalnie wymyka się formule opowieści formacyjnej. Historię o dorastaniu własnym i grupy rówieśników ukazuje w zestawieniu z historią, procesami politycznymi, gospodarczymi i przemianami społecznymi. Odnosi się też do doświadczeń pokolenia rodziców. Autobiograficzny koncept zdaje się ścierać z publicystycznym zapałem. I dobrze. Gdyby Okruchy miały być nostalgiczną podróżą do świata „Bravo Girl”, pierwszych gier internetowych i ulubionych marek chipsów, to nie warto byłoby po nie sięgać. Bo nie dość, że „retromania” od dekad stanowi hamulec w rozwoju kultury popularnej, to na dodatek nostalgiczne treści wylewają się z każdego kąta sieci i można czuć znużenie.
Zamiast zasładzać czytelniczki i czytelników sielanką oraz gadżetami z epoki, Babis kreśli karykaturę bigotki-dyrektorki szkoły czy wstrząsający portret matki jednej z koleżanek, której dewocja przybrała maniakalne rozmiary. Sugestywnie pokazuje konflikty międzyludzkie. Obrywa się zwłaszcza chłopakom, zarówno tym z pozoru progresywnym, a skrycie egoistycznym, jak i tym zwyczajnie infantylnym oraz histerycznym. Wątki ukazane w „bliskim planie” zdają się zajmujące. Jednak nim czytelnik zdąży mocniej zaprzyjaźnić się z bohaterkami, ich historie kontruje „tłumaczenie Polski” na użytek Amerykanów i Francuzów. Polkom i Polakom, zwłaszcza z pokoleń przebodźcowanych politycznymi memami i aferami, raczej się nie przydadzą, chyba że potraktują je jak element publicystycznego wywodu autorki.

Autorytatywne oceny warstwy wizualnej Okruchów pozostawiam recenzentom wyspecjalizowanym w komiksach. Pozwolę sobie zauważyć, że podobnym mnie laikom, bardziej niż na arkanach kadrowania i komponowania dymków skupionym na śledzeniu fabuły, oglądało się nieźle. Atmosfera szkół, domów rodzinnych i studenckich mieszkań wydaje się niemal namacalna. Z poszczególnych kadrów można wyławiać detale z niedawnej przeszłości, które Babis poukrywała tu i ówdzie, unikając podtykania ich pod nos. Ciekawie prezentuje się kolorystyka: całość utrzymana jest w szarościach, które co chwila kontrastowane są plamami czerwieni. A przy tym nie potrafię się wyzbyć pewnej ambiwalencji, bo jako przedstawiciel pokolenia przeżywającego wczesne dzieciństwo w ostatniej dekadzie PRL, lata transformacji zapamiętałem zupełnie inaczej. To osiemdziesiąte były popielatoszare, a kolejne dekady upłynęły wśród nieznośnej pstrokacizny. A przy tym jestem wdzięczny autorce, że nie zafundowała czytającym werystycznego przedstawienia termomodernizacji bloków, ekspansji billboardów i malowania wszystkiego na krzykliwe kolory, a jedynie zdecydowała się napomknąć o tym w stonowanym fragmencie.
Autorce nie udało się uniknąć pewnych błędów rzeczowych. Skrupulatnie przyjrzał się im Wojciech Stanisławski w ironicznym komentarzu na łamach „Teologii Politycznej”, skądinąd ciekawie komentując wymowę ideową komiksu z pozycji prawicowych. Zainteresowanych odsyłam do linku. Wskazówka: uchybienia dotyczą między innymi zaborów oraz marek puszkowanego piwa. Mnie zdziwiło zestawienie śmierci Jana Pawła II z 11 września. Czy nie lepiej byłoby porównać z nim obecną w Okruchach katastrofę smoleńską? A jeśli za taką decyzją stała jakaś mocna teza, to może warto było ją przywołać? Okruchy przypominają mi nieco wczesne książki Anny Cieplak, ukazujące dorastanie, pozwalające przyjrzeć się „dziewczyństwu” jako względnie nowemu zjawisku emancypacji dziewcząt, a przy tym posiadające mocny ładunek społeczny. Babis zawarła w swoim komiksie wszystkie te przymioty, przedstawiając je w większym, czasem chaotycznym skrócie, wynikającym po części z charakteru komiksowego medium („przystępna handlowo” objętość). Anglosasi i Frankofoni dowiedzą się z nich sporo o Polsce i atmosferze ostatnich dekad. Znający je z autopsji mogą skupić się na walorach publicystycznych, być może atrakcyjniejszych i mniej antagonizujacych niż w większości głównych, „tożsamościowych” mediów.
A to, przy wszystkich wspomnianych wadach, czyni Okruchy interesującym głosem w debacie, zwłaszcza ze względu na polityczne usadowienie autorki. Prawica ma swoje patriotyczne misteria i tożsamościową parahistorię. Liberałowie tak mocno forsują wizję epoki po 1989 jako pasma sukcesów, że wyprodukowali na ten temat nawet musicale. A lewica, mimo pewnych sukcesów w dyskusji publicznej, jak dotąd nie wytworzyła wielu popkulturowych opowieści zdolnych zainteresować szersze grono czytelników. Albo chociaż zirytować – to też nieźle. Gdyby opowieść Babis dotyczyła neutralnych tematów, uznałbym ją za lekturę średnią choć satysfakcjonującą i mocniej odczuwałbym niekonsekwencje czy fabularne skróty. Doprawiona łzami inbujących nabiera smaku.