Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Tanatowski i spółka z Powiśla (P. Sołtys, „Monolok”)

1/2026

Recenzje /

Monolok, czwarta książka Pawła Sołtysa, to jego największy sukces w pozamuzycznej działalności literackiej. A wynika to stąd, że minipowieść napisał jak piosenkę.

Tytuł ujawnia temat i formułę, a nawet mógłby być nazwą nowego nurtu literackiego (o tym później). To monolog starego fryzjera męskiego z warszawskiego Grochowa. Składają się nań anegdoty, spostrzeżenia, bon moty oraz strzępy wspomnień i pamięci. Opowieść nie jest zorganizowana wedle linearnej logiki. Ma przypominać potoczne gadanie, choć opowiadający o życiu swoim i dzielnicy bohater nie jest zwykłym gadułą, a człowiekiem oczytanym, samoukiem wykorzystującym rozmowę jako jedno z narzędzi w swoim fachu. Używając pojęć obcych rzemieślnikowi starej daty – a biorąc pod uwagę przekaz ideowy minipowieści, autorowi szczególnie wstrętnych – można by uznać, że „buduje kontakty z klientem poprzez wykorzystanie storytellingu i emocjonalne zaangażowanie targetu”. Okazuje się, że były one obecne w biznesie już dekady temu, choć nie posiadały jeszcze anglojęzycznych nazw. I jak wynika z lektury minipowieści Sołtysa, były znacznie sympatyczniejsze.

Gadanie służy nie tylko do budowy biznesowej renomy. To część etosu mieszkańców dzielnicy, ich sposób na budowę więzi. Wyznanie, wic lub anegdota mogą mieć też rangę waluty, bez parytetu w złocie, a w lokalnym prestiżu. To, dodajmy, najbardziej demokratyczna waluta z możliwych, bo fotel w zakładzie lub stoliki w lokalnych knajpach są trybunami zarówno dla profesorów i pisarzy – jak pan Andrzej – jak i robotników – jak pojedynkujący się z nim na opowieści pan Piotruś z Fabryki Sprzętu Spawalniczego Perun. Gadanie służy też do podtrzymywania tożsamości, pamięci o zmarłych i miejscach, które dziejowe zawieruchy i transformacje zmieniły nie do poznania. Jest jak w Dymie czy Brooklyn Boogie Wayne’a Wanga według scenariuszy Paula Austera.

Te sprawy stanowią fundament twórczości autora, zarówno w prozach, jak i w piosenkach, którymi zasłynął jako najlepszy songwriter swojego pokolenia Sołtys/Pablopavo. A sukces Monoloku bierze się najprawdopodobniej stąd, że przestał on rozdzielać pola swojej twórczości, szukać formuł, konceptów. Za pomocą swojego bohatera robi to, w czym jest najlepszy: żywiołowo, niemal kompulsywnie, sypie anegdotami, skojarzeniami, grepsami. Uroda zdań i dowcipów pełnią prymarną rolę. Wyzwolony z form, może oddać się „pangadaninie”, urokliwej, na przemian zabawnej i wzruszającej. Wydawca reklamuje tę minipowieść jako „liryczną balladę”. I to celne skojarzenie, choć obywa się bez serwowanych regularnie refrenów (wątki powracają, gdy wywołują je kolejne opowieści), a całość sprawia wrażenie utworu improwizowanego, a nie odegrania evergreenu. 

Przy tym wobec najnowszej książki Sołtysa można mieć wiele zastrzeżeń i cierpkich uwag. I choć jestem jej entuzjastą, czuję się w obowiązku przytoczyć choć kilka z nich. Pierwszy dotyczy zmarnowania potencjału Monoloku jako pionierskiej w literaturze polskiej gawędy fryzjerskiej. Sołtys potrafi odmalować nastrój panujący w zakładzie usługowym, choć najwyraźniej nie wykonał odpowiedniej kwerendy na temat nazw narzędzi, marek kosmetyków i innych aspektów historii fachu. Czy za PRL-u fryzjerzy używali Przemysławki, Brutala czy jakiejś wody po goleniu dostępnej tylko dla zawodowców? Jak się zaopatrywali w materiały eksploatacyjne? Czy w latach 60. trafiali się męscy klienci żądający farbowania włosów? Rozczarowuje mała liczba wymienionych usług i fryzur (najwięcej fasonów pada w anegdocie ze stosunkowo nieodległych lat 80.). To uczyniłoby obcowanie ze zbiorem anegdot jeszcze przyjemniejszym, a przy tym wzmacniającym poczucie zakorzenienia w rzeczywistości.

Nie udało się uniknąć także dwóch głównych wad sołtysowskiego pisania. Nadal nie pozbył się tendencji do tworzenia (często) niepotrzebnych neologizmów, choć szczęśliwie mamy ich tu znacznie mniej, a ten tytułowy jest całkiem udany. Udało mu się też powściągnąć nieco irytującą momentami dobrotliwość wobec kreowanego świata i bohaterów. Dalej trafiają się fragmenty niczym z De Amicisa, ale udało się je skontrować opowieściami mrożącymi krew w żyłach, zamiast zamieniać ją w budyń. Monolok to najmniej nierówna z dotychczasowych próz Sołtysa. Z książki na książkę doskonali formułę, a dawno zapoznane grepsy czy brodate dowcipy trafiają się rzadziej.

Za to w najnowszej minipowieści można znaleźć kilka błyskotliwych całostek. Choćby naukę o komplementowaniu mężczyzn wygłoszoną przez pana Antoniego, mistrza fryzjerskiego, prywatnie (co ważne dla opowieści) geja:

trzeba się nauczyć mówić męskie, twarde komplementy. Tego też mnie pan Antoni nauczył: nie pedalskie, no, tak mówił, tylko takie, żeby poczuł w żebrach. Jak powiesz klientowi, że ma piękne włosy, nawet jak ma, to się spłoszy i więcej nie przyjdzie. Więc mówisz: ale mocne te pana włosy (…) twarde, sztywne, jak żelbeton.

Potem pojawia się kolejny przykład męskiego, „bezpiecznego” komplementu, który polega na ostrzeganiu sześćdziesięciolatków przed wierceniem się na fotelu, bo to widzę, że same mięśnie i mi pan fotel rozpirzysz. Więcej w tych kilku zdaniach błyskotliwej analizy kondycji polskich mężczyzn niż w tomach gender studies i zapożyczonej w teorii beletrystyki tożsamościowej. A takich opowieści znaleźć można w Monoloku przynajmniej kilka: o kobiecie, której porażenie piorunem wzmogło libido, o strzyżeniu dzieci w domu dziecka, o fatum krawata Roberta Kennedy’ego czy inżynierze strzelającym do Księżyca.

Paradoks talentu Sołtysa polega na tym, że choć zdarzają mu się stylistyczne i fabularne kiksy, to wypracował formułę prozatorską, której brakowało co najmniej od czasu młodego Stasiuka. A powinowactw należy szukać jeszcze wcześniej, u Tyrmanda, Hłaski i Nowakowskiego. I to nie w oczywistych skojarzeniach varsavianistycznych czy grach z powieścią łotrzykowską, ale raczej w lekkości i bezpretensjonalności, która plasuje Monolok gdzieś w pół drogi pomiędzy literaturą artystyczną a popularną. Można czytać dla wiców i szwungu, ale da się zeń wydobyć także zmagania z pamięcią, sentymentami i przemijaniem. Tyle że uniwersalne, doniosłe tematy obsługuje w okolicy akurat Tanatowski i spółka z Powiśla.

Skoro Pawłowi Sołtysowi udało się znaleźć optymalny sposób na snucie opowieści, trzeba mieć nadzieję, że stary fryzjer jeszcze coś sobie przypomni.

Paweł Sołtys

Monolok

Wydawnictwo Czarne, 2026

Liczba stron: 117

Jan Bińczycki

(ur.1982) – bibliotekarz, publicysta, regionalista współzałożyciel kolektywu „Tłusty Druk”, co tydzień prowadzi program pod tą samą nazwą na kanale Reset Obywatelski.