Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Stary i kamień po tygodniu („Projekt Hail Mary”)

4/2026

W najnowszym wydaniu (wyjątkowo! nie ma sensu się przyzwyczajać!) publikujemy dwie, bardzo odmienne recenzje filmu Projekt Hail Mary. Drugą znajdziecie tutaj.

Nie wiem, czy kogokolwiek autentycznie pocieszyła uwaga, że „po burzy zawsze wychodzi słońce”, ale w świecie Projektu Hail Mary można się na te słowa najwyżej ironicznie uśmiechnąć. Skoro słońce umiera, to znaczy gaśnie, w tempie wykładniczym, życie na Ziemi czeka niechybna śmierć z chłodu i niedożywienia. Naukowcy sprawnie identyfikują winowajców – mikroskopijne astrofagi – i w toku badań dowodzą, że pożeracze gwiazd z premedytacją omijają jedną z nich. Gdyby tylko dało się tam polecieć i ustalić dlaczego… Gdyby kwestia przetrwania ludzkości nie zależała od tchórzliwego nauczyciela o akademickiej przeszłości… Gdyby w mojej szkole przyrody uczył Ryan Gosling…

Czy leci z nami pilot?

Akcja filmu zaczyna się w momencie, gdy doktor Ryland Grace (wspomniany Gosling) budzi się w innym układzie planetarnym i w panice usiłuje sobie przypomnieć, dlaczego w zasadzie się tam znalazł. Nie wróży to za dobrze losom Ziemi, ale nic to, bo wkrótce potem w pobliżu jego statku zostaje wykryty inny obiekt latający, a w nim – prawdziwy obcy z krwi (?) i kamieni. Rocky, bo takie imię nadaje Grace głazopodobnej postaci, też głowi się nad problemem astrofagów. I tak dwaj osamotnieni astronauci postanawiają wspólnymi siłami ocalić swoje planety. Jeśli sądzicie, że zdrowo popłynęłam ze spoilerami, nie obwiniajcie mnie, tylko system – przynajmniej połowę fabuły wyłożono na dzień dobry w zwiastunach.

Powieść Andy’ego Weira to monolog wewnętrzny dotkniętego amnezją naukowca, a co za tym idzie, spora część zabawy polega na układaniu puzzli z jego wybrakowanych wspomnień. Adaptacja filmowa obiera nieco inną drogę i nie pozostawia widza w kompletnej dezorientacji – zamiast tego podsuwa na tyle dużo danych wejściowych, żeby pozostać zjadliwą do oglądania. Phil Lord i Christopher Miller zachowują część retrospekcji, ale wykorzystują je raczej jako podbudowę dla dwóch pozostałych wątków: badawczo-inżynieryjnych zmagań z problemem wygasania gwiazd oraz spotkania z obcą cywilizacją, które przeradza się w międzygatunkową przyjaźń.

Sam koncept astrofagów przeczy prawom natury, ale reguły rządzące fikcyjnym światem zostały zarysowane ze skrupulatnością właściwą dla ambitnego hard sci-fi. Andy Weir, autor Marsjanina oraz zdeklarowany fanatyk fizyki, snuje wokół czarnych żyjątek całą historię kosmicznej wyprawy – służą mu one jednocześnie za antagonistów, motor fabuły i faktyczne paliwo. Jeden fikcyjny, konsekwentnie stosowany element pozwala zachować spójność całego wywodu – powieść rzeczywiście przypomina zapiski naukowca, z przydługimi obliczeniami i wiązankami fachowych pojęć włącznie. Film możliwie wiernie odtwarza te rozważania na ekranie, sygnalizując większość technicznych rozterek, ale brakuje mu czasu, żeby pokazać, jak trudno się z nimi uporać. Zamiast tego dość sprawnie przeskakujemy od problemu do problemu, co przypomina bardziej sekwencję szczęśliwych trafów niż realizm błądzenia po omacku. Czy mi to przeszkadza? Niekoniecznie. Nieznośny ciężar eksperymentu, istotny przy lekturze science fiction z akcentem na science, utopiłby hollywoodzki blockbuster, który i bez przesadnego kluczenia trwa ponad 2,5 godziny.

Kosmiczny bromans

Sądząc po reakcjach na Projekt Hail Mary, misternie spleciona intryga ratowania świata i tak nie ma dla widzów większego znaczenia, bo całe show kradnie dynamika relacji Grace’a i Rocky’ego. Krytycy lekką ręką podsumowują film jako kumpelską komedię, buddy story czy wręcz kosmiczny bromans i w zasadzie nie ma powodów, żeby traktować te diagnozy jako krzywdzące uproszczenia. Chemia między bohaterami czule łechce serduszka i jest to głównie zasługa Ryana Goslinga w życiowej formie. Aktor przeczytał książkę Weira jeszcze przed premierą, z entuzjazmem zaangażował się w produkcję filmu i od początku był jedynym kandydatem branym pod uwagę do głównej roli. Rzeczywiście, wydaje się do niej stworzony – luzacki, nieco niezdarny naukowiec, który dojrzewa do bycia bohaterem, zyskuje najwięcej charyzmy, kiedy do gry wkracza humor (osobne brawa należą się za równoważenie kosmicznego patosu sprawnie podanym żartem). Na planie partneruje Goslingowi kukła sterowana przez grupę lalkarzy – jej lider, James Ortiz, złapał z Goslingiem tak dobry flow, że ostatecznie użyczył Rocky’emu głosu. Spotkanie między aktorami ma tę przewagę nad wygłaszaniem monologów na green screenie, że wypada bardziej wiarygodnie na ekranie. Udana współpraca zaowocowała niemal samograjem: klasyczną, ciepłą historią o sile przyjaźni, którą fanpage Kinofilia trafnie skwitował memem stary i gadający kamień po tygodniu.

Pokrewna synergia popycha do przodu samą fabułę. Ani Grace, ani Rocky nie mają narzędzi, żeby ocalić planety, z których pochodzą – jedyną szansą jest ich współpraca. Postęp naukowy nie dzieje się w próżni, a w skoordynowanej pracy zespołowej, co od początku rozumie Eva Stratt, niezwykle skuteczna szefowa projektu Hail Mary (trzeba tutaj pochwalić casting Sandry Hüller, której udało się zniuansować dosyć jednowymiarową postać z książki). Popkultura wciąż chętnie eksploruje figurę obcego jako potencjalnego agresora i nieczęsto przypisuje mu pokojowe nastawienie. Jeszcze rzadziej zadaje sobie trud, żeby zapytać, jak w zasadzie miałby nam tę pomocną dłoń podać. Jedne z najciekawszych scen Projektu Hail Mary to te, w których Grace i Rocky szukają płaszczyzny porozumienia i budują od podstaw system komunikacji. Nie jest to może poziom Nowego początku (2016), który w całości krąży wokół wysiłków ekspertki od lingwistyki, ale wystarczy, żeby dotknąć problemu barier ewentualnego kontaktu. Ciekawość budzi też sam obcy – istota o pokręconej, uwarunkowanej klimatycznie biologii, na pierwszy rzut oka będąca krzyżówką skały z pająkiem. Rocky to złoty środek pomiędzy zielonym ufoludkiem a oceanem z Solaris. Jest na tyle odmienny, żeby nie obrażać inteligencji widza, a jednocześnie na tyle swojski, żeby pobudzić neurony lustrzane i wykrzesać z nas empatię.

Obok duetu Grace-Rocky film ma jeszcze jednego pełnoprawnego bohatera, mianowicie muzykę Daniela Pembertona. Ekscentryczny kompozytor udźwiękowił między innymi pełnometrażowe animacje z serii Spider-Man Uniwersum czy startrekowe odcinki Black Mirror, a w tym roku słychać jego utwory także w Dramie z Zendayą i Pattinsonem. Pemberton jakimś cudem godzi klasyczną orkiestrę symfoniczną i chóralne zaśpiewy z syntezatorami, dziwacznymi perkusjonaliami i wynalazkami w stylu fal Martenota. Podrygi dwóch statków na bezbrzeżnym kosmicznym parkiecie nie byłyby nawet w połowie tak widowiskowe, gdyby nie akompaniament Erratic Maneuver Detected. Jeśli coś w Projekcie Hail Mary jest 10/10, to uważam, że właśnie ścieżka dźwiękowa.

W ogóle strona produkcyjna filmu robi duże wrażenie – w erze green screenów i scen akcji rozumianych jako cykl naparzanek i eksplozji całkiem miło jest zwolnić tempo, poprzyglądać się autentycznej scenografii i dać oczom odpocząć od nadmiaru światła. Miller chwalił się w wywiadach, jak to plan filmowy pozostał nieskalany żadnym zielonym czy niebieskim ekranem, a wnętrze statku zbudowano od zera, przykładając wagę do najmniejszych detali. To nie tak, że twórcy całkowicie zrezygnowali z CGI – efekty specjalne posłużyły im na przykład do upłynnienia ruchów Rocky’ego czy wygenerowania ujęć kosmosu. Sęk w tym, że każdą decyzję podejmowano świadomie, a opór przed pójściem na skróty przełożył się na subtelny, chciałoby się rzec: filmowy efekt.

Udany powrót do gwiazd

Jeszcze przed premierą Projektu Hail Mary wieszczono produkcji finansową klapę. Eksperci mieli ku temu swoje powody – niemały budżet (ot, 200 milionów dolarów) i serię niewypałów, która ciągnęła się za Amazon MGM Studios. Tymczasem ryzykowny projekt wykręcił doskonały wynik w box offisie: to nie tylko najlepszy debiut w krótkiej historii studia, ale też jeden z najlepszych weekendów otwarcia w tym roku i – uwaga, uwaga – drugie miejsce na podium w karierze Ryana Goslinga, który nie wybił się przecież na niszowym skandynawskim kinie. W sześć tygodni po premierze przychody przebiły 613 milionów dolarów, a że przychylna poczta pantoflowa wciąż mobilizuje widownię, Hail Mary lada dzień dogoni hitowego Marsjanina (630 milionów dolarów).

Takim wynikiem zdaje się być zaskoczony sam Amazon, który właśnie przedłużył wyłączną dystrybucję kinową – i bardzo dobrze. Po pierwsze, kinom notorycznie odbiera się szanse na przyciągnięcie widzów, skoro już po paru tygodniach nowości latają po streamingach. To, co wyprawia się na rynku od pandemii, czyli skrócenie okresu karencji z 90 do 45 dni (a to i tak nieźle, bo Universal jeszcze niedawno wytrzymywał tylko 2,5 tygodnia), uderza nie tylko w przyzwyczajenia moje i garstki kinomanów z poprzedniej epoki, ale w cały filmowy ekosystem. Po drugie, co jak co, ale akurat epickie ujęcia w kosmosie zawsze są warte wycieczki przed duży ekran, zwłaszcza jeśli towarzyszy im równie spektakularna ścieżka dźwiękowa.

Czy to aż takie dziwne, że da się jeszcze nakręcić angażujące sci-fi z motywem eksploracji kosmosu i nie przestrzelić przy tym w Excelu? Najwyraźniej tak, skoro ostatnia fala wznosząca dla tego typu sf miała miejsce jakąś dekadę temu. Rok po roku dostaliśmy wtedy Grawitację (2013), Interstellar (2014) i świetną pierwszą połowę Marsjanina (2015), a od tamtej pory do kin nie trafiło nic, co zapadłoby mi na dłużej w pamięć. Od Ad Astry czy Pierwszego człowieka dużo ciekawszy był serial Apple TV For All Mankind – alternatywna wersja historii, w której to Sowieci dumnie odciskają stopę na Księżycu, przez co wyścig kosmiczny dopiero się rozkręca (choć ręczę jedynie za początkowe sezony, bo później twórcy odpinają wrotki i przestaje być jasne, kto jest synem kogo).

Projekt Hail Mary to powiew nostalgii za kinem w starym stylu – z estetycznym rozmachem, dającymi się lubić bohaterami i krzepiącym przesłaniem na odchodne. Odnoszę wrażenie, że nie bez znaczenia jest też konkretny moment w historii, na jaki przypadła premiera. Zaledwie dwa tygodnie później świat wstrzymał oddech z powodu misji Artemis II – pierwszego załogowego startu w okolice Księżyca od misji Apollo z 1972 roku. Może tęsknimy nie tylko do podnoszącego na duchu kina, ale też do czasów, gdy na myśl o postępie przychodziły nam do głowy statki kosmiczne, a nie feedy zalane przez AI slop. Trochę naiwnej nadziei, zwłaszcza w tych smutnych czasach, naprawdę nam nie zaszkodzi.

Rozalia Knapik-Wojtaczka

(ur. 1991) – za dnia copywriterka, nocą doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Autorka monografii „Sztuczny Bóg. Wizerunki Technologicznej Osobliwości w (pop)kulturze”. Samozwańcza ambasadorka Radiohead; lubi rośliny, ładne rzeczy i wciągające historie. Chce kiedyś założyć podcast – ma już nawet mikrofon.