Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Sens w chaosie, porządek w bezsensie

„Może pora z tym skończyć"

15 lutego 2021

Recenzje /

Początek tej historii to tak naprawdę jej koniec. Nie dlatego, że twórcy zdradzają zakończenie, a następnie tworzą serię retrospekcji. Może pora z tym skończyć – to zarówno tytuł, jak i przewodnia myśl filmu Charliego Kaufmana. Od samego początku główna bohaterka myśli o zakończeniu. Zakończeniu czego? Czy  odpowiedź, że właściwie wszystkiego, będzie satysfakcjonująca? 

Charlie Kaufman – reżyser Synekdochy, Nowy Jork oraz autor scenariuszy do takich filmów jak Być jak John Malkovich czy Zakochany bez pamięci (za który nagrodzony został Oscarem) stworzył historię opartą na powieści kanadyjskiego pisarza Iaina Reida o tytule I’m Thinking of Ending This. Co właściwe adaptacji, reżyser przełożył ją na swój język – w tym przypadku bardziej surrealistyczny, zagmatwany, dezorientujący odbiorcę aniżeli pierwowzór. Także główna bohaterka jest zdezorientowana – w podróży, którą właśnie rozpoczyna oraz we własnym życiu.

Główną bohaterkę, którą na początku filmu poznajemy jako Lucy (Jessie Buckley), widzimy, gdy razem ze swoim nowym partnerem Jakiem (Jesse Plemons) wyrusza, by poznać jego rodziców. Ta podróż na farmę jest dla Lucy od początku nie tyle przygodą, co dziwnym powrotem, ucieczką, zakończeniem. Powrotem do domu, z którego ledwo wyjechała, ucieczką od emocji powiązanych ze związkiem i zakończeniem tegoż związku. 

Wydaje się, że główna bohaterka płynie z prądem. Po głowie, jak mantra, krąży jej myśl, że trzeba z tym skończyć. Ale nie kończy. Dalej gra, jedzie, poznaje rodziców, uśmiecha się, odczuwa frustrację i znów się uśmiecha. Nie jest jednak bezmyślna ani bezrefleksyjna. Nie płynie bezwiednie, płynie bardzo świadomie, gra w grę i – choć dostrzega ślepy zaułek, do jakiego ona prowadzi – nie przestaje. Tym ślepym zaułkiem jest nie tylko związek, który – musi? a może chce? – zakończyć, jest nim również po prostu śmierć. 

Gra, którą podejmuje Lucy, jest przy tym bardzo trudna. Nie tylko ona sama w niej błądzi, lecz również widz, który – od klasycznie realistycznego obrazu, przez sceny surrealistyczne z elementami horroru, aż do niemalże absurdalnego baletu i elementów musicalowych – jest prowadzony bez wyraźnych zasad, za to z często powtarzanym pytaniem: „ale dlaczego?”. Bo taki właśnie jest ten film: nie wszystko jest w nim zrozumiałe, nie wszystko jest jasne, nie wszystko łatwo rozszyfrować, ale na tym polega jego urok. Najeżony metaforami, które czasem odczytuję bardziej intuicyjnie niż pewnie, momentami sprawia wrażenie nadmiernej komplikacji formalnej. To jednak tylko złudzenie – nie mogę mu odmówić wielopłaszczyznowej, kuszącej oprawy. Owe metafory sprawiają wrażenie oczywistych, ale w nowym kontekście stają się oryginalne. To na przykład zamieć śnieżna, która stanowi metaforę klasycznych przeciwności losu odwlekających dotarcie bohaterów do celu. Taką samą przeciwnością jest i sam Jake, którego decyzje i działania tak samo odraczają nie tylko powrót do domu, lecz również skończenie z tym. Bo, co wynika z narracji głównej bohaterki, chce ona skończyć z tym, co daje poczucie braku sensu. Wycieczka nie ma sensu, związek nie ma sensu, cała ta gra nie ma sensu, bo sprowadza się do tego, że i życie również jest bez sensu.

Ten brak sensu, to błądzenie po omacku, ten cel, który jest coraz dalej, kojarzą mi się z równie chaotycznym światem Franza Kafki. Nie tylko w Procesie, ale i chyba jeszcze wyraźniej w niedokończonym Zamku, bohaterowie błądzą popychani przez los i niezrozumiałe reguły, przez co rośnie zarówno frustracja jak i dezorientacja. Podobnie jak Kafka, twórcy filmu budują napięcie wynikające z podróży w znane-nieznane: wiemy, dokąd jedziemy, ale nie wiemy, czego możemy się spodziewać na miejscu. Wiemy, jaką mamy drogę do przebycia, ale nie wiemy, jak będzie ona przebiegać. Liczymy, że pójdzie gładko, napotykamy jednak przeszkodę, jaką okazuje się niespodziewana śnieżyca.

W całym tym poukładanym chaosie, pośród gier z konwencjami oraz z nielinearnie upływającym czasem, nie mogę zapomnieć o ciekawych kreacjach, spośród których to nie odtwórcy dwojga głównych bohaterów, ale aktorzy wcielający się w rodziców Jake’a, grają pierwsze skrzypce. Toni Colette w roli matki po raz kolejny pokazała, że – podobnie jak we Wszystkich wcieleniach Tary Diablo Cody i Stevena Spielberga – może przeobrażać się z jednej osobowości w drugą nie tylko bez widocznego wysiłku, ale z wdziękiem. David Thewlis u boku Colette stworzył kolejną udaną kreację w swojej karierze, choć sytuuje się zdecydowanie na dalszym planie. Nie zmienia to faktu, że oboje, odgrywając rodziców, stanowią dobraną parę. Są równie dziwaczni i ulegają równie gwałtownym zmianom.

Nie mniej ciekawą rolą jest ta odegrana przez Jesse’a Plemonsa. Filmowy Jake jest pełen przymiotów, które czynią go niejednoznacznym: jest inteligentny i jednocześnie mało spostrzegawczy, gdy w grę wchodzą emocje partnerki, cechuje się dużą wrażliwością, ale potrafi być nerwowy i wybuchać z błahych powodów, jest ambitny, ale zarazem przywiązany do domowych tradycji. Nie jest to oczywiście zestaw cech, które by się wykluczały, warto jednak zwrócić uwagę na to, jak wewnętrznie złożona postać powstaje z tego zbioru cech. Od pewnego momentu skomplikowany Jake zaczął robić na mnie wrażenie niepokojącego dla otoczenia ekscentryka. W jego domu rodzinnym panuje aura niczym z horroru, która – mimo że opiera się na dość wytartych wzorcach – jest jednocześnie bardzo subtelna. Buduje ją na przykład motyw drzwi do piwnicy, za którymi zdaje się kryć mroczna tajemnica. Jake, który za wszelką cenę nie chce pozwolić Lucy ich przekroczyć, zdaje się coś ukrywać. Był to pierwszy moment, w którym zaczęłam zastanawiać się, czy sprawy nie obiorą koszmarnego kierunku i czy Jake nie okaże się szalonym psychopatą przetrzymującym w piwnicy ofiary. Brzmi jak scenariusz horroru klasy B – na szczęście filmowy efekt jest tu zupełnie inny. Na tym właśnie polega subtelność gry z konwencją, której podejmuje się Kaufman: jest zaakcentowana, buduje napięcie, ale ostatecznie okazuje się pozorem, iluzją. Plemons świetnie poradził sobie z tak wymagającą rolą, budując postać, która intryguje, budzi lęk oraz niepewność, co do jego motywów i intencji. 

Na deser pozwoliłam sobie zostawić główną postać i jednocześnie narratorkę, którą zagrała Jessie Buckley. Filmowa Lucy to wrażliwa egzystencjalistka, która – jak już wspomniałam – kwestionuje rację bytu nie tylko swojego związku, ale i sens całego istnienia. A skoro nic nie ma sensu i prowadzi do śmierci, to może pora z tym skończyć? Brzmi to trochę jak kreacja zbuntowanej nastolatki, która przechodzi przedwczesny kryzys egzystencjalny. To jednak pozory. Lucy wie, co mówi i wie, dlaczego to mówi. Dostrzegam w tym dozę zgorzknienia, mimo że bohaterka jest bardzo młoda. Nie zmienia to faktu, że kreacja Buckley jest i w tym paradoksie przekonująca. 

Co dla mnie zaskakujące, największym rozczarowaniem okazuje się zakończenie filmu. Przez większość seansu, pomimo opisanego chaosu, odnosiłam wrażenie, że „wszystko się klei”. Pasuje do siebie niczym puzzle z reprodukcją obrazu Pollocka. Niestety pod koniec czułam się, jakby klej puścił, a reszta puzzli należała do innego kompletu – tandetnego landszaftu do powieszenia na ścianie. To dla mnie zmarnowany potencjał, ponieważ film traci w ten sposób swą egzystencjalną aurę oraz kafkowski koloryt. Nawet jeśli baletowo-musicalowe zakończenie miało być grą z konwencją, to mało trafioną, umotywowaną i udaną. W pewnym momencie robi się po prostu tandetnie i choć dopuszczam możliwość, że twórcy zdecydowali się na tę konwencję z rozmysłem, nie mogę im wybaczyć tego, że zatracili kształt tej misternej układanki. 

Może pora z tym skończyć

reżyseria: Charlie Kaufman

scenariusz: Charlie Kaufman

124 min

USA, 2020