Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Rajder: Marazm nowego roku

1/2026

Artykuły /

Świat jest dziś na tyle trudny do opisania, że jedyny sens to robienie małego „na złość” komukolwiek (chciałoby się rzec „politykom”, ale co ich to obchodzi). Dlatego dawno się nie odzywałem. 

W powietrzu gęsto. Politycznie niełatwo zaczął się 2026, a nie zapowiada się, by z wiosną miało przyjść coś ożywczego. Literatura może i mogłaby w to wszystko wtrącić trzy grosze, ale ta polska, jak sama Polska, wciąż nie jest wystarczająco uzbrojona. 

Znowu odnowiły się spory o krytykę negatywną, które kompletnie mnie nie obchodzą. Bookstagram w promocji czytelnictwa przekracza kolejne progi, zmierzając już powoli w ramiona pornografii. Zapowiada się tłoczone masowo, nudne książki pokolenia „bruLionu”, promuje się niby to buntownicze debiuty. Ha!art niedawno wysłał mi książkę pt. Kibel i… wciąż leży w kiblu, nietknięta. 

Kolejny rok zamierzam spędzić bez lektury polskiego reportażu. Przeczytam za to wielką książkę o polskiej bombie atomowej, którą napisał znany z Youtube’a Albert Świdziński. Przeczytam i będę rozprawiał o tym na wszystkich rodzinnych imprezach.

Codziennie odkładam napisanie recenzji Okrutnych bogów Paula Kingsnortha – chyba najbardziej idiotycznej opowieści o awansie, jaką kiedykolwiek czytałem. Facet z niższej klasy średniej aspirował, został aktywistą, potem intelektualistą i pisarzem. Wyprowadził się na wieś i nie wie, co ze sobą zrobić. Serio? Czy aż tak cię to boli, chłopie, że musisz pisać? 

Nie da się oprzeć wrażeniu, że w świecie beletrystyki zapanował marazm. Ale gdzie indziej nie jest lepiej. Nowa powieść Dana Browna Tajemnica tajemnic jest taka sama jak jego poprzednia powieść i już nawet nie wciąga, niczym kolejna płyta AC/DC, lecz przynudza całą masą tych samych chwytów i sensacji, które nie bawią tak, jak 20 lat temu, kiedy opowiadał prawdę objawioną o Marii Magdalenie. Nie wiem, czy w tym świecie dziś da się istnieć bez narzekania, choć na przykład znienawidzona przez wszystkich gra, Vampire: The Masquerade – Bloodlines 2, okazała się dla mnie iście wampirzą rozrywką, z Seattle, kurzem i niedzisiejszymi dialogami. Nie przeszkadza mi to nawet, że się notorycznie przycina, za często nawet jak na standardy silnika Unreal Engine 5.

Życie na miarę

Swoją drogą – sam wyprowadziłem się na wieś, kujawską tym razem. Pół roku temu sprawiłem sobie nowy rower, który komfortowo jeździ praktycznie po wszystkim, więc pokonuję zamarznięte pola na przełaj, razem z Candy, moją wierną psiną, poganiającą kolejne stada saren. Można powiedzieć, że dopłynąłem do ostatecznej przystani, że tu się zestarzeję i umrę, mając na koncie kilka piosenek country, jakieś dzieci i zakopany w ziemi klucz do żoliborskiego mieszkania. Tak na wszelki wypadek. 

Zazwyczaj polecam coś w „Rajderze”. Cokolwiek. Jakąś książkę albo płytę. W zeszłym roku niezły album nagrali moi znajomi – Roberci. To chyba oczywiste, że gdybym nie poznał tych gości osobiście, nie miałbym pojęcia, że istnieją: za granie brit-popu w stylu wczesnego Blur nie dostaje się dziś mamony ani nawet oklasków, o ile nie jest się Blur (albo Oasis). I nie jest to też żadna „Machina” ani „Teraz Rock” – nie będę pisał, jakie wpływy ciekawie łączą się w ich muzyce. Po prostu posłuchajcie sami. 

Mój kumpel Sviatyj też nagrał kolejną płytę, na dodatek w słynnej Antenie Krzyku. Jednocześnie pisząc ten tekst, słucham Tess Parks – najbardziej luźnej gitary i wokalu, jakie wymyślił diabeł. I tego luzu w polskiej muzyce gitarowej od dawna mi brakuje. Cóż… goodnight, love.

Nieśmiertelne przeboje

Na wsi jak zwykle zatonąłem w długich powieściach, jakich nie miałem czasu czytać w mieście. Tęcza grawitacji od Art Rage wciąga niczym samara toksycznego mefedronu. Z tej lektury nie wychodzi się mądrzejszym, a rozkojarzonym i z dusznościami. Jest mnóstwo syfu. Mam wrażenie, że Pynchon pisał to na jakichś narkotycznych zjazdach, a na trzeźwo próbował połączyć w całość. Jest niesamowitym fakt, że w świecie mainstreamowych publicystów nagle tak bardzo wielbi się Pynchona i Wallace’a, choć jeszcze rok temu modny był DeLillo. Wydawać się może, że miłosny uścisk między Polską a USA jest wielobiegunowy i nawet, gdy prawica kocha Trumpa, to nasi liberałowie do woli mogą naśladować amerykańskich Demokratów. I szukają małpich celebracji artystycznych, jak promowanie Jula Łyskawy na autora Niewyczerpanego żartu. I trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż puszczają w swoich zacisznych pokojach Nicka Cave’a i PJ Harvey, mimo że świat od dawna kocha już tylko Billie Eilish i Childish Gambino.

A propos: wśród produktów zza oceanu niewątpliwie wyróżniła się w zeszłym roku kolejna solowa płyta Hayley Williams Ego Death at a Bachelorette Party. Wokalistka Paramore pokazała się tam w wielu odcieniach współczesnej muzyki, w sam raz dla millennialsów, którzy puszczają sobie starą Aguilerę na przemian z Arctic Monkeys.

W zasadzie: nic do powiedzenia

I zaczytałem się w wydanym parę lat temu Ulissesie z Officyny (wspaniałe wydawnictwo!) w tłumaczeniu Macieja Świerkockiego. Nie powiem nic równie inspirującego jak wypowiedzi Piotra Pazińskiego. Ta wielka powieść mija mi na przyjemnym rozmyślaniu o Szekspirze, jest jak dobrze znany kawałek Nicka Cave’a – tylko zagrany na nowo, lepiej i z większą werwą. Pamiętam, gdy czytałem monolog Molly w czasie studiów, gdy na zajęciach miałem opisać ten fragment w świetle różnych technik interpretacji. Dziś jestem w stanie jedynie wodzić po nim oczami, słuchając w duszy sylab, nie poddając żadnej refleksji. Mogę pomyśleć jedynie: lubię cię, Molly. Może właśnie to czuł Pietrala, kiedy pisał swojego małego, konceptualnego Ulissesa: list miłosny do awangardy, o którym niegdyś rozpisałem się w duecie z Magdaleną Koryntczyk

Najzabawniejsze spośród zdarzeń literackich zeszłego roku: komentujący przyczepili się do Dawida Kujawy tak bardzo, jakby swoim łagodnym w formie, krytycznym esejem o lewicy W myśl praw geometrii kogokolwiek obraził. A przecież zasygnalizował jedynie, że postulaty współczesnych ruchów lewicowych warte są ponownego przemyślenia, bo w takiej postaci, jakiej istnieją, są zbyt łatwe do sparowania przez konserwatystów. I kiedy napisze to samo któryś z wielkich, współczesnych publicystów, wszyscy będą zachwyceni. Ale póki co najłatwiej jest obśmiać śląskiego krytyka, który rozprawia o lojalności, wierze i nadziei – że wcale nie muszą być takie głupie.

I co? I wszystkiego najlepszego w nowym roku. Mam nadzieję, że przejadę z Popmoderną kolejne kilometry, bo pchamy ten wózek już z 14 lat. Nie ma innego miejsca, gdzie mogę napisać, co czuję, a więc dlatego, każdym tekstem, wspieram po prostu jej istnienie. To moja walka o człowieczeństwo, o przyjaźń. A może po prostu, jak w Fight Clubie: wściekłość dziewczyn i chłopaków, którym obiecano, że zostaną gwiazdami rocka albo telewizji. Oby było nas więcej i… więcej. Mimo marazmu.

Konrad Janczura

(ur.1988) – kiedyś dobrze zapowiadający się pisarz i krytyk, teraz... pracownik bankowego IT. Autor powieści „Przemytnicy” (Ha!art, 2017). Trzeźwy jak świnia miłośnik gier video