Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Psychodeliczne oblicze Tarnopola (Nameless)

Artykuły /

Wojna w Ukrainie wybuchła w drugim roku astrologicznej Ery Wodnika, którą przepowiadano od dawna jako okres zmian obejmujących całą ludzkość. Zapowiadał ją Mircea Eliade, wieszczył Allen Ginsberg i pomniejsi prorocy. Ten wielki wątek kontrkultury od lat inspiruje też muzyków. Aby osiągnąć efekt psychodelii, brzmieniu należy nadać charakterystyczną, nieco kołyszącą lekkość. Miało ją Jefferson Airplane, Shocking Blue, dziś słychać ją w muzyce Acid King czy Goat. Może się wydawać, że muzyka Europy Wschodniej kompletnie nie nadaje się do tych klimatów. Może się tak wydawać, dopóki z głośników nie dobiegnie tarnopolski zespół Nameless.

Jakoś tak się złożyło, że drogę z Przemyśla do Tarnopola w ostatnich latach pokonywałem często. Za sprawą Jurija Zawadskiego stałem się pisarzem bardziej ukraińskim niż polskim, a też Ukraina, ze swoją malowniczą dzikością, kusiła drzemiącego wewnątrz mnie chłopca o wiele bardziej niż obsrana reklamami parówek Polska. To tu – jeszcze przed wojną – widziałem wszystko, co dały kulturze lata 60.: publiczność w radosnym, buntowniczym tańcu w mieszczańskim teatrze (podczas koncertu Serhija Żadana), kobiety pojawiające się na ulicach bez biustonoszy, antywojenne protesty, literaturę gromadzącą tłumy… 

To nie Apokalipsa, to Era Wodnika – mówiłem do kumpla w przededniu rosyjskiej agresji, nie wiedząc jeszcze, że świat, do którego tak pięknie wchodziła moja wyobraźnia, niebawem zostanie poddany krwawej próbie. Mimo że w myślach obrazowałem sobie wielką, nadchodzącą zmianę, kiedy to dojdzie do koniunkcji Jowisza i Saturna, jednocześnie doskonale wiedziałem, że się mylę. I myliłem się. Age of Aquarius rozpoczęła się koszmarem podobnym do wojny w Wietnamie – wojną równie bezsensowną i zakłamaną. Wiedząc od autora słynnej Dżumy, że zaraza i pożoga spadają na ludzkość nieoczekiwanie i w różnych konfiguracjach, ufałem, iż równie nietuzinkowe będzie rozwiązanie tego wszystkiego. Ostatecznie zawsze w cieniu konfliktu rodzi się gdzieś nowe, zupełnie nowe życie – trudne do pojęcia z perspektywy świata, który odchodzi. 

***

25 lutego wziąłem urlop „na żądanie” i – nie wiedząc z początku po co – wsiadłem do samochodu w podróż do Tarnopola, choć nikt mnie tam tym razem nie zapraszał. Tym razem to ja chciałbym zaprosić życzliwych mi przyjaciół, ludzi, którzy zmienili moje życie: tak sobie powiedziałem w okolicach granicy. Chciałem w passacie zrobić miejsce dla wszystkich, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Zastanawiałem się, czy wsiądą. Czy ktokolwiek wsiądzie. 

Ale tej podróży w głąb wojny ostatecznie nie odbyłem. Mimo że bardzo chciałem i myślę o tym w zasadzie każdego dnia.

Muzyka końca lata (ta właściwa)

Nameless usłyszałem podczas festiwalu Folkowisko na Podkarpaciu. W czasie pierwszego najazdu Rosji na Ukrainę rozpoczęły się – zamrożone przez lata – polsko-ukraińskie gesty przyjaźni. Już wtedy na jaw wychodziło, że każdy Polak za Bugiem ma swojego brata bliźniaka. Niespodziewanie jedni i drudzy nawet się polubili, choć zawsze mówiono, że to niemożliwe. Kiedy poznałem Zoriana i Swietłanę – małżeństwo stanowiące trzon zespołu – myślałem jedno: tak, jak przypadkowo spotkałem ich teraz, tak samo przypadkowo spotkam ich ponownie. 

Rok temu widzieliśmy się w Tarnopolu. Wszyscy mówili, że wszystko zmierza ku dobremu. Jeszcze w lutym dostałem nową płytę w dwóch wersjach – na winylu i CD. Niemal świętowałem, słysząc, że w Australii puszczają ich w czołowych, rockowych audycjach. Zaraz potem wkroczyli Rosjanie.

Korespondencja wojenna (przez Messengera) 

Konrad Janczura: Cześć, Zorian. Jak się trzymacie? Mam nadzieję, że jest w miarę w porządku. Piszę o was tekst i chciałem zadać parę pytań. 

Zorian Bezkorovaynyj: Bywało lepiej, ale to super, że piszesz. Pytaj! 

Pomyślałem wtedy, że nie ma czasu i od razu przejdę do rzeczy.

Kiedy właściwie zaczęliście z Nameless? 

Nasz zespół założyliśmy 29 lutego 1992 roku. Dlatego świętujemy urodziny co cztery lata: wychodzi dużo taniej.

Wow, nieźle. A jak wymyśliliście sobie tę muzykę w Tarnopolu, skąd inspiracje?

W tamtych czasach wszyscy zapatrzeni byliśmy w Warhola, Lou Reeda i Velvet Undeground. Nie wiem, dlaczego, ale wszyscy tego wtedy słuchaliśmy. Z czasem chłonęliśmy coraz więcej muzyki lat 60., o którą wtedy na Ukrainie wcale nie było tak łatwo. To budowało nasz własny świat, atmosferę obrazów i narracji, wzrastała w niej nasza twórczość. Pełnia empatii i mnóstwa kolorów.

Jak reagowała na was ukraińska publiczność?

Nie było łatwo. W Tarnopolu istniała wówczas scena punkowa, my też na początku miksowaliśmy punk z elementami psychodelicznymi. Z czasem wszyscy w mieście zaczęli nas dzięki temu rozpoznawać, jednak wielu radykałów uważało nas za arogantów. Dziś, jak wiesz, jesteśmy trochę znani w kraju i mamy jakiś tam szacunek wśród ukraińskich fanów rocka. Ale nigdy nie mieliśmy jakoś wielu oddanych wielbicieli. Wiemy jednak, że takie są reguły gry i akceptujemy je. Spora część naszych słuchaczy w ogóle nie jest z Ukrainy i myślę, że nawet mogłoby być ich więcej, gdybyśmy przerzucili się na przykład na język angielski. Wciąż jednak wolimy śpiewać w języku ojczystym, to stały element naszej twórczości od początku. 

Opowiedz coś o waszej międzynarodowej karierze. Na tyle, na ile ją śledzę, robi wrażenie!

Internet dał nam mnóstwo możliwości, by rozpocząć współpracę z innymi, podobnymi do nas ludźmi. Ponieważ nasi muzycy ciągle przychodzili i odchodzili (część wyjechała, część broni granic Ukrainy), zawsze staraliśmy się nagrywać jak najwięcej z naszej twórczości. Hasło „sztuka bez granic” jest w zasadzie podstawą rozwoju naszej kariery międzynarodowej. Ostatnio na przykład nagraliśmy utwór z amerykańskim zespołem The Stripped Bananas. Jest o wojnie w Ukrainie. Jeśli na naszym podwórku nie da się znaleźć wielu fanów psychodelii, zawsze można ich szukać poza jego granicami. Współpracując z artystami z różnych zakątków świata – dzieląc się z nimi inspiracjami – powoli, stopniowo poszerzamy nasze grono fanów. Tak to działa. 

Jest taka rzecz, o którą chciałem zapytać, ale trochę się wstydzę.

Daj spokój, pytaj o co chcesz. 

No bo… Jurij mi opowiadał, że podobno jesteś nieślubnym synem Iggy’ego Popa.

Haha, chodzi ci o historię, jak Iggy z Bowiem podróżowali pociągiem do Moskwy? 

Noooo… tak.

Rodzinna legenda brzmi mniej więcej tak: pewnego dnia ja i mój ojciec wybraliśmy się na dworzec w Tarnopolu, by nadać jakąś paczkę do Czech. W tamtym czasie Związek Radziecki, do którego wciąż należeliśmy, był zamkniętym i autorytarnym krajem, więc nawet mała paczuszka była sprawdzana przez policję. Kiedy pociąg relacji Moskwa-Praga pojawił się na peronie, wchodziliśmy dopiero na dworzec. Baliśmy się, ze nam ucieknie. Ojciec zostawił mnie samego i pobiegł do dyżurnego ruchu, by wynegocjować krótki postój na nadanie paczki – tak, aby policja mogła zdążyć ją skontrolować. To oczywiście kosztowało łapówkę, ale nieważne. Stałem jak wryty przy wejściu na perony, wpatrując się w piękne kolory tamtego pociągu. W pewnym momencie wybito szybę w oknie i… z wagonu wyskoczyło dwóch gości. Byli ubrani zupełnie inaczej niż ludzie, których widywałem na co dzień. Stanęli sobie na luzie i zaczęli palić papierosy. Nikt tam wtedy tak nie robił. Konduktor zaczął wzywać policję, by pomogła mu zaprowadzić porządek. Ja podchodziłem coraz bliżej. I wtedy, pamiętam, w oczach jednego z nich pojawiło się lekkie przerażenie. Konduktor próbował z nimi dyskutować, ale nikt nic nie rozumiał: ani oni po ukraińsku, ani on po angielsku. A ja, nie wiedzieć czemu, szedłem w kierunku awantury. W pewnym momencie jeden z tych gości zajrzał do torby i wyciągnął z niej czekoladę Hershey’s. Podszedł do mnie, uśmiechnął się i mi ją wręczył. Powiedziałem po ukraińsku „dziękuję”, po czym drugi z tych kolesi wyjął harmonijkę ustną i podał mi ją, dając znak, bym coś zagrał. Myślę, że ta chwila zmieniła moje życie. Niestety zaraz zjawiła się policja i mój ojciec podbiegł do mnie, każąc mi uciekać. Ci dwaj goście grzecznie, bez żadnych problemów, weszli do pociągu i odjechali. Ale ojciec miał potem wielkie problemy. Zostaliśmy zaciągnięci na komisariat i wypytywani, jak długo znamy tych „amerykańskich muzyków” i dlaczego z nimi gadaliśmy. Chcieli zabrać mi czekoladę, ale zdążyłem ją zjeść, gdy przepytywali ojca. Skonfiskowali też harmonijkę, którą długo trzymałem w rękach. W końcu (na szczęście bez bicia) nas wypuścili i wróciliśmy do domu. Potem, wiele lat później, kiedy mieliśmy już MTV, ojciec rozpoznał Davida Bowiego i Iggy’ego Popa jako dwóch gości ze stacji. Wracali ze słynnej podróży do ZSRR w 1976 roku. Całe życie się zastanawiałem, który z nich dał mi czekoladę, a który harmonijkę. 

Niesamowita historia. Jurij mówił, że nie wiadomo, czy to prawda, czy ściema, ale skoro tego się tak świetnie słucha, to czy to ważne? Co w ogóle robicie teraz, na co dzień? Grywacie jakieś koncerty? 

Głównie angażujemy się w działania obywatelskie na rzecz wsparcia armii i odbudowy kraju. Jesteśmy aktywni w mediach społecznościowych, staramy się, jak tylko możemy, wykorzystać nasze zagraniczne kontakty. Płynie do nas wiele różnych form wsparcia i jesteśmy za wszystko bardzo wdzięczni. Od czasu do czasu występujemy, by zebrać pieniądze dla ukraińskich żołnierzy, uchodźców i przymusowych przesiedleńców. 

Życzę więc wam powodzenia i mam nadzieję, że niebawem spotkamy się w nowym świecie, bez Putina. 

Bez Putina, z wolną Ukrainą! Bywaj!

Zamknąłem laptopa, czując ten rodzaj melancholii, który dotąd znałem tylko z książek. Bo choć Tarnopol rzadko dotąd bywał obiektem rosyjskich bombardowań, rozmawiając z Zorianem czułem się zbędnym, upierdliwym reporterem z lepszego, bezpiecznego świata, który w swoim warszawskim mieszkaniu wciąż fizycznie nie wiedział, jak brutalna może być rzeczywistość. Jak depresyjne jest życie w ciągłym strachu przed obcą, nieokiełznaną przemocą. Kilka dni wcześniej rozmawiałem z Jurijem Zawadskim. Narzekał na kilkugodzinne kolejki po benzynę. Czytał wtedy po raz kolejny Kornela Filipowicza. Planował nowe tłumaczenia. 

Mam nadzieję, że wybrzmiewająca z płyt Nameless niezwykła wola życia ocali także tych, którzy Zoriana i Swietłanę mają za aroganckich snobów. To w końcu Era Wodnika i wszystko może się zdarzyć. 

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa
Konrad Janczura

(ur.1988) – kiedyś dobrze zapowiadający się pisarz i krytyk, teraz... pracownik bankowego IT. Autor powieści „Przemytnicy” (Ha!art, 2017). Trzeźwy jak świnia miłośnik gier video