Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Prosty trudny Zaucha (J. Szubrycht, „Życie, bierz mnie”)

Artykuły /

Życie, bierz mnie to pierwsza tak precyzyjna i wnikliwa biografia Andrzeja Zauchy, nieobarczona przy tym bezpośrednimi związkami autora książki z wokalistą. Jaki obraz wyłania się z lektury? Otóż: obraz człowieka, który pasuje wszędzie. I który nie pasuje nigdzie.

Sportowiec, zecer, muzyczny samouk – czytamy w blurbie. Dodajmy może jeszcze „troskliwy mąż i ojciec”, „jajcarz”, „nieskory do romansów bawidamek”. Albo „jazzman z cinkciarskim błyskiem w oku”. Szubrycht kreśli w swojej książce portret wielokrotny, co jest o tyle paradoksalne, że w gruncie rzeczy mamy do czynienia z postacią dobroduszną i prostolinijną. I być może na tym polega właśnie niedopasowanie Zauchy: na szerokiej skali, by tak rzec, artystyczno-towarzyskiej, która jedynie momentami znajdowała pełny i godny wyraz w jego twórczości.

Szubrycht prowadzi nas od początku przez meandry krakowskiej sceny muzycznej lat 60. i 70. Sceny po krakowsku żywotnej i zatęchłej zarazem. Takiej, na której Dżamble, pierwszy ważny zespoł Zauchy, mogą jednocześnie pełnić rolę lokalnej sensacji, jak i grupy zupełnie bełkotliwej: zanadto przystępnej dla snobów i awangardzistów, zbyt awangardowej dla przeciętnego słuchacza. Krótki żywot Dżambli (choć po rozwiązaniu grupy w 1972 doszło jeszcze do reaktywacji, zespół działał od 1978 do 1981) w pewnym sensie naznaczył dalszą karierę Zauchy. Ten bowiem pod względem muzycznym nigdzie nie czuł się do końca u siebie – i to pomimo sporej elastyczności, życzliwego usposobienia i, rzecz jasna, rozbudowanego warsztatu wokalnego. Obdarzony ciepłym, niskim głosem, śpiewający z dużym feelingiem, znający na wyrywki jazzowe i bluesowe standardy, był łakomym kąskiem dla grup szukających frontmana. Ale może wcale frontmanem nie był? Biografista sporo miejsca poświęca nieco zapomnianej płycie Anawy z 1973 roku zatytułowanej po prostu Anawa, nagranej właśnie z Zauchą po odejściu Grechuty. Choć ten (dość efemeryczny) skład zostawił po sobie jedną z najciekawszych polskich płyt progresywno-rockowych, Jan Kanty-Pawluśkiewicz wspomina tamten czas następująco:

Okazało się, że publiczność, która przyszłaby na Anawę i Marka Grechutę, to niekoniecznie była ta sama publiczność, która przyszłaby na Zauchę i Anawę. (…) Kiedyś mówiło się o frontmanie, że albo jest kontaktowy, albo nie jest. Marek, z czego ja sobie nie zdawałem wtedy sprawy, był fenomenalnie kontaktowy. (…) To był przekaz z jego nadzwyczaj bogatego i wrażliwego wnętrza, to była postać charyzmatyczna… Andrzej nie. Był wspaniale sprawny jako wokalista, głos miał znakomity, ale charyzmy nie miał.

Jakby na potwierdzenie tego surowego dictum, Zaucha spędza sporą część lat 70. na Zachodzie, gdzie chałturzy w najlepsze m.in. z zespołem JP Constellation, przygrywając gościom dancingów do tańca. Występy ściśle komercyjne przeplata perfekcyjnymi wykonaniami bluesowej i soulowej klasyki. Ten balans między festynem i cekiniarstwem a wyrafinowaniem i wyczuciem, będzie dotyczył również dalszej, solowej drogi Zauchy, która na dobre rozpocznie się w latach 80. I być może właśnie w tym tkwił tragizm (albo: jeden z wielu tragizmów) wpisanych w życie wokalisty. Czytając precyzyjną biografię Szubrychta, można odnieść wrażenie, że ejtisowy Zaucha to wyłania się na powierzchnię, to znika z pola widzenia, jakby jego karierą kierował księżycowy magnetyzm odpowiedzialny za przypływy i odpływy. Albo po prostu: przypadek – związany z doborem współpracowników oraz z tym, czy mają na niego jakiś pomysł (to typowa bolączka wokalistek i wokalistów, którzy nie komponują własnych utworów). Wielu z komentatorów cytowanych w biografii twierdzi, że utwory w rodzaju Baw się lalkami (swego czasu: sporego przeboju) były niegodne jego talentu, inni twierdzą natomiast, że Zaucha najlepiej czuł się w repertuarze okołodancingowym (patrz: nieszczęsny Czarny Alibaba). Przyjaciel artysty, Andrzej Sikorowski, mówi o tym w książce:

Jego umiejętność poruszania się w każdym gatunku powodowała pewien zamęt stylistyczny (…). Andrzej śpiewał popowe, mainstreamowe piosenki, które pisał dla niego Jarek Dobrzyński, śpiewał jazz z Jarkiem Śmietaną i jego zespołem, śpiewał szmoncesy z taśmy, typu Czarny alibaba”. (…) Na dobrą sprawę tracił trochę oblicze. Był wokalem do wynajęcia, bo wiadomo było, że on wszystko zaśpiewa i w dodatku zrobi to dobrze. (…) gdyby znalazła się stajnia autorska, która potrafiłaby zrobić dla niego jednorodną płytę, to nie byłby gorszy artysta niż na przykład Joe Cocker.

Jak było naprawdę? To wiedział jedynie sam Zaucha. Albo i nie, bo czy w warunkach PRL-owskich można w ogóle było mówić o planowaniu kariery i o wzięciu odpowiedzialności za jej przebieg? Życie, bierz mnie daje nam wgląd w arcyskomplikowany proces wydawniczy, o jakim należy mówić w kontekście PRL-u oraz okresu transformacji. Dowiadujemy się m.in. o kulisach powstania płyty Wszystkie stworzenia duże i małe z muzyką Tadeusza Klimondy i tekstami Wojciecha Jagielskiego, która początkowo wcale nie miała być koncept albumem („zwierzęca” dominanta pojawiła się właściwie przypadkiem). I tu autorowi należą się dodatkowe brawa. Szubrycht nie tylko rzetelnie wykonuje biograficzną robotę, docierając do licznych świadków wydarzeń, ale też w przekonujący sposób opisuje epokę – pełną absurdów, załatwiania spraw „na gębę”, taką, w której dystans (również finansowy) między wykonawcą przebojów a prostym odbiorcą zredukowany był właściwie do minimum. Z nerwem relacjonuje też ostatnie lata życia Zauchy – ostatecznie zadaje kłam wciąż funkcjonującym przekonaniom na temat wokalisty, związanym z feralnym romansem, który doprowadził do tragedii. Ewa Sokołowska, była menadżerka zespołu Wiesława Pieregorólki, który współpracował z artystą, rozprawia się też z mitem dotyczącym „naturszczykostwa” i luzackiego podejścia Zauchy do zawodu: 

Najbardziej bolą mnie bzdury, często powtarzane w Polsce, że Andrzej był freakiem, który wchodził nieprzygotowany do studia. Śpiewał raz i mówił: „Dubla nie będzie, wychodzę”. Nawet Zbyszek Wodecki takie bzdury powtarzał (…) Ile razy wcześniej sobie to prześpiewał, ile koncypował, o czym śpiewa i jak to wyrazić, to tylko on wiedział. Nie pokazywał tego po sobie, ale bardzo dużo go to wszystko kosztowało.

Sporo w tej biografii fragmentów, które mogą służyć za pars pro toto całej historii. Szczególnie dojmujące wydaje się streszczenie losów Byłaś serca biciem vel Ostatniej płyty, obarczone problemami wydawniczymi związanymi z transformacją ustrojową, a wreszcie: odejściem artysty:

Płyta więc była, ale jakby jej nie było. Nie dało się jej nigdzie kupić. Choć to brzmi koszmarnie, znamy doskonale ten mechanizm: zainteresowanie dorobkiem Andrzeja Zauchy drastycznie wzrosło po jego tragicznej śmierci:

– Nie minęły trzy dni. Patrzę, a pod domem stoją samochody, obok nich jacyś kolesie. „Chcielibyśmy kupić płytę Zauchy”, mówią. Nagle się obudzili. Wcześniej tylko muzykę chodnikową chcieli. Pocałujta w dupę wójta. Powiedziałem, że muszę porozmawiać z kolegami, z którymi to zorganizowaliśmy, i dam odpowiedź – wspomina Mirosław Wróblewski. Odpowiedż była odmowna i nie podlegała negocjacjom.

Negocjacjom nie podlega już dziś status Zauchy w polskim popowym panteonie. Doceniany zarówno przez grupy rówieśnicze, jak i przez młodsze pokolenia, cieszy się nimbem scenicznego geniusza. Tylko czy to określenie w ogóle do niego pasuje? I czy rzeczywiście udowodniłby w pełni swoją wartość, gdyby przyszło mu kontynuować karierę aż do dziś? Zaucha to masa pytań, na które nie znajdziemy już odpowiedzi – a jednocześnie wielki wyrzut sumienia, brak i niedopowiedzenie. Biografia Szubrychta pozwala uzupełnić przynajmniej niektóre luki.

Jarek Szubrycht

Życie, bierz mnie. Biografia Andrzeja Zauchy

Liczba stron: 536

Wydawnictwo Literackie 2022

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa
Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, „Czasu Kultury" i „Dwutygodnika”. Stypendysta MKiDN w roku 2018, stypendysta NCK w roku 2020. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Autor facebookowego bloga Popland, współautor Podcastexu, "Podcastu roku" w plebiscycie Influencers Live Awards 2022. Prowadzi zajęcia dotyczące muzyki popularnej na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.