Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Programowa normalność. O twórczości Sally Rooney i serialowych „Rozmowach z przyjaciółmi”

Artykuły /

Mam słabość do Sally Rooney – tak mógłby zacząć się ten tekst, gdyby nie było w tym nic wstydliwego. W sympatii wobec autorki bestsellerowych Normalnych ludzi jest ten niewygodny element, który od razu każe ci się z niego tłumaczyć: że jej pisanie jest przecież bardzo proste (w domyśle: za proste), że to w zasadzie romansidła o dość nieprzekonująco zarysowanym tle społecznym i w ogóle o co tyle hałasu, historie miłosne jakich wiele, a zdaniem niektórych – już w zasadzie trochę szmira, którą maskują takie nieharlequinowe detale, jak rozmowy bohaterów o kapitalizmie, krytyka patriarchatu czy czytanie przez bohaterów nagradzanych tytułów w stylu Asymetrii Lisy Holloway lub wierszy Louis Gluck. 

Negatywna ocena twórczości Rooney ma solidne podstawy, traktuję więc obsesyjne sprawdzanie tagu rooney raczej jako przejaw osobistej słabości niż ponadprzeciętnego wyczulenia na literackie piękno. Może to głupie, ale pewnym momencie przyłapałam się na tym, że chcę wiedzieć o niej wszystko: do jakiej szkoły chodziła, jaki zawód wykonują jej rodzice, ile zarabia i przede wszystkim – jak zaczęła się jej przygoda z pisaniem. Nadrzędne pytanie to zatem: co trzeba zrobić, aby być nią. Spędzam godziny, oglądając filmy na Youtube, w których odczytuje fragmenty powieści albo debatuje jako 20-letnia nowicjuszka, kompulsywnie rozwijam kolejne okienka w wyszukiwarce Google (Is Sally Rooney writing about herself? How much is the average first book deal? Does Sally Rooney write Autofiction? i tak dalej), a zamiast artykułów do doktoratu czytam jej świetny esej Even if you beat me, którym zadebiutowała w 2015 roku. 

Kariera Irlandki sprawia, że pisanie – szczególne pisanie nieprzekombinowane, pisanie normalne, pisanie po prostu – staje się odświeżające i nabiera sensu. To też, oczywiście, pewien rodzaj wspólnoty emocjonalnej, której racjonalizowanie wydaje mi się syzyfową pracą: czuję, że mogłyśmy siedzieć w tej samej ławce, pić tanie wino na licealnych imprezach, rozumieć się bez słów. W końcu, tak jak ona, należę do pokolenia milenialsów, które ostatnio bardzo lubi być kategoryzowane (Aleksandra Kumala na łamach Czasu Kultury wyczerpująco opisała, o co w tym wszystkim chodzi) oraz jestem heteroseksualną, białą kobietą, która ogląda Fleabag i mogłaby mieć torbę z twarzą Joan Didion, a więc wychodzi na to, że współtworzę opisywany świat. Wspomniane klasyfikacje mają nieraz wartość waloryzującą, jakby miały stanowić swojego rodzaju obelgę; jednak, biorąc te wszystkie elementy pod uwagę, w kategoriach obiektywnej oceny startuję ze straconej pozycji. Bo to właśnie w możliwości utożsamiania się upatruję klucza do rozwiązania sporu o Rooney. Konsekwentne pobudzanie egoistycznych emocji, które każą odnosić opisywane przez nią doświadczenia do własnego życia, przesądza o sile tej literatury – a potem opartych na niej seriali (o tej właściwości pisarstwa Rooney wspomniała też Anna Opara na łamach Krytyki Politycznej).   

Dla porządku przypomnijmy: prócz kilku opowiadań Irlandka ma już na koncie trzy powieści (debiutanckie Rozmowy z przyjaciółmi, bestsellerowych Normalnych ludzi oraz najnowszy tytuł – Gdzie jesteś, piękny świecie), garść nominacji do ważnych nagród literackich, setki tysięcy sprzedanych egzemplarzy oraz dwa seriale nakręcone na podstawie jej twórczości. Po premierze drugiej książki w 2019 roku w zasadzie z dnia na dzień określono ją mianem Salingera ery Snapchata, Jane Austin prekariatu, pisarki millennialsów, głosem pokolenia. Te efektowne, recenzenckie clickbaity pojawiają się w zasadzie w każdym tekście o niej i – szczególnie, gdy skumulowane – zaczynają zwalniać z wysiłku, wkładając jej twórczość do określonej szufladki. Nad pokoleniową opowieść wolę wersję, w której prozie Rooney chodzi jednak o coś więcej: o ponadpokoleniową i uniwersalną przeciętność oraz o pewne powtarzalne emocje towarzyszące związkom, które zostają omówione w kontekście codzienności współczesnych 30-latków.

Z drugiej strony, kiedy piszę te zdania, coś się we mnie buntuje. Mimo wszystko styl Rooney jest, owszem, bardzo prosty, ale jednocześnie tak trafny i plastyczny, że świetnie sprawdza się w tworzeniu konwencji realistycznej. Rooney potrafi mistrzowsko opisać sekwencje następujących po sobie szczegółów – w taki sposób, aby cała sytuacja stała się przejrzysta i fizycznie namacalna. To niemal fotograficznie precyzyjny język, który z łatwością daje się przełożyć na kreowanie filmowych światów. Serial Rozmowy z przyjaciółmi nie jest tu wyjątkiem. Podobnie jak ekranizacja Normalnych ludzi świetnie rozpoznaje czujny na detale styl tej prozy, na niej budując cały koncept serialowej narracji.

O pierwszej powieści Rooney mówi się, że jest przegadana i stanowi tak naprawdę rozgrzewkę przed bardziej oszczędnymi Normalnymi ludźmi. To pewnie prawda – choć przyłapałam się na tym, że po lekturze perypetie bohaterów szybko uleciały mi z głowy, w przeciwieństwie do błyskotliwych i w wielu momentach przenikliwych dialogów. Za ekranizację powieści, podobnie jak w przypadku minimalistycznych Normalnych ludzi, odpowiedzialni byli Lenny Abrahamson i Alice Birch – i wygląda na to, że tak spodobało im się kręcenie intymnych i kameralnych historii, że z nowego serialu także zdecydowali się wyrzucić niemal całe gadulstwo. Tytułowych rozmów z przyjaciółmi więc tu w zasadzie nie ma – zostają zastąpione przez przemilczenia, niezręczności, i zdawkowe smsy i, a przyjaciele okazują się być raczej kochankami. Redukcja dialogów ma zapewne służyć ekspozycji intymności, wyrażonej najczęściej rozproszonym światłem, nerwowym zaczesywaniem kosmyków włosów za ucho albo łezką wcale-nie-tak-dyskretnie uronioną po udanym seksie. No bo właśnie: nie ma tu pośpiechu, gesty trwają tyle, ile powinny. To pewnie znów jest zasługą reżyserki intymności, Ity O’Brien, o której zrobiło się głośno przy okazji premiery pierwszego z seriali. Pokazanie narodzin flirtu poprzez behawioralne obserwacje do jakiegoś stopnia można uznać za przekonujący zabieg – w końcu zoom na detal i kameralną scenę może być w nieoczywisty sposób efektowny, stojąc w widocznej kontrze z popularnymi ostatnio produkcjami w stylu Euforii. Z drugiej strony, sedno prozy Rooney traci tu swoją specyfikę, a pod powłoką intymności niewiele się już kryje. 

Rozmowy z przyjaciółmi to dramat obyczajowy rozpisany na czworo bohaterów: dwie dwudziestojednoletnie studentki oraz małżeństwo po trzydziestce. Frances (Alison Oliver) i Bobbi (wspaniała Sasha Lane, znana z American Honey) są przyjaciółkami i ekspartnerkami, które wolny czas spędzają, występując na poetyckich slamach. Podczas jednego z nich poznają się z Melissą (nieprzypadkowa Jemima Kirke, gwiazda serialu Dziewczyny, który rozpoczął nurt produkcji o milenialsach), już docenianą eseistką, która – zachwycona ich występem – postanawia zaprosić je na przyjęcie do swojego domu. Podczas spotkania między Frances a mężem Melissy, Nickiem (William Bowery), pojawia się napięcie. Para wdaje się w romans, którego rozwój i niefortunność będzie wyznaczać dramaturgię tej dwunastoodcinkowej historii. Serial koncentruje się na ilustracji napięć między czworgiem bohaterów – emocjonalnych, seksualnych, intelektualnych – raczej zadając pytania na temat ich relacji, niż na nie odpowiadając. 

Pomimo uwikłania bohaterów w intrygę uczuciową, w centrum zdarzeń pozostaje przez cały czas Frances: cicha, nadwrażliwa i programowo normalna, co zapewne ma ułatwić widzom identyfikację. Celem Rooney – wyrażanym czasem w wywiadach, przyznajmy, w dość ironiczny i kokieteryjny sposób – jest normalizowanie normalności w czasach, w których to wrażenie wyjątkowości sprzedaje się najlepiej. Często słyszę, że ktoś wygląda jak ja, a potem się okazuje, że ten ktoś wygląda nijak i muszę robić dobrą minę – mówi w pewnym momencie Frances, w jednym zdaniu podsumowując całą swoją umiarkowanie interesującą bohaterkę. Podobnie ambiwalentne emocje wzbudza druga najważniejsza postać, czyli Nick – aktor reprezentujący gatunek „piękny i smutny”, o mocno wampirzej aurze i wiecznie zbolałym uśmiechu, który przecież musi skrywać jakąś tajemnicę. 

Mimo że decyzja, aby pierwszoplanowymi uczynić najbardziej mdłe i w sumie dość nudne postaci wydaje mi się zrozumiała, jest jednak niewystarczająca na poziomie ekranowej dramaturgii. Szczególnie w zestawieniu z pulsującym drugim planem: szczerze mi żal niewykorzystanego potencjału żywiołowych i interesujących Melissy i Bobby. Odnoszę nieodparte wrażenie, że opowiedziana z ich perspektywy ta historia pozbyłaby się aury banalnego, heteroseksualnego romansu dwojga niepewnych dusz, który budzi niepokojąco wiele skojarzeń ze Zmierzchem. W ogóle wątki poboczne tej opowieści wydają mi się najciekawsze: na przykład historia endometriozy, na którą choruje Frances, a o której jeszcze do niedawna trudno było cokolwiek usłyszeć w publicznej debacie. Albo nieoczywiste relacje z rodzicami. A także wyczulenie na niuanse studenckiej codzienności – oglądając serial zdałam sobie sprawę, że naprawdę rzadko widzę w kinie proces jeżdżenia ze studiów do rodzinnego domu, o którym tak pięknie pisała Małgorzata Sadowska: rzeczywistego kursowania z plecakiem między domem rodzinnym a wynajmowanym mieszkaniem. Tutaj ma ono formę cykliczną, męczącą, pozwala mu wybrzmieć. 

Do mocniejszych punktów serii zaliczyłabym też próbę kwestionowania zasad obowiązujących w sformalizowanych związkach. Rooney niespecjalnie przywiązuje się do ogólnie przyjętych wzorców relacji damsko-męskich (i damsko-damskich), woli testować mniej konwencjonalne konfiguracje między bohaterami. Robi to między innymi poprzez nienachalne stawianie znaku zapytania obok idei patriarchatu oraz małżeństwa, które nie dopuszcza możliwości romansu. Ewidentnie autorów cieszy sprawdzanie, czy dekonstrukcja rodziny nuklearnej jest możliwa, tak jak i podawanie w wątpliwość granic, które narzucają konserwatywne wzorce; z drugiej strony – jakby na przekór ich intencjom – fabuła udowadnia, jak trudno jest istnieć w poprzek ogólnie przyjętych norm, wyznaczających relacje intymne. Namiętność i partnerstwo mają tutaj silniejszą reprezentację niż miłość i przyjaźń rozumiane w tradycyjny sposób. Pomimo płynności układu między bohaterami, w centrum niestety do końca pozostanie romantyczna historia, rozumiana dość tradycyjnie, co przy queerowych aspiracjach autorki jest jednak nieco rozczarowujące. Serial – choć mógł stać się czymś więcej – pozostanie przede wszystkim historią o dwojgu nieśmiałych i pogubionych wyrzutkach, którzy chcą, ale niezbyt potrafią się do siebie zbliżyć. 

*

Kończąc tekst sprawdzam w Google, co słychać u Sally Rooney. Szybko odkrywam ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi „Time’a” 2021 roku. Tak wynoszona na piedestał normalność staje się więc relatywna i ulotna; funkcjonuje jako stały element rynku, umożliwiając sprzedaż na masową skalę. I nawet jeśli kolejne powieści Rooney nadal będą portretować tzw. zwykłe życie, to autorytet autorki jako piewczyni tego, co codzienne i bliskie doświadczeniu przeciętnego człowieka, może zostać zachwiany. Serial Rozmowy z przyjaciółmi pozostaje, niestety, normalny w tym negatywnym rozumieniu; raczej szybko stracimy zainteresowanie bohaterami i przejdziemy po seansie do porządku dziennego, odnajdując więcej dramaturgii w scenariuszu, w którym sami odgrywamy główne role. W końcu najbardziej przekonująca normalność to często ta własna. 

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Logo-Krakow_apla_H_rgb-500x154-1.jpg
Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa

Joanna Najbor

(ur. 1992) – doktorantka w Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych UJ, absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa UJ. Nagradzana w konkursach eseistycznych i krytycznofilmowych – m.in. „Powiększeniu” Filmwebu (2018) i Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka (2019, 2020). Gra na wiolonczeli. Pochodzi z Zakopanego.