Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Popkronika wczesnej i środkowej transformacji (T. Lada, „Wszystko jak leci…”)

6/2025

Recenzje /

Polskie dzieje „wczesnej i środkowej transformacji ustrojowej” to czasy równie odrażające, co fascynujące. Dobrym obszarem do badań są przemiany przemysłu rozrywkowego i fonografii, które za sprawą Tomasza Lady doczekały się pierwszej próby dziennikarskiej syntezy. 

Wszystko jak leci. Polski pop 1990–2000 to ułożona chronologicznie kronika rozwoju i profesjonalizacji polskiej sceny muzycznej. To czas od (mniej więcej) kresu cenzury i przejścia pomiędzy PRL-em a III RP do całkowitej dominacji rynku przez duże wytwórnie (tzw. majorsów) oraz wkroczenia dystrybucji internetowej. 

Opowieść składa się z anegdot osób związanych w latach 90. z branżą muzyczną: pracowników wytwórni, menadżerek, dziennikarzy i muzyków oraz wyimków z archiwalnych artykułów i recenzji. Autor książki to uczestnik wielu spośród relacjonowanych wydarzeń, weteran szeregu redakcji i doświadczony dziennikarz muzyczny (wplata w historię także własne wypowiedzi). Wcześniej wydał zdecydowanie przegadaną historię grupy Apteka (Psychodeliczni kowboje. Kawałki o zespole przeklętym, 2020) oraz frapującą opowieść o „kaskaderach” polskiej kontrkultury, Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu (2022)

Wszystko jak leci pod względem jakości mieści się pośrodku skali wytyczonej przez dwie poprzednie książki: nieudaną i całkiem porządną. Z początku czyta się branżowe anegdoty z rosnącym zainteresowaniem, potem napięcie spada. Lada daje nadzieję na wgląd za kulisy show-businessu, ale zdaje się unikać najbardziej kontrowersyjnych tematów, branżowych brudów i obyczajowej pikanterii. Można sporo „wyczytać”, ale wiele ciekawych wątków kryje się między wierszami, tam gdzie ktoś wymownie milczy lub podejrzanie „zagaduje” potencjalnie kontrowersyjny temat. A przy tym, paradoksalnie, Wszystko jak leci to rzecz wartościowa, choć chaotyczna i niepełna. 

Big Day, Zostawić ślad. Jeden z najciekawszych zespołów opisanych przez Tomasza Ladę

Zdaje się, że tytuł opisuje metodę pracy autora, który zamiast dokonać selekcji lub wybrać którąś z rynkowych nisz (pop, rock, disco polo, komercyjny wariant hip-hopu), zdecydował się stworzyć silva rerum, zbiór siłą rzeczy przyczynkarski i niedoskonały. Grupy ważne dla historii polskiej muzyki sąsiadują z „one-hit wonders”. Część bohaterów wypowiada się bardzo obszernie, z kolei brak innych trudno wybaczyć. Do grona nieobecnych zaliczają się Kuba Wojewódzki, dziś celebryta, kiedyś dziennikarz muzyczny, oraz Katarzyna Kanclerz, wpływowa, a przy tym kontrowersyjna producentka i menadżerka. Lada na dowód swej staranności przedrukowuje maile z prośbami o wypowiedzi. Ten wymowny brak to największy feler „mówionej historii polskiego popu”. Z pewnością wielu czytelników chciałoby poznać tajemnicę Wojewódzkiego i spróbować zrozumieć, jakie procesy doprowadziły do tego, że z dziennikarza zaangażowanego w promowanie ambitnych grup rockowych przeistoczył się w cynicznego kawalarza telewizyjnego. Podobnie w przypadku Kanclerz: obie jej legendy, biała (akuszerka wielu karier, profesjonalistka) oraz czarna, którą opisał Kazik Staszewski w piosence Katary na kanciarz*, pojawiają się na kartach książki, jednak bez osobistego udziału bohaterki. 

Mimo tych wszystkich mankamentów lektura najnowszej książki Tomasza Lady okazuje się produktywna. Wyliczywszy wady, przystąpię do wymieniania atutów.

Pierwszą i najbardziej oczywistą zaletą jest uzupełnienie innych tytułów rozliczających transformację ustrojową, początki III RP i „polską drogę do kapitalizmu”. W początkowych rozdziałach znaleźć można sporo informacji o trudnych początkach komercyjnej fonografii i wyzwaniach czekających na jej pionierów. Rzecz powinna się więc spodobać czytelniczkom i czytelnikom śledzącym wszelkie „duchologiczne”, nostalgiczne lub krytyczne opowieści o restauracji kapitalizmu w Polsce. 

Czytanie Wszystko jak leci może być też okazją do rozprawienia się z nostalgią. Tę strategię lekturową sprawdziłem na sobie. Od późnej podstawówki szukałem muzycznych podniet poza showbizowym mainstreamem i z młodzieńczym zapałem demonstrowałem pogardę wobec „komerchy”. Mimo to pamiętam niemal każdego z opisanych przez Ladę wykonawców, w tym tych najbardziej okropnych i kiczowatych, każdy letni szlagier, idiotyczny refren, tandetną okładkę. W epoce „wiecznych powrotów” i mitologizowania przeszłości można przypomnieć sobie czasy, w których wszystko było nowe. Co nie znaczy, że lepsze.

W popkronice Lady pojawia się kilka wartościowych grup: między innymi kompletnie dziś zapomniane Latawce, mający trochę więcej szczęścia Big Day (przeboje Zostawić ślad i W dzień gorącego lata) czy legendarna po dziś dzień Apteka. Ale o nich jest mniej, bo choć mieli własny styl – a przy tym skutecznie wchodzili w dialog z tym, co działo się na światowych scenach – to ich nagrania nie rozchodziły się w setkach tysięcy egzemplarzy, jak te Ich Troje czy Golec uOrkiestry. 

Latawce, Ye Ye Ye. Tak brzmiałyby polskie letnie przeboje, gdyby losy polskiego popu potoczyły się szczęśliwiej

Wielkim atutem Wszystko jak leci jest przypomnienie czytelnikom o kilku tytułach prasowych, „Brumie”, „Plastiku” czy „Machinie”, które odegrały znaczące role w kreowaniu kultury, a potem padły z przyczyn biznesowych. Niektórzy z piszących tam dziennikarzy pozostali wierni etosowi i dziennikarskiej niezależności, i zamiast chałturzyć pod dyktando reklamodawców, starali się opisywać wartościowych artystów (choć wśród świadków nie ma zgody co do skali i konsekwencji tej odwagi). Lada posługuje się obszernymi fragmentami z artykułów, zestawień i recenzji, znów – momentami zbyt obszernie, choć wśród cytatów można znaleźć i tak egzotyczne dziś wyimki, jak pochwały rozkochanego w undergroundzie Rafała Księżyka dla debiutu Myslovitz. Książka Lady stanowi dobre uzupełnienie reportaży jego redakcyjnego kolegi z „Brumu”, Dzikiej rzeczy i wydanej niedawno Fali. Księżyk opisał wykonawców, którzy wnosili do polskiej muzyki świeże trendy i autorskie piętno, a Lada pokazał tych, na których postawiły wytwórnie i komercyjne media.

Od paru lat w krajowych portalach i muziarskich stronach w serwisach społecznościowych pleni się poptymizm: nobilitowanie muzyki popularnej do rangi sztuki, która warta jest uwagi i krytycznego namysłu. Wszystko jak leci można uznać za argument przeciwko tym tendencjom. Z opisów różnych działań marketingowych, decyzji włodarzy rynku muzycznego, a często i samych artystów, wynika dość ponury obraz kulis eksplozji polskiego popu. Były szanse i spore grono utalentowanych muzyków, ale nie wyszło. Eksplozję kreatywności szybko zastąpiły reguły rynkowe, a muzyka stała się produktem. Muzyczna konfekcja wyparła oryginalność, z kolei próby wyjścia na międzynarodowe rynki udały się średnio (jak w przypadku Edyty Górniak czy wspólnego projektu Kayah i Gorana Bregovicia) albo zakończyły spektakularną klapą (jak amerykańska premiera musicalu Metro).

To powinno być memento zwłaszcza dla tych, którzy dorastali w czasach, gdy przeboje „transformacyjnego popu” sączyły się z każdego głośnika. Nie warto ich romantyzować. Mogło być lepiej i ciekawiej, a prywatyzacja i urynkowienie przemysłu muzycznego nie wyszły mu na dobre. Podobnie, jak wielu innym branżom w dobie transformacji, ale to temat na inną opowieść. A ta spisana przez Tomasza Ladę, choć niepełna i umiarkowanie demaskatorska, pozwala odnaleźć właściwe proporcje.

Tomasz Lada

Wszystko jak leci. Polski pop 19902000

Wydawnictwo Czarne, 2025

Jan Bińczycki

(ur.1982) – bibliotekarz, publicysta, regionalista współzałożyciel kolektywu „Tłusty Druk”, co tydzień prowadzi program pod tą samą nazwą na kanale Reset Obywatelski.