Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Obrazy cudzego cierpienia („Dom dobry”)

8/2025

Recenzje /

Dom dobry to próba odsłonięcia mechanizmów i koszmarów przemocy domowej. W tym przypadku nie mogą zadziałać eufemizmy, półsłówka czy metafory. Może więc słusznie za sprawę wziął się reżyser znany z tego, że nie przebiera w (pół)środkach. Metoda szokowa może być tym, co niektórych wybudzi nas z obojętności, a niektórym pokaże rozmiar cierpienia i trud wyjścia z pętli prześladowcy. 

Skomplikowana relacja z twórczością Wojciecha Smarzowskiego to niejako obowiązek użytkownika polskiej kultury. Nie mam wątpliwości, że jego filmy są ważne – w tym sensie, w jakim ważny jest jakiś temat. Twórczość Smarzowskiego, jak żadnego innego współczesnego reżysera filmowego z naszego kraju, jest zanurzona w polskiej rzeczywistości, w jej problemach społecznych, kompleksach i bieżączkach (czasami aż za bardzo). Ociera się o publicystykę, niekiedy łopatologiczną. Z czasem stała się wręcz synonimem rodzimej reprezentacji patologii. Niemniej jest to kino pełną gębą polityczne, dotycząca społeczeństwa jako całości. I choć Smarzowski przemoc tematyzował już wielokrotnie (Dom zły, Drogówka, Wołyń – tam z pewnością była to dominanta), nie było jeszcze filmu tak pulsującego okrucieństwem i złem – i to złem dość powszechnym. Może wbrew pozorom (pozór: Smarzowski się skończył i włączył automat), a może dzięki nim, jego najnowszy filmto dzieło warte naszej uwagi.

Gdy jesienią 2022 roku zapowiadano Dom dobry, niecały rok po premierze drugiego Wesela, większości znanych mi entuzjastów Smarzowskiego miny już dawno zrzedły. Grający na tonach kontrowersji i ekstremie reżyser przeszedł samego siebie, tworząc narrację skrajnie prymitywną, niby rozliczeniową wobec relacji polsko-żydowskich, a tak naprawdę eksploatującą bieżące wątki polaryzacyjne, wrogów politycznych (prawicę) sprowadzając do parteru najprostszych instynktów stadnych. Było tam wszystko: rzygi, kloaka, gwałty, zoofilia, pogromy i jeszcze trochę. Dlatego trzy lata temu naturalną reakcją było przewrócenie oczami i stwierdzenie, że może akurat ten autor nie powinien zabierać się za temat przemocy domowej. 

Z Domem złym Dom dobry nie ma za wiele wspólnego. Łączy je głównie dość dyskusyjny żart intertekstualny (ja bym dyskutował, czy śmieszny) oraz, oczywiście, przemoc. Jest to jednak skrajnie inny obraz przemocy. Przede wszystkim odstawia się tu alkohol. Nie brakuje go co prawda na stole, ale w interesującym nas przypadku nie on jest zarzewiem konfliktu czy kroplą przelewającą czarę. Grzesiek (Tomasz Schuchardt) jest bowiem abstynentem. Jego romans z Gosią (Agata Turkot) szybko przechodzi w związek, ten zaś w ślub. Mężczyzna jest radnym i przedsiębiorcą, ma niezły apartament i może trochę długów. Złośliwi (eks) mówią, że nie płaci alimentów. Z zewnątrz niewiele jednak zapowiada, że zamieni życie Gosi w koszmar.

Dlatego w takim ustawieniu sprawy i przekornym tytule tkwi niezwykle cenna obserwacja społeczna: przemoc rodzinna niejako góruje nad powierzchowną estetyką klasową. Powab wyższej klasy średniej i wpływowych środowisk towarzyskich nie impregnuje na zachowania, które określa się mianem „patologii”, mając zwykle na myśli klasą niższą. Z tym że, to trzeba przyznać Smarzowskiemu, w swojej twórczości przeprowadza on często szturm na „polskie patologie” (alkoholizm, nepotyzm, korupcję), kierując nasza uwagę na wyższe szczeble drabiny społecznej. Nie odważyłbym się jednak na stwierdzenie o jego „wrażliwości klasowej” – od Wesela przez Dom zły (szczególnie Dom zły) po Kler i kolejne Wesele konsekwentnie portretuje nadużycia i eskalacje przemocy, bez większego względu na zróżnicowany background społeczny. Nawet pozytywnie oceniający dzieło Jakub Majmurek wyrażał na łamach „Krytyki Politycznej” obawy o umocnienie za sprawą filmu wspomnianego stereotypu: „społeczna patologia” = przemoc domowa. Tyle że Smarzowski wcale nie skupia się na klasie ludowej, lecz idzie w stronę uniwersalną, a przynajmniej uniwersalnie polską. Klasizm stereotypu „społecznej patologii” jest raczej efektem zapoznania realnych źródeł problemu – zarówno tych kulturowych, jak i klasowych – niż wkładem samego reżysera. Tym bardziej, że stawką Domu dobrego nie jest społeczna genealogia, ale stworzenie filmu-interwencji.

Film-interwencja, (film-wydarzenie, jak pisał Kulturalny Sampling) to trochę wytrych na określenie zjawiska, które na polskim rynku wywołuje co jakiś czas Wojciech Smarzowski. Wokół premier zbiera się medialny szum, tematy zostają podjęte przez klasę dyskutującą, a na jakiś czas, zwykle krótki, liberalna opinia publiczna staje na baczność wobec wybranego problemu społecznego. Czy reakcja jest skazana na chwilowość? Trochę tak. Jeśli oczekujemy od jednego filmu zmiany kulturowej, to pewnie się zawiedziemy. Ale faktem jest, że socialmediowe flesze padają w tym momencie na kwestię przemocy, przypominają statystyki, rozdrabniają się na kazusy, wiercą w brzuchu dziurę. Film jest tutaj jednym z elementów większej układanki. Z podobną sprawą mieliśmy do czynienia przy premierze brytyjskiego Dojrzewania. I wciąż będę utrzymywał, że oczekiwania politycznej sprawczości wobec tekstu kultury są przez krytyków przestrzelone. Można jednak za pomocą formy filmowej przedstawić coś krytycznie ważnego – i to się Smarzowskiemu udaje.

Największą wartością (społeczno-filmową, tak to nazwijmy) jest pokazanie, że Dom dobry to nie pojedyncza historia, ale splecione ze sobą multum opowieści różnych kobiet i mężczyzn. Za pomocą montażu, alinearnej narracji i stopniowo coraz bardziej zaburzanej perspektywy historia coraz bardziej rozdwaja się i roztraja – i przestaje być tylko o Gosi i Grześku, stworzonych na potrzeby fikcji filmowej, a zaczyna coraz bardziej przypominać historię „globalną”. W fabule mieszają się już nie tylko wspomnienia i niezabliźnione traumy bohaterki, ale też historie zasłyszane przez nią na spotkaniach z innymi ofiarami przemocy. Zarazem jasne staje się, że jest ona narratorką niewiarygodną, której oprawca jest w stanie wmówić zakłamaną wersję danych wydarzeń. „Niewiarygodną” nie znaczy tutaj, że nie mamy jej wierzyć, ale że ona sama już nie odnajduje się w tej narracji. Niemniej przemoc jest w tym filmie żywa, a nie wymyślona – to nie jest mind-game film (jak Fight Club), forma gry narracji z widzem, ale dotkliwe (fizjologicznie i psychicznie) doświadczenie. Także dla widza. 

À propos. Część krytyków zdaje się już znużona „smarzowszczyzną”, więc niejako z pamięci wysuwa przeciwko reżyserowi ten sam zestaw zarzutów: pornografia przemocy, torture porn, sadyzm, turpizm, eksploatacja. Do litanii przyłączył się także Marcin Łukański (Na Gałęzi). Według niego Smarzowski pokazuje przykłady skrajne, a przemoc różnego rodzaju miażdży całą fabułę, co może powodować u widza efekt egzotyzacji, czytaj: „to dopiero prawdziwa patologia, u mnie nie jest jeszcze tak źle”. Jeszcze inni (z sympatii nie będę wymieniał nazwisk) zarzucają reżyserowi, że zbyt pławi się w przedstawianiu przemocy, a jej nagromadzenie nie wiadomo czemu ma służyć. Że brakuje tutaj empatii (nie wiem do końca czyjej) jako kontrapunktu do przemocy. 

Przemoc (fizyczna, psychiczna, ekonomiczna, seksualna) jest środkiem wykorzystywanym przez oprawcę do dominacji nad ofiarą, zagarnięciem całego jej pola poznawczego, stłamszeniem prób oporu, sprowadzeniem do upodlenia, po którym ciężko jakkolwiek się podnieść. Rekonstrukcja takiej przemocy w Domu dobrym jest zabiegiem radykalnym – i nie ma nas rajcować, nie ma dawać satysfakcji, w pewnym sensie w ogóle nie ma się podobać. Powoduje raczej wstręt i niechęć, a jej intensyfikacja i eskalacja tworzą efekt szoku, karambolu psychicznego, który daje nam namiastkę punktu widzenia ofiary. Myślę, że daleko tutaj do „pornografii” w tym sensie, że nie zachodzi żadna, nawet perwersyjna, przyjemność patrzenia. Sama „skrajność” tego kazusu także nie działa in minus – bo dlaczego uważamy, że ten akurat przykład jest skrajny? Mamy nie pokazywać historii podobnych do tych zgłaszanych w Centrum Praw Kobiet, bo mogą esencjalizować portret przemocowca jako zbyt skrajny? Raczej nie. A niestety takie przypadki, jak gwałt małżeński, podwójna tożsamość, zamykanie w domu, razy w twarz, gaslightowanie i love-bombing zarazem – nie są tak „skrajne”, jak mogłoby się niektórym wydawać.

Co więcej, wcale nie brakuje tutaj empatii – istnieją w ramach filmu organizacje pomocy kobietom (i mężczyznom) doświadczających przemocy. W jednej z linii czasowych Gosi nawet udaje się całkowicie wyjść z relacji z Grześkiem. Nadzieja na wyjście ze spirali opresji jest więc wpisana w tkankę fabularną jako opcja, do której pełni realizacji brakuje jednak wsparcia ze strony instytucji, takich jak policja czy opieka społeczna. Smarzowski przyznawał w wywiadzie, że oddolna sieć wzajemnej pomocy „nie zastąpi państwa”. Ten zarzut wobec „niedoczynności” państwa jest formułowany w Domu dobrym notorycznie i wybrzmiewa różnymi kanałami: głównie przez niekompetentne interwencje policjantów na sprawę „zakłócania miru domowego” – policjantów zblatowanych z lokalnymi samorządowcami, którzy ukazani są bardziej jako polityczni przedsiębiorcy niż odpowiedzialni za kwestie wspólne politycy. To z kolei obraz zupełnie nieegzotyczny, potwierdzany rozlicznie przez polskie kino (Polowanie Pawła Chmielewskiego jest tutaj przykładem symptomatycznym), codzienne doświadczenie i ogólne opinie Polaków na temat polityków. 

Dom dobry przekonuje nas, że jest źle. Dane pokazują, że skala problemu z roku na rok rośnie. Mam nadzieję, że film Smarzowskiego powstał w dobrym momencie. Pokazuje z niezwykłą skutecznością, jak przemoc domowa wymyka się snadnej, łatwo przyswajalnej linearności, a obrazowa kaskada cudzego cierpienia może nas wciąż poruszyć, rozbudzić, uprzytomnić. Wciąż nie wiem, czy może coś zmienić, bo do zmiany potrzebujemy projektu politycznego. Ale może teraz pomyślimy o tym raz jeszcze?

Kamil Walczak

(ur. 2001) – kulturoznawca (dyplomowany), krytyk filmowy (samozwańczy), kociarz (faktyczny). Publikował m.in. w czasopiśmie „Ekrany” i „Czasie Kultury”, autor w antologii „Nikt Nikomu Nie Tłumaczy. Świat według Kiepskich w kulturze”. Zajmuje się polityką/politycznością, kinem współczesnym oraz swoją trikolorową kotką.