…czyli jak w czasach czatów AI zachować szczątkową godność osoby piszącej
Bardzo nie chcę zaczynać tego tekstu od dowodzenia, że naprawdę jestem świadoma różnorakich zagrożeń, jakie rozwój AI ze sobą niesie. Uznajmy więc ten wstęp za dokonany i przejdźmy dalej – w stronę luźnych dywagacji, które, mam nadzieję, przybliżą mnie do odpowiedzi na pytanie: Skąd w nas lęk przed słowem pisanym przez czat AI i gdzie przed tym lękiem można się schronić?
Nie wiem, czy znacie wynikające z posiadania konta na LinkedInie cierpienia, bo ja znam je aż za dobrze. Jeśli można jakoś je upożytecznić, to chyba tylko tutaj, dlatego potraktuję je jako punkt wyjścia. Otóż od lat leitmotivem linkedinowej komunikacji są treści z kategorii „zawody w wyciąganiu [na feeda] biznesowej urody”. Dopuszczalnych formuł postów jest tam wiele: od „Z radością informuję o <wstaw dowolny sukces>”, przez życiowo-biznesowe „Czego <wstaw dowolne zdarzenie> nauczyło mnie o marketingu?”, aż po ogólnofilozoficzne „Jestem człowiekiem myślącym, więc i Was zachęcam do myślenia o <wstaw dowolny, byle odpowiednio zgrany już temat>”. Wszystkie jednak łączy jedno: coraz częściej powstają przy ewidentnym wsparciu czata. Czy są przez to jeszcze gorsze? Wręcz przeciwnie – niektóre z nich, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydają się CAŁKIEM OK. Okazuje się, że nawet te najpłytsze przemyślenia (sól ziemi LinkedIna) można nie tylko podać w formie stylistycznie i ortograficznie akceptowalnej, ale też tak opakować w pozory argumentacji i tak umaić kwieciem pustosłowia, że patrzy się na nie jakoś inaczej, jakoś przychylniej.
Czy jako osobę (miejmy to sformułowanie już za sobą) PARAJĄCĄ SIĘ SŁOWEM boli mnie, że teraz absolutnie każdy może powiedzieć absolutnie wszystko i będzie brzmiało to nieco logiczniej, mądrzej, ładniej? Nieszczególnie. Trochę uwiera mnie jedynie, że trudniejsze staje się filtrowanie treści, ale z tym dyskomfortem też bym znowu nie przesadzała. Dlaczego więc w ogóle o tym wspominam? Żeby powiedzieć, że i Wy nie musicie się trwożyć, że w komunikacyjne czy relacyjne zabawy gra się teraz na promptach. Po pierwsze: zwykle to widać. Po drugie: zwykle niewiele to zmienia. Dużo bardziej skomplikowana wydaje mi się ta relacja z czatem, którą moglibyśmy nazwać „osobistą”. Ta, w której nie ma już innych ludzi i trzeba zacząć przyglądać się sobie.
Pierwsza nieprzyjemna refleksja jest taka, że jako ludzie wcale nie mamy monopolu na twórcze myślenie. W dziedzinach technicznych nie mierzi nas to tak bardzo, jak w obszarach, powiedzmy, bardziej artystycznych. Oczywiście o jakość tych przemyśleń można (i należy) się spierać, ale trudno ich wartość całkowicie zanegować. W końcu AI wchodzi w te same tematy i operuje na tych samych zasobach wiedzowych, co my, ale ma do nich lepszy, bo szerszy, dostęp. Swobodnie grzebie więc w garncu „wszystkiego, co już było” i ledwie pchnięty promptem wypluwa na tej podstawie nowe, czasem wcale nienajgorsze treści – a do tego robi to wszystko w dowolnych stylach, perspektywach i tonacjach. I chociaż za działaniem AI stoi jakieś ludzkie tchnienie (ktoś musi przecież napisać prompt), nie zmienia to faktu, że dla pokoleń wychowanych w rzeczywistości, w której sztuka jest remiksem, cały ten proces wydaje się niepokojąco znajomy.
Kolejna nieprzyjemność wynika z prostej nierówności – czat ma łatwiej, my mamy trudniej. Więcej napracowania jest po naszej stronie i nie uważamy tego za szczególnie sprawiedliwe. I nie chodzi tu tylko o czas i energię, ale też o inne zasoby. To, za co my płacimy jakąś tam emocją, dla czata jest całkowicie darmowe. To, co wydostaje się z nas z bólem, lękiem czy wstydem, z niego uchodzi lekko. To, co pozostawia nas z niepokojem, jego w żaden sposób poruszyć nie może. Tutaj znowu można się spierać, czy sam fakt, że jakiś tekst jest koszernie ludzki, a więc okupiony wysiłkiem, wystarczy, by uznać go za bardziej wartościowy od tego AI-owego. Ja tego nie wiem, ale na pewno znaczącym jest, że niektórzy autorzy i wydawnictwa zamieszczają już na swoich książkach oznaczenia typu „stworzone przez człowieka” czy „wolne od AI”. I niekoniecznie czytam to jako gwarancję wyższej jakości – w końcu istnieje cała masa pozycji idealnie przez AI sfabrykowanych – a raczej jako próbę obrony rangi ludzkiego pisania.
Jednak najbardziej niewygodne są te momenty, w których czat obnaża nasze własne ułomności. Gdy, niby z chęci pomocy, pokazuje wtórność lub miałkość podanych mu myśli, a potem trochę zbyt swobodnie generuje dalszy ciąg tekstu, który jeszcze przed chwilą wydawał się autorski. Jeszcze gorzej gdy – ucząc się od nas – pozwala sobie farmazonić, daje się ponieść grafomańskim zapędom albo potyka się o własne metafory. Chciałabym wierzyć, że tak ufnie eksponuje swoje słabości, że odsłania nam swoje miękkie podbrzusze, by jakoś skrócić dystans, jaki niewątpliwie nas dzieli, ale wątpię. Zwłaszcza, że efekt jest odwrotny – im bardziej on nie domaga, tym mniej mam do niego empatii. Głównie dlatego, że jego nieporadność uwypukla nieporadność tekstu, którym chwilę wcześniej zdążyłam go nakarmić. To, co w moim pisaniu od początku było nieudane, wraca wtedy dodatkowo wykoślawione, pokraczne już do przesady.
Jak w tej niełatwej sytuacji szukać godności osoby piszącej? Opcji widzę co najmniej kilka i chociaż za skuteczność żadnej z nich ręczyć nie mogę, to i tak polecam je Waszej uwadze.
Pierwszym z rozwiązań, które przychodzą mi do głowy jest skupienie się na tym, co autentycznie „swoje”, a nie skądś pożyczone. A żeby to znaleźć, trzeba szukać – tego, co rozlewa się ciepłem w środku, i tego, co staje ością w gardle. Trzeba ciągle diagnozować własne doświadczenia i na różne sposoby, czasem do znudzenia, próbować o nich opowiedzieć. Można by to pomylić z sileniem się na oryginalność, ale nie ona jest tutaj celem. Chodzi raczej o wysupłanie z siebie czegoś na tyle prawdziwego, że kwestia oryginalności staje się drugorzędna.
Drugą możliwością, a może raczej rozwinięciem pierwszej, jest wyrzec się pretensji do podejmowania tematów istotnych. Zamiast nimi zajmować się tym, co w chaosie życia akurat się do nas przyturla i nad czym po prostu mamy ochotę się pochylić – bez prób wstrzelenia się w trendy czy algorytmy, bez jakichkolwiek kalkulacji.
Trzecia droga to, najkrócej mówiąc, droga popełniania błędów i naprawiania ich (albo i nie). Czasem lepiej oczekiwać od siebie mniej niż więcej, pozwolić sobie na pisanie będące swobodnym dryfowaniem sensów, które wcale nie muszą dopłynąć do brzegu. Być niekonsekwentnym, niedokładnym, nielogicznym. Szukać swojej siły w słabościach i czekać, aż rzeczy same jakoś się ułożą (albo i nie).
Ostatnim, najbardziej banalnym rozwiązaniem, które za to z pełnym przekonaniem pragnę Wam zarekomendować, bo i sobie je rekomenduję, jest znalezienie takiej motywacji do pisania, która nie musi ścigać się z AI na wyniki. Można przecież pisać dla zabawy, dla ulgi, dla przyjemnej frazy, dla własnego ego, dla mamy. Można pisać dla samego pisania.