Franz Escher zdążył ułożyć puzzle, a elektryka ciągle nie było. Dla pewności sprawdził, czy nie wyłączył niechcący dzwonka. Nad domofonem znajdował się drążek garderoby, a kurtki i płaszcze zasłaniały czerwoną lampkę sygnalizującą wyciszenie dźwięku, dlatego bywało, że przez kilka dni zapominał o włączeniu dzwonka z powrotem. Za każdym razem, kiedy mu się to przydarzało, zastanawiał się, czy już zaczyna tracić pamięć. Ale z domofonem wszystko było w porządku – Escher tkwił jedynie w zwyczajnej pętli nieskończonego oczekiwania, w której umieszczają człowieka niepojawiający się fachowcy.
Escher nie był przesadnie niecierpliwym człowiekiem, ale nie lubił mieć zbyt dużo wolnego czasu, w takich chwilach zaczynał bowiem rozmyślać o życiu. Jego mózg zgłębiał wtedy nieistotne kwestie, jak ta, czy przebiegłoby ono inaczej, gdyby się inaczej nazywał. Tymczasem minęło ponad trzydzieści lat od chwili, kiedy dzięki nazwisku otrzymał prezent urodzinowy, który miał go zajmować przez resztę życia.
Na dziewiętnaste urodziny zaprosił parę osób. Swojego najlepszego kumpla Andiego, trzech kolegów ze szkoły, parę z sąsiedniego, wyjątkowo akustycznego mieszkania, bo wolał ich zaprosić, niż żeby mieli się potem skarżyć na hałas, a także swoją partnerkę z proseminarium, Danielę, wraz z jej czarującą współmieszkanką. Escher był dumny z tego, że kiedy zapraszał koleżankę z proseminarium, nie omieszkał niby od niechcenia rzucić w stronę jej milczącej przyjaciółki, żeby też wpadła, jeśli nie ma nic lepszego do roboty. Właściwie chodziło głównie o nią, ale trik z rzucaniem od niechcenia łagodził blamaż związany ze spodziewaną odprawą.
Kiedy ta niedostępna osoba rzeczywiście pojawiła się u niego w domu (tamtego wieczoru Escher dowiedział się, że nazywa się Martine przez „e”, bo jej matka jest Francuzką), wręczyła jubilatowi zapakowany w cienką bibułkę prezent.
Jeszcze po latach pamiętał tę sytuację dokładniej, niż by sobie życzył. Otwierał paczkę bardzo ostrożnie, żeby rozerwaniem pięknego papieru nie zdyskwalifikować się w oczach Martine jako nieczuły troglodyta, ale na tyle zdecydowanie, żeby zrobić na niej wrażenie dostatecznie energicznego. W końcu całą imprezę nakręcił wyłącznie dla niej. Podejście Eschera do najprostszych spraw tego świata było do tego stopnia zagmatwane, że już zorganizowanie małej uroczystości urodzinowej odczuwał jako „nakręcanie”. Tymczasem najbliższy kumpel Andi zapewniał go, że ta pół-Francuzka ma na niego ochotę. „Leci na ciebie”, mówił Andi. Jednak swoje szanse zaciągnięcia tego zachwycającego zjawiska do łóżka w wyniku perfekcyjnego zestrojenia alkoholu i udanych rozmów Escher oceniał na maksymalnie pięć procent.
Kiedy Escher za pomocą noża marki Stanley przeciął taśmę klejącą z chirurgiczną precyzją, nie drasnąwszy papieru, po czym ruchem zamaszystym, a zarazem nie nazbyt przywołującym na myśl torreadora, uwolnił prezent z opakowania, Andi wyszczerzył się do niego w zachwycie, wysyłając brwiami zachęcające sygnały i żarliwie kiwając głową. Według Andiego materializował się oto ostatni dowód, że nieśmiała Martine miała ochotę na Eschera. Po co inaczej wybrałaby tak fajny prezent? Także dla pozostałych gości urodzinowych sprawa była jasna. W końcu nie tylko Martine była wcielonym wdziękiem. Również Escher ze swoją postawną sylwetką robił wrażenie, a przydomka „Neandertalczyk”, który zawdzięczał zbyt szybkiemu wzrostowi, niedającym się okiełznać lokom i wysokim kościom policzkowym, już od lat nie słyszał. Nawet legendarną powolność Eschera mógł błędnie interpretować jako wnikliwość i rozwagę każdy, kto tylko znajdował się właśnie na śliskim gruncie postrzegania sterowanego hormonami.
– Puzzle! – powiedział z głupim wyrazem twarzy, gapiąc się z niedowierzeniem na pudełko wyłowione z papieru podarunkowego.
Nie miał do końca pewności, czy nie powinien czuć się wrobiony. Ostatecznie nie był już małym dzieckiem, czego w swoim mniemaniu wystarczająco dowiódł, obchodząc dziewiętnaste urodziny. Ale nie dał po sobie niczego poznać. Zdołał zachować się stosownie do powszechnie obowiązującego kodeksu zachowań przewidzianych przy odbiorze prezentu i nie ujawnił zawodu, lecz nadał swojemu okrzykowi nutkę radosnego zaskoczenia.
– Puzzle! Ej, cool!
Martine, która przejawiała skłonności do wstydzenia się za innych, miała nadzieję, że Escher zaraz się połapie, ale nie kontaktował. Widział rozczarowanie w jej oczach, jednak zwyczajnie niczego nie chwytał, za to dla pewności powtórzył jeszcze raz: „Cool! Puzzle!”.
Generalnie nie był tak ograniczony. Przeciwnie. Na uniwerku wysiadywał na każdym seminarium teoretycznym i był postrachem swoich profesorów jako nieubłagany specjalista od dzielenia włosa na czworo. Kiedy jednak interesował się kobietą (jeszcze kilkadziesiąt lat później znał na pamięć numer telefonu komuny Martine) i chciał się pokazać z jak najlepszej strony, jego IQ spadało w bezdenną otchłań. Trzymał w ręku pudełko i niczego nie rozumiał. Jakkolwiek zaalarmowała go reakcja Andiego, rzucającego mu triumfalne, nieomal ekstatyczne spojrzenie, a jednocześnie szczerzącego zęby niczym życzliwy ludożerca. W końcu Andiemu skończyła się cierpliwość i postanowił pomóc przyjacielowi. Poirytowany nierozgarnięciem Eschera postukał palcem w dekiel kartonu ukazujący rysunek, który należało ułożyć.
– Escher! – zawołał. – Po prostu super. Escher!
Wtedy nareszcie i Escher zajarzył. Martine rzeczywiście zadała sobie trud, by znaleźć prezent pasujący do jego nazwiska. Puzzle słynnego mistrza iluzji optycznych, na którego obrazie w zdumiewający sposób rysują się nawzajem dwie ręce.
– Jak miło z twojej strony – powiedział Escher. – Tysiąc części! Gdzie ty to znalazłaś?
Żeby naprawić gafę, natychmiast wysypał puzzle na podłogę i zmusił gości, by razem złożyli wszystkie tysiąc kawałków. Ponieważ były to jego urodziny, wzięli udział w zabawie, ale nikt nie wykazywał przy tym tyle entuzjazmu co on. Uroczysty poczęstunek skarlał do bufetu samoobsługowego, a towarzyszyły mu co chwila wystosowywane przez gospodarza upomnienia, by imprezowicze nie pobrudzili puzzli umazanymi palcami. Escher tak się zagłębił w zabawę, że nie dostrzegł, jak płynie czas i pierwsi ziewający goście żegnają się o północy. Na koniec zostali już tylko Andi i Martine, którzy wraz z Escherem pełzali po podłodze między rozrzuconymi puzzlami.
Ale i tym ostatnim gościom Escher nie poświęcał zbyt wiele uwagi. Nie rejestrował, że Martine, klęcząc nad przybierającymi coraz bardziej konkretne kształty fragmentami obrazu, wyciąga się w stronę rozrzuconych kawałków w taki sposób, że jej i tak niedające się ukryć powaby wślizgują się pomiędzy podarunek a obdarowanego. Sposób, w jaki z drapieżnym wdziękiem zawisała nad powstającym obrazem, tylko zupełnie prostodusznemu człowiekowi przypominałby ćwiczenie jogi. Co jakiś czas muskała, zamiast powstających dopiero narysowanych dłoni, żywe, już nie za długie, lecz proporcjonalnie zbudowane palce jubilata, to podsuwając mu, to wyrywając z ręki puzzle. Ale wszystko to było na nic. Escher interesował się już tylko coraz bardziej kompletnym tekturowym obrazem z tysiąca części. Dwie dłonie rysujące się wzajemnie, szaleństwo w miarę nasilania konsumpcji alkoholu urastające do przeżycia metafizycznego.
W końcu rozczarowana Martine wyszła z Andim i Andi spytał go nazajutrz, czy dla ich przyjaźni fakt, że oboje wylądowali u niego, będzie problemem.
– No, wiesz – odparł Escher nieco strapiony. – Nie taki był właściwie plan.
Ponieważ jak większość ludzi nie chciał, ot tak, pozbawić się okazji, by poczuć się niesprawiedliwie potraktowanym.
Ale potem rozmyślił się i pokręcił głową:
– E tam. Cieszę się – powiedział. – Wyobraź sobie, o wpół do ósmej rano skończyłem puzzle. Od razu zamówiłem sobie te drugie.
– Jakie drugie?
– Te, co były na obrazku z tyłu pudełka. Wieżę Babel.
Wieża Babel pozostała na wiele lat, mimo licznych nowych nabytków, jego faworytką i ustąpiła miejsca w gruncie rzeczy dopiero Madonnie z długą szyją.
Na oczekiwanie elektryka nie zmarnował jednak żadnej ze swoich głównych atrakcji. Ani Madonny z długą szyją, ani Pogrzebu hrabiego Orgaza, również Ukrzyżowania i gloryfikacji dziesięciu tysięcy męczenników, a już na pewno Ścięcia św. Jana Chrzciciela, ani tym bardziej Autoportretu w sferycznym zwierciadle. Trzeba, jak z ulubionymi piosenkami, uważać, żeby nie pomniejszać ich powabu częstym używaniem. Na parkiecie leżała złożona w całość Wielka fala w Kanagawie, którą pogardzał nie tyle z tego powodu, że zalała cały świat, stając się kiczem, co ze względu na fakt, że miała tylko pięćset części. Być może sięgnięcie po nią było też podświadomie sterowane tym, że Wielka fala jakoś pasowała do elektryka, w końcu prąd w jego kraju nadal pochodził głównie z energii wodnej.
Ale teraz Wielka fala leżała już gotowa, a elektryka nadal nie było. „W ciągu przedpołudnia” – do podania konkretnej pory wizyty kolegi wolano się nie zobowiązywać. Coś takiego oznaczało wielogodzinne czekanie, okraszane narastającą z minuty na minutę obawą, że ostatecznie czeka się na darmo, a fachowiec nie przyjdzie w ogóle. Żeby nie popaść w jeszcze większą niecierpliwość, Escher chwycił za książkę, którą zaczął wieczorem.
Wolf Haas, Luźny kontakt, przeł. Agnieszka Kowaluk, Filtry 2026.