Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Paweł Kozioł, „Azard” (fragment)

8/2025

Leliwa. I dzwoni cicha dusza muzyczna

Cała praca geniusza to uchwycenie chwili

Walery Bagiński

Wypełnił się cykl kolejny, kolejne szczeblowanie. Rodzaj ludzki postawił jeszcze jeden krok na rozciągniętej, lecz nieustępliwie pnącej się w górę spirali, a wtedy poruszyła się i moja truna w wilgotnem łonie cmentarza Montmartre. Ja, com w niej leżał jak na popielisku wypalonego stosu, wzbudziłem w sobie zmysł magnetyzerski, by, wolny od ciężaru ciała, rozejrzeć się po świecie. Przez te lat kilkadziesiąt, przez kilkanaście przebudzeń, doskonaliłem w sobie umiejętność, którą za życia zdradzały sny i poemata. Należało ją tylko skutecznie odwrócić, żeby soki żywotne w kwiat poszły, nie w korzeń, i tym sposobem zacząć pośmiertną pracę.

Bo żywy śniłem i opisywałem glinę i przez krew wyżłobione, tajemne w niej ścieżki. A teraz czynię na odwrót: stąd, spod sklepień ziemi, coraz bystrzej potrafię spoglądać na świat. Wprawdzie teraz Europa ciemną mi się wydaje, bo poczerniały jej domy, zgęstniało powietrze, na zwierciadło marzeń ktoś chuchnął i zamglił szkło, ale nareszcie widzę ją w całości. Wyrastam na obywatela świata, odczytując fale, których za mego życia człowiek jeszcze nie odkrył, a jeśli nawet odkrył, to nie opanował. To będzie przyszłych pokoleń robota. Tymczasem serce moje wie o tem jako pierwsze, ponieważ budzi się napełnione nie krwią, ale subtelnym, eterycznym ośrodkiem. Czuje puls telegrafu w kablu transatlantyckim, rozumie przesyłane nim tysiączne wiadomości. A żem nie zapomniał mowy polskiej w grobie, to w końcu skupia się na czemś, czego na świecie przedtem nie bywało, a co żywi nazwali próbną transmisją. Dochodzi ona z warszawskiego fortu Babice, z miejsca o obrzydliwie charczącej nazwie Transatlantycka Centrala Radiograficzna. Z miejsca, co kłuje niebo żelaznemi wieżami, uczynionemi tak misterną robotą, że w swem jestestwie są prawie przezroczyste. Stamtąd się serce, echowe narzędzie pieśni, dowiaduje, że to nie pierwsza taka próba; siłą zaś sprawczą, stojącą za eksperymentami, jest zmartwychwstałe państwo polskie.

I wtedy, niby drugi Maurycy Beniowski z pieśni, których nie zdążyłem napisać, rozpoczynam żeglugę po falach bardziej sekretnych. Takich, których istnienia nauka i umysł się wyprą, dusza jednakże przyjmie je za swoje, a po niejakiej praktyce pozna ich wiry i prądy, by wprawiać ludzkie umysły w ruch po zadanych trajektoriach. Dusza, Ziemia, planeta, wszystko to plamy na nieskończoności błękicie, a jam jest dla nich lunetą, teleskopem i poruszycielem w jednem.

Mickiewicz, on naprawdę był natchniony, gdy prosił Boga o rząd dusz. Szał wieszczy nie rozumie jednak samego siebie i nie pojmuje czasem, o co prosi. Co więcej, nie rozumie swej wielkiej prośby, nawet gdy ją wyraża najwłaściwszemi słowy. Rząd to są bowiem dwa wyrazy w jednym: po równo władza i posłuszny jej szereg. Prawidła tego posłuszeństwa ciężkie są do pojęcia, więc pierwsze moje starania spaliły na panewce. Dopiero myląc się, dorozumiałem, że dusz szeregu nie ustawisz w chóry, tak żeby jeden głos przez czasy nieskończone jął rezonować z drugim bez błędu ani fałszu. I nie sformujesz z nich karnych czworoboków, które o duszę walczą samą duszą, ogniem niebieskim plując na pancerze. Ta władza jest z dalece subtelniejszej materii: z jaskółczych niepokojów, z niewyraźnych przeczuć, którym poddany może zawierzyć albo nie, ze słów wypowiadanych prędko i z niezachwianą pewnością, chociaż na myśli człowiek miał coś zgoła innego.

Tak rozmawiałem z mężczyzną siedzącym w celi warszawskiego więzienia. Tak z policjantem, który przyszedł go aresztować, ale go w domu nie znalazł. Pierwszemu szeptałem o honorze, i oto z własnej woli (bo szept woli nie tyka, tylko się z nią układa) poszedł na posterunek, aby go pochwycili. Poprzez mury więzienne, dla mnie niematerialne, dyktowałem mu potem rozdzierające zdania, żeby je poumieszczał w listach do żony. Nie o nią jednak chodziło, lecz o bezsenne noce na wąskiej pryczy, gdy przewracając się z boku na bok, biedak obracał je w głowie, jakby od niego samego pochodziły, a w rezultacie na tem kole ogromnem nieustępliwie szlifował sam siebie. I stawał się on takim, jakim miał być: zgorzkniałym, odważnym, czupurnym, prowokującym. Obecnością jaskrawą niczym lilija na bagnie.

Z tym drugim, z policmajstrem, poczynałem sobie inaczej. Wypełniałem mu głowę myślą o winie pierwszego, jakbym piach sypał w puste oczodoły, nie wiedząc, które ziarenko przeważy (nie wiem doprawdy, skąd to porównanie). Aż wreszcie zaczął wierzyć w winę ewidentną, bo potwierdzoną całem zachowaniem. Dumą przeklętą, jaka tamtemu kazała dać się aresztować w dniu, kiedy na ucieczkę był już czas najwyższy. Arogancją, która wystarczyła za wszelkie formalne dowody. Gniewnym wyrazem zaciśniętych ust, zawsze wysoko podniesioną głową.

Był jeszcze trzeci. Zwoje jego mózgu układały się w orzech najtrudniejszy do zgryzienia. Trudno go było uczynić osobą dramatu, bo w czaszce przelewały mu się żywioły mocne, a przy tem w wiecznej pozostające niezgodzie. Ekonomista w okrągłych binoklach. Socjalistyczny poseł coraz bardziej rozczarowany tem, czem dziś stał się nasz kraj odzyskany z okowów trzech zaborców, a potem, to już wiedziałem, powtórnie hordom ze Wschodu wydarty. Pilny czytelnik młodszego, krakowskiego wieszcza, którego dusza jeszcze się do mnie nie ozwała. I jednocześnie wielbiciel na dużo niższem stopniu stojących historii o zbrodniczych tajemnicach, które rozwikłać umie nadzwyczaj jasna myśl, zgoła inna niż jego (chorobą zgubną, mówię, jest melancholia i zamyślenie się zbytnie o rzeczach duszy).

Gadałem więc do tego, z czego był ulepiony, płomienia poszukując w miękkiej glinie. Bo kiedy jednych dusze idą w słońce, a drugich oddalają się na ciemne gwiazdy, to z trzecim dusz rodzajem nie wiadomo, co będzie. Powiew je, delikatny niczym skrzydła motyla, władny jest popchnąć w jedną czy w drugą stronę. I na tym polegała moja duchowa praca. Pobudzałem w nim palące poczucie niesprawiedliwości, podsycałem samouwielbienie. I przede wszystkiem wmawiałem mu chęć czynu, której nie wystarczyły polityczne rozgrywki ani akademicka dyssekcja tego, co z ludźmi czyni pieniądz.

Najtrudniej szło to ostatnie. Bo widziałem go, kiedy do niego przyszła kobieta, więcej: matka, aby się wstawił za jej uwięzionym synem. Chłopak był słaby na umyśle i przez to zszedł był na złą drogę. Koledzy namawiali go na kradzież, więcej dla śmiechu niż dla zysku. Biedak miał udowodnić, że nada się do złodziejskiego fachu, wpierw planując akcję, a potem im przynosząc jakiś fant. I on, głupi, spróbował tego w biały dzień, w bogatem gospodarstwie. Skończył pogryziony przez psy, pobity, a na koniec skazany. Matka, obraz Rollisonowej z Dziadów części trzeciej, choć nazywała się Machniewska, myślała, że poseł Adam Pragier, socjalista, więc z definicji człowiek miękkiego serca, poruszy niebo i ziemię, by chłopakowi pomóc. A on ją prawie wygnał z gabinetu i doradził poszukać dobrego adwokata, jakby kobieta była do tego zdolna, po czym z westchnieniem wrócił do lektury partyjnych dokumentów, zmartwiony, że mu przerwała. 

A przecież właśnie od woli działania zawisły decyzje, jakie mógł podjąć albo i jakich mógł nie podjąć w decydującej chwili. Bez tych decyzyj mój najnowszy dramat, przez nieposłusznych odgrywany aktorów (a są jeszcze dziesiątki statystów, od których potrzebuję wcielenia w życie pojedynczej myśli, choćby ją sami uznawali za nieważną), zasiliłby najwyżej długą listę dzieł, jakich nie zdołałem ukończyć.

A było o co się starać. Szło o stanowisko Polski pośród narodów, które osiągnąć miała nie cierpieniem, ale naśladownictwem rzeczywistych potęg, bo jeśli kraj jest pawiem narodów i papugą, to musi chociaż zważać na to, co powtarza. Dla tej się ciężkiej pracy pragnąłem uczynić i naturalistą, i doktorem, i chemikiem, i pierwszym z polityków, i poznać sposób postępowania ludzi. Bo szło mi o to, co przeczułem niczym w zamąconem, pokrytem ciemnymi liszajami zwierciadle i opisałem w Króla Ducha księdze pierwszej. Szło tu o przemoc niby bezzasadną, niby dotykającą szlachetnych a niewinnych, ale potwierdzającą swoją nagą siłą, że gmach państwa wciąż stoi, a pośród jego tysiącznych kolumn i wiązań mieszka siła władna odcisnąć krwawą pieczęć. Państwo istnieje wtedy, gdy jest winne. Tylko wina nastraja dźwięki ducha tak, że jego strasznej pieśni nie da się uciszyć. A mówiąc prozaicznie: bez tej winy państwo w zderzeniu z zewnętrznemi siłami rozpada się jak plemię nieszczęsnych Wenedów. Tu sen grobowy zmorzył mnie powtórnie, objął mnie niczym płomienie stos Derwida.

Paweł Kozioł, Azard, Wydawnictwo Drzazgi 2025.