Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

P. Kingsnorth, „Wyznania otrzeźwiałego ekologa” (fragment)

1/2024

Pieśń dla lasu

Wspinaliśmy się z wolna na wysoki grzbiet górski – my, dwaj Anglicy, których tu w ogóle nie powinno być (wizyty dziennikarzy są zabronione) i czterej przewodnicy należący do ludu Lani. Oprowadzali nas po wyżynach Papui Zachodniej, gdzie spotykaliśmy się z miejscową ludnością informującą nas o cierpieniach, jakich doznaje za sprawą indonezyjskich okupantów.

Górski grzbiet, jak i pozostałą część terenu, po którym się przemieszczaliśmy, pokrywał stary i głęboki las deszczowy. Dla ludu Lani las ten był domem. Tutaj żyli, polowali, gromadzili pożywienie i mieszkali. Dla nich las nie był źródłem zasobów ani przestrzenią do rekreacji, nie było w nim niczego romantycznego. Niczego, o czym warto by dyskutować. Było za to zwyczajne życie.

Kiedy dotarliśmy na szczyt, ściana drzew rozwarła się, ukazując naszym oczom ciągnące się aż po horyzont nieprzerwane pasmo zielonych wzniesień. Widok ten zapierał dech w piersiach. W chwili gdy na to patrzyłem, nasi przewodnicy ustawili się wzdłuż grzbietu i zwracając się w kierunku gór, zaczęli śpiewać. Śpiewali pieśń dla lasu, której słów nie rozumiałem, natomiast sens stał się dla mnie dostatecznie jasny. Była to pieśń dziękczynna, pieśń przynależności.

Jak się później dowiedziałem, dla ludu Lani las był czymś żywym, i to w znaczeniu dosłownym. Miejsce, w którym mieszkali od tysiącleci, nie stanowiło dla nich jakiegoś biernego otoczenia albo zwykłego tła dla ludzkich działań – ono było ich częścią. Las to wspaniały byt, a życie jako jego część oznacza uczestniczenie w nieustannej wymianie z nim. Tak więc śpiewało się dla niego pieśni, a on niekiedy odpowiadał.

Kiedy Europejczyk doświadcza tego rodzaju rzeczy, nigdy nie ma pewności, jak należy zareagować. Minęło tak wiele czasu od kiedy my, ludzie Zachodu, straciliśmy poczucie bycia częścią żyjącego krajobrazu, że brakuje nam słów, które stanowiłyby ramę dla tego rodzaju doświadczeń. Nazbyt często idzie to w jednym z dwóch kierunków: tkliwości albo odrzucenia owych doświadczeń z racji skojarzeń z zabobonami.

Uważamy, że tereny dzikie (o ile w ogóle jakieś zostały) to zasób, który należy wykorzystać, a spór dotyczy zwykle wyboru najlepszej metody – wyciąć je czy może przekształcić w park narodowy? Tylko osoby najodważniejsze albo naiwne byłyby skłonne zasugerować, że może to nie my powinniśmy podejmować tego typu decyzje. Dla współczesnego człowieka świat, w którym żyje, nie jest zwierzęciem, bytem ani czymś żywym. Świat jest maszyną, a naszym zadaniem jest nauczenie się, jak funkcjonuje, aby lepiej wykorzystać go do ludzkich celów.

Koncepcję, że świat pozaludzki w większości jest nieożywiony, często prezentuje się jako naukową bądź racjonalną, ale w rzeczywistości przypomina ona raczej nowoczesny zabobon. Jak powiedział Mark Twain: „Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme tylko dlatego, że są nieme dla jego tępej percepcji”. To samo zdołalibyśmy powiedzieć o lesie, ale – co ciekawe – w tym przypadku nauka mogłaby stać się naszym sprzymierzeńcem.

Kilka badań przeprowadzonych w ostatnich latach pokazało, że rośliny potrafią się ze sobą komunikować w sposób wskazujący na pewien stopień samoświadomości. Aby ostrzec przed atakami insektów, uwalniają feromony, a inne rośliny na to reagują. Porozumiewają się ze sobą za pośrednictwem impulsów elektrycznych podobnych do tych z układu nerwowego zwierząt. Wysyłają powietrzne SOS do owadzich drapieżników żywiących się właśnie roślinożercami, aby napastnicy poczuli się zagrożeni.

Z kolei pod ziemią znajdujemy grzybnie, czyli wielkie grzybowe sieci łączące się z korzeniami tysięcy roślin i drzew. Im więcej o nich wiemy, tym bardziej intrygują. Kiedyś sądzono, że grzybnie służą prostej wymianie składników odżywczych, natomiast teraz zaczynają przypominać one skomplikowany system komunikacji pomiędzy roślinami. Mykolog Paul Stamets, który poświęcił wiele lat życia na badanie grzybni, nazywa je „grzybową świadomością zbiorową”. Z kolei ekolog Stephan Harding wierzy, że posiadają one „niesamowitą inteligencję, a na dodatek osobliwe poczucie własnego Ja”.

Niby-świecki Zachód wciąż tkwi przy zaczerpniętej z religii abrahamowych idei, która mówi, że świadomość albo dusza jest rzeczą przynależną wyłącznie ludziom, a to daje nam prawo i obowiązek sprawowania władzy nad światem. Tymczasem naukowcy badający świadomość roślin i zwierząt przy wykorzystaniu bardzo nowoczesnych środków mogliby cofnąć nas do dawniejszych sposobów postrzegania rzeczywistości. Prymitywni dzicy, którzy śpiewają pieśń dla lasu, okazaliby się wówczas wcale nie tak prymitywni ani wcale nie tacy dzicy. Może po prostu wciąż przechowują wiedzę, o której skoncentrowany na sobie miejski lud dawno zapomniał. Wiedza ta mówi, że las naprawdę żyje, w dodatku nie tylko on. Świat ożywiony, który nas otacza, mógłby się okazać o wiele bardziej rozumny, przytomny, świadomy i wzajemnie powiązany, niż pozwolilibyśmy sobie sądzić.

Jako pisarz zastanawiam się, jak wyglądałaby nasza literatura, gdybyśmy na serio przyjęli tego typu idee. Przede wszystkim ciekawi mnie, jak prezentowałaby się nasza beletrystyka, nasze narracje. Jedne opisywałaby świat jako maszynę, a inne świat żywy i świadomy. Ten drugi przypadek był zapewne aksjomatem dla większości kultur w dziejach świata. Tymczasem pierwsza na dobre zakorzeniła się jedynie w naszej postoświeceniowej i industrialnej kulturze Zachodu, która obecnie staje się kulturą globalną. Efekty tej narracji, a więc zmiany klimatyczne, masowe wymieranie, fermy przemysłowe i cała litania innych tego typu okropieństw to dostatecznie dużo, aby postawić sobie pytanie, czy to kwestia złej konstrukcji, złego przekazu, czy może cała ta narracja jest po prostu zła.

Jak zachodni pisarze snują swoje narracje na początku XXI wieku? Robią to głównie za sprawą powieści. Mimo że globalny kapitalizm oraz Internet, który mu tak dzielnie służy, powoli wykańczają tradycyjnie pojmowane życie literackie, to jednak nic jeszcze nie zastąpiło powieści jako podstawowej formy przekazywania dłuższych, spisanych narracji. Słusznie czy niesłusznie, jednak nadal serio traktujemy powieści i ciągle je czytamy. Niektórzy z nas wciąż je piszą, choć nie zawsze wiadomo, po co.

Cóż one nam przekazują? Powieść jest wytworem zachodniego indywidualizmu, a pełnię znaczenia uzyskała wraz z rozwojem burżuazji, imperium, miast, nauki, rozumu, wzrostem światowej wymiany towarowej i wzrostem znaczenia człowieka jako głównej postaci tego globalnego dramatu. Społeczeństwo, które ofiarowało nam wizję świata będącego biernym tłem ludzkich działań, dało nam również powieść służącą oddaniu tej narracji.

Większość klasycznych dzieł tworzących kanon literatury Zachodu dotyczy analizy ludzkiej psychiki albo relacji pomiędzy niewielką grupą osób a resztą społeczeństwa. Bada się w nich rozum jednostek, ale co z rozumem samego świata i sposobem, w jaki się przejawia? Skoro świadomość, samowiedza, uczucia, nie mówiąc już o samym życiu, sięgają daleko poza sferę człowieka, to dlaczego w powieściach nadal przedstawia się go, jakby był jedynym aktorem tego przedstawienia? Po co kolejny raz przekopywać tę samą wyjałowioną glebę? Jak dla odmiany wyglądałaby powieść napisana przez kogoś, kto śpiewa pieśń dla lasu i wierzy, że ten mu odpowie?

Robert Graves w swoim poetyckim manifeście Biała Bogini pisał, że rolą nowoczesnej poezji jest obnażanie efektów oderwania się człowieka od pozostałej części świata natury:

Kiedyś poezja niosła człowiekowi ostrzeżenie, że ma zachowywać harmonię z rodziną istot żywych, w której przyszedł na świat […], teraz jej rolą jest przypominanie mu, iż zlekceważył to ostrzeżenie, wywracając domostwo do góry nogami skutkiem swych niesfornych eksperymentów w dziedzinie filozofii, nauki i przemysłu, co sprowadziło ruinę na niego i jego rodzinę.

Jeśli prawda ta dotyczy poezji, to beletrystyki również. Być może za jakieś sto lat pewni krytycy literaccy, wciąż wierni swoim stanowiskom w obliczu wzrostu poziomu mórz, będą patrzeć na pisane przez nas dzieła jak na użyteczne zapisy historyczne, które rejestrowały szaleństwo naszego społeczeństwa. Odcięliśmy się bowiem od wszystkiego, co żywe, a nawet nie wierzymy, że to jest żywe, przez co pozostało nam tylko komunikowanie się z samymi sobą. Położyliśmy kres „wspaniałej rozmowie” pomiędzy ludźmi a innymi formami życia, by użyć zwrotu zapożyczonego z twórczości Thomasa Berry’ego. Staliśmy się narcyzami zagrzebanymi w miastach, którzy patrzą na swoje ekrany, widzą w nich własne odbicia i są przekonani, że niczego więcej nie ma. Tymczasem gdzieś na zewnątrz pada kolejny las, topią się pokrywy lodowe, giną koralowce, proces wymierania nabiera tempa, a my, niepomni tego, co się dzieje, piszemy listy miłosne skierowane do nas samych.

Paul Kingsnorth, Wyznania otrzeźwiałego ekologa, przeł. Tomasz Sikora, Ha!art 2024.