Pragnienie wyjątkowości u Marka Glanca można datować na okres dzieciństwa. Uważał na przykład, że gdy jako pierwszy w grupie przedszkolnej zje obiad, wygra. Jadł więc szybko, podczas gdy dzieci przy stoliku zdawały się zastygać w nieskończonej modlitwie nad znienawidzoną szczawiową. A on, po niespełna minucie, odsuwał od siebie kciukami pusty talerz, na którym lądowała z hukiem łyżka – aby wszyscy mogli odnotować ten fakt – i czekał na drugie danie z dłońmi równo ułożonymi przy talerzu. Dzieci bagatelizowały niedostępną dla nich szybkość jedzenia zupy i nie zamierzały uznawać go za zwycięzcę w jakichkolwiek zawodach. Obrzucały go za to zgorszonymi spojrzeniami, gdyż to nie one, a on miał już tę część obiadu za sobą i na dodatek, jakby tego było mało, uśmiechał się w stronę stołu, przy którym swój obiad jadły wychowawczynie. Jednak i od nich Marek nie mógł doczekać się uznania ani choćby najmniejszej pochwały. Spływały za to na niego, zwykle w formie żartu, choć wymawiane podniesionym tonem przestrogi: żeby nie jadł tak szybko, bo może się zakrztusić albo poparzyć. I myślały o jego mamie, której dynamika bycia wydawała się pokrywać z tempem spożywania obiadów przez synka. Wpadała po chłopca kilka minut przed siedemnastą, zwykle jako ostatnia z rodziców, sprawiała wrażenie zaaferowanej tysiącem niezwykle ważnych spraw i rzucała niezobowiązujące „wybaczcie, kochane!”. W zimie imponowała płaszczem z najprawdziwszej wełny, z którym idealnie komponował się nonszalancko zarzucony szal, a lśniące włosy, wychodzące zadziornie spod czapki z lisa, sprawiały, że wychowawczynie zaczynały niepewnie gładzić swoje przyklapnięte całym dniem fryzury. W lecie mama Marka czarowała zwiewnymi sukienkami, o których można było tylko pomarzyć, chyba że ktoś miał dostęp do luksusowych materiałów, wykrojów z niemieckiej „Burdy” i maszyny do szycia. Trudno było zgrać te trzy rzeczy, tym bardziej że potrzebna była jeszcze czwarta – umiejętność szycia, bo krawcowe, które przyjmowały takie zlecenia, były cenowo niedostępne dla zarabiających grosze nauczycielek z wrocławskiego Przedszkola nr 14. Wrażenie robił też na nauczycielkach ojciec chłopca, właściciel czerwonego Fiata 125p, postawny szatyn w prochowcu koloru kawy z mlekiem (okres wiosenno‑letni) albo w dwurzędowym kożuchu przed kolano (jesień‑zima). Przywoził synka do przedszkola chwilę przed ósmą i, odwrotnie niż inni rodzice, pozwalał mu rozbierać się samodzielnie. Stawał w drzwiach szatni i patrzył na coraz lepiej radzącego sobie ze sznurówkami chłopca, obserwował, jak wkłada buty do szafki, odchodzi na krok, mierzy wzrokiem ich układ i poprawia tak, by stały równo jeden przy drugim. „Dobrego dnia, synu!” – żegnał się i wychodził, zostawiając za sobą rodziców zaaferowanych nieporadnymi dzieciakami oraz woń francuskiej wody kolońskiej.
Rodzice pracowali w kulturze i sztuce (sami tak o sobie mówili). Mama, kulturoznawczyni, była redaktorką w dziale kulturalnym „Wieczoru Wrocławia” i z racji zawodu dużo bywała. Spektakle, seanse filmowe, wystawy. Rozmowy z ciekawymi ludźmi. Poezja, proza, dramat. W wiecznym niedoczasie. Zdarzało się, że od rana biegała po mieście, a do redakcji wpadała na koniec dnia, by napisać artykuł.
– Wykończę się przez tę kulturę! – mówiła. – Gdyby czytelnicy wiedzieli, że spokój i swego rodzaju powolność w malarstwie Meinderta Hobbemy, o którym piszę większy tekst, podszyta jest pośpiechem i zupełnym już oderwaniem od rodziny, od dziecka, inacze spojrzeliby na sztukę w ogóle. Czytelnik widzi tylko czubek tej góry, a nie zastanawia się, kto ją dźwiga, w celach popularyzacji, na swoich barkach!
Mimo to lubiła swoją pracę i ceniła kontakt z rozlicznymi osobami reprezentującymi pełne spektrum działań artystycznych.
Dużo spokojniejszy etat miał jej mąż. Jako zastępca dyrektora w Muzeum Narodowym, co prawda tylko do spraw technicznych, co zwykle pomijał w rozmowach, nie mógł narzekać na ogrom obowiązków, które w większości cedował na podwładnych. Ciepła w istocie posadka w osobnym gabinecie sprawiała, że był zadowolony z dobrze płatnego stanowiska i swego rodzaju prestiżu wiążącego się przecież z obcowaniem ze sztuką w najlepszym wydaniu.
Synowi, jedynakowi, poświęcali uwagę i dawali odczuć, że jest kimś wyjątkowym. Cokolwiek zrobił, był chwalony, nawet gdy nie było czego chwalić. Pierwsze rysunki kredkami Bambino zwiastowały talent na miarę Wyspiańskiego, a koń z masy gazetowej był kwintesencją dynamiki i witalności spod znaku Henry’ego Moore’a. Chłopiec nigdy nie słyszał od rodziców uwag krytycznych, więc siłą rzeczy sam zaczął uważać się za kogoś niepowtarzalnego, zwłaszcza na polu plastyki. Rozumiał zresztą, że jeśli cokolwiek chce osiągnąć, musi dużo pracować. Gorzej było z zajęciami typowymi dla chłopców w jego wieku. Na boisku był powolny, a gdy już dostał piłkę, nie trafiał w nią jak należy, co sprawiło, że szybko przestano go wybierać do podwórkowej drużyny. Nie przejmował się tym, gdyż grę w piłkę traktował jako zajęcie poboczne, a z czasem uznał za w ogóle niegodne jego innych talentów. Na biegających za piłką kolegów patrzył z okna mieszkania z wyraźnym lekceważeniem. Zresztą w jego domu nie było sportowych tradycji. Chyba że do sportu, a jest nim przecież szeroko pojęty ruch, zaliczyć spacery, których amatorami byli rodzice. W każdą niedzielę, zaraz po obiedzie (broń Boże rosole albo kurczaku!) jechali czerwonym Fiatem 125p na wały przeciwpowodziowe, szli co najmniej godzinę, robili przerwę, w milczeniu patrzyli przed siebie, za wodę, w las, i wracali. Samo chodzenie wzdłuż Odry nie było dla chłopca męczące, jednak szybko zaczęło go nudzić. Mama więc opowiadała mu historie, dzięki którym mógł oderwać się od nic niewnoszącej do jego świata wędrówki. Z wypiekami na twarzy słuchał mitów według Parandowskiego, przygód Sindbada Żeglarza i, wtedy chwytał mamę za rękę, opowieści z Demona ruchu Grabińskiego. Mama opowiadała mu też o sztuce, więc jako dwunastolatek potrafił wymienić cenionych przez nią malarzy z Picassem na czele oraz ich najważniejsze obrazy, znał ulubionych poetów mamy, wiedział, kim jest Miłosz, kim Broniewski, i z autentycznym zapałem recytował ich poezję. Raz, w zastępstwie za koleżankę, która zaniemogła na chwilę przed swoim występem na szkolnej gali z okazji Narodowego Święta Niepodległości, w sposób kipiący wręcz dramatyzmem, który sprawił, że dyrektorce zaszkliły się oczy, wygłosił Który skrzywdziłeś. Był rok 1988 i nikt już nie zwracał uwagi na łzy płynące po twarzach dyrektorów publicznych placówek ani nie dociekał ich prawomyślności. Jak na absolwenta podstawówki wiedział naprawdę dużo.
W liceum zaangażował się w prace nad nowo powstałym pismem „Uczniak”. Nie interesowało go jednak pisanie artykułów „z życia szkoły”. Zgłosił się do prowadzenia kącika rozrywkowego, który zatytułował „Po godzinach”. Wymyślał zabawne historie i przeprowadzał wywiady z nieistniejącymi osobami. Jeden z nich, o marzeniach, stał się hitem czerwcowego
„Uczniaka”. Zwłaszcza czytelniczki doceniły wrażliwość, z jaką podszedł do tematu, i wyobrażały sobie siebie w roli wyssanej z redaktorskiego palca rozmówczyni.
– Lubię sobie pomarzyć. To nie wymaga jakichś specjalnych warunków. Ot, znajduję sobie wygodne miejsce i daję się porwać marzeniom.
– O czym pani najczęściej marzy?
– Nie ma w moich marzeniach kategorii częstości, bo nie ma też powtarzalności. Wczoraj na przykład marzyłam o sukience od Hugo Bossa, ale o takiej, której jeszcze nie ma, o takiej, którą zaprojektowałby specjalnie dla mnie, co jest już oczywiście niemożliwe, i zobaczyłam się w tej sukience w metrze, i marzyłam o tym, że nikt nie zwraca na tę sukienkę uwagi, marzyłam, że to w ogóle nie jest dla świata ważne, jakie kto nosi sukienki, lecz zaraz przypomniało mi się, że jest koniec miesiąca i kończą mi się oszczędności, więc zamarzyłam o takiej sytuacji, że nie muszę o tych środkach myśleć, że wszystko, co podstawowe i potrzebne do życia, jest nieskończenie płynne i zawsze dostępne, i znowu wróciło to marzenie z sukienką od Hugo Bossa, bo to się tak w jednym cyklu przeplata, i ujrzałam się w tej sukience raz jeszcze, ale z tą nieskończoną już płynnością, jak zapraszam przyjaciółkę do tej restauracji, w której dają najlepsze w mieście szparagi, i jak te szparagi jemy bez sztućców, i masło cieknie nam po rękach, i zatrzymuje się w tym miejscu, gdzie łokcie stykają się z obrusem, jemy i w ogóle nie czujemy przesytu, a później wino, pijemy białe wino i nie czujemy upojenia, a na koniec kelner przynosi rachunek i sięgam do portfela, a tam pusto, więc ciarki mi przechodzą po plecach, boję się nie na żarty, co to będzie, lecz kelner wskazuje na guzik przy mankiecie rękawa mojej sukienki od Hugo Bossa i mówi: daj mi ten guzik, a ja ureguluję rachunek, i podaje nóż sprężynowy obłożony perłową macicą w kolorze butelkowej zieleni, a ja zwalniam blokadę, dźwięk wysuwającego się ostrza jest taki sam jak zawsze, błyskawiczny, metaliczny, i odcinam guzik, i kładę mu na tackę, a potem, bez wahania, odcinam guzik z drugiego mankietu, żeby było symetrycznie, i również kładę na tackę, a kelner, nieco zawstydzony, kłania się w pas i dziękuje za hojny napiwek.
– Piękne marzenie – powiedziałem.
– Tak. – Kobieta się zamyśliła. – Tam naprawdę są najlepsze szparagi w mieście. Proszę kiedyś spróbować.
– Na pewno. – Ukłoniłem się i odszedłem, zostawiając kobietę z jej marzeniami.