II
Mogło być tak wpół do drugiej, gdy cygańska kapela zebrała się do drogi i ruszyła w wiosenną noc. Marzec tego roku był łagodny. Laji Pongrácz kroczył z przodu, jak to wypada pierwszemu skrzypkowi, z podniesionym przy policzkach futrzanym kołnierzem i z drogimi skrzypcami pod pachą, także w miękkim okryciu; na samym zaś końcu kuśtykał człowiek niosący na plecach cymbały, mocno pochylony pod ciężarem instrumentu. Za nimi podążała dorożka, do której wpakowano stół i sześć krzeseł, na kozła zaś wdrapał się jeden z kelnerów – trzymał na kolanach kosz z wieloma kieliszkami, a pomiędzy nogami ściskał z dziesięć butelek szampana, dwie flaszki koniaku oraz blaszane wiadro z lodem. Pochód zamykało dwóch miejskich policjantów.
Wezwano ich tutaj z ratusza, obowiązywał bowiem przepis, że nocne granie należy zgłosić, prosząc przy tym o oddelegowanie do niego policjantów.
Kiedy grupa muzyków skręciła w ulicę Egyetem, z hotelowej sali wyszli na zewnątrz organizatorzy serenady. Na przedzie, trzymając się za ramiona, jeden wysoki oraz jeden niski młodzieniec: Ádám Alvinczy i Pityu Kendy.
Oni bardzo się zbratali, odkąd – będzie już ponad rok – bez najmniejszych widoków zakochali się w Adrienne Milóth. A ponieważ dzielony smutek łatwiej jest znieść, zawsze przestawali w swoim towarzystwie i jeśli wlali w siebie wystarczająco dużo alkoholu, rozwlekle tłumaczyli, jak straszliwie cierpią. Dobrze się nad sobą nawzajem poużalali, nim po wypiciu odpo-
wiedniej ilości trunków wybrali się w końcu do domu. I tak dzień w dzień.
Teraz też omawiali swoją biedę, nie szczędząc przy tym słów.
Za nimi szło trzech innych. Z prawej strony Gazsi Kadacsay, który aktywnie służył u cesarsko-królewskich huzarów w Brassó, ale teraz, jako że znów był na urlopie, co zdarzało się nader często, chodził ubrany po cywilnemu – miał na sobie krótki kożuszek, a na głowie znoszoną czapkę z barana, przekrzywioną na bakier. Z lewej strony Ákos, najmłodszy z Al-
vinczych. Tak oto prowadzili oni idącego pośrodku Ambrusa Kendyego, przywódcę młodzieży. I z obu stron przypochlebiali mu się gorliwie, bo to przecież wielka rzecz, że wuj Ambrus nie miał oporów, by przerwać pyszną zabawę z kapelą cygańską i teraz towarzyszyć im w obchodzie z serenadami. Gdyby zaoponował, to oni żadną miarą nie mogliby mu podebrać cygańskiej kapeli. Ledwie zresztą odważyli się poruszyć ten temat.
Bardzo ich uradowało to, że wuj Ambrus natychmiast przystał na ten pomysł:
– A niech tam, kto by, do cholery, żałował! – powiedział. – No to pójdę z wami i ja, a przecież widzę po waszych nozdrzach, że daleko chcecie mnie poprowadzić. Co nie?! Wy łobuzy! Oczywiście, że daleko! Oczywiście, że do tej pięknotki! Do willi Uzdych, co? Do Adrienne Milóth, tam! No dobrze, pójdę z wami i tam, choć ja zwykłem raczej wewnątrz grywać kobietom na dudach niż z zewnątrz rzępolić im na skrzypcach!
Po czym przeciągle zaświszczał: „Hii-ji-ji-jii!”, i zacierając potężne dłonie, jak czynią w czardaszu chłopscy kawalerzy, zachichotał przy tym sprośnie.
Młodzieńcy kazali więc dzisiaj targać za sobą krzesło, tak żeby wuj Ambrus nie musiał stać, bo wiedzieli, iż on tego nie lubi, a skoro jest jedno krzesło, to niech będzie ich więcej, a skoro są krzesła, to niech będzie i stół, a skoro jest stół, no to niech będzie też szampan.
Bywało tak już kilka razy, choć wciąż wyjątkowo.
Szóstym, który szedł z nimi, był László Gyerőffy. On tylko się wałęsał z boku, niczym dodatkowy koń obok zaprzęgu. W ciemności nadal wyglądał bardzo elegancko. W źle oświetlonej ulicy nie było widać, na ile pomięte miał z lekka znoszone, acz dobrze skrojone wierzchnie okrycie ani że nosił pochodzący z Londynu kapelusz w typie lob z uszkodzoną główką. W tym angielskim ubraniu Gyerőffy prezentował się tak okazale, jak niegdyś w okresie świetności, kiedy był wodzirejem w Peszcie – przed rokiem i także dwa lata wcześniej, zanim zniszczyły go karty, w wyniku czego musiał wystąpić ze stołecznych klubów. Z wyglądu się nie zmienił, tylko po jego zachowaniu dawało się to wszystko wyczuć – po tym nieco nieśmiałym, uległym sposobie bycia, na przykład gdy zajmował miejsce przy końcu stołu lub gdy przychodził jedynie na wyraźne zaproszenie, albo też gdy brał za zaszczyt czyjeś zainteresowanie jego osobą. Kiedy go jednak mocno spito, postępował zupełnie inaczej. Nieoczekiwanie wychodziła zeń jakaś dziwna buta, jakaś pobudzona ambicja: w takich chwilach głowę nosił wysoko, kapelusz odsuwał w tył i z każdym, kimkolwiek on był, rozmawiał lekceważąco, pogardliwym tonem i nader z góry. Teraz tak nie było – jeszcze nie wypił dostatecznie dużo. Teraz szedł skromnie, trzymając się na uboczu, czasem nawet pozostając nieco w tyle.
Pierwszy postój odbyli na ulicy Kül-Torda. Tam, w domu opartym o dawne mury obronne, rezydowała stara Kamuthyowa, u której mieszkały jej
wnuczki. Trzeba było jednak dostać się na dziedziniec, bo na tę stronę wychodziło ich okno. Tu Ákos Alvinczy kazał zagrać dla młodszej panny jej ulubioną piosenkę oraz swoją, potem parę walców i jeszcze dwie melodie nie do śpiewania, lecz do słuchania w milczeniu, a gdy w oknie pojawiło się światło świecy, sygnalizujące, że serenada jest słuchana, również żywiołowego czardasza. Potem towarzystwo ruszyło dalej. Kolejny przystanek zrobiono na ulicy Monostori, przed domem Jenőwej Laczók. Tutaj na chodniku rozłożono obozowisko. Zdjęto z powozu stół, wokół którego zasiedli następnie
Ambrus i jego kompani, wszyscy mocno popijali i stukali się kieliszkami, stał jedynie baron Gazsi przed cygańską kapelą, jako że to on wydawał tu dyspozycje muzykom. Jeśli był trzeźwy, to nigdy, ale jeśli był pijany, święcie wierzył, że jest śmiertelnie zakochany w Idus Laczók. Zarządzał, które piosenki grać rzewnie, a sam w tym czasie raz po raz zerkał w górę na pojaśniałe okno i przechyliwszy nos jak u dzięcioła, znakomicie przedstawiał miłosną tęsknotę.
Nieopodal bramy wykonanej z żelaznej kraty kucharka z sąsiedniego domu miała akurat wypuszczać swojego żołnierza. Usłyszawszy piękną muzykę, oboje przyczaili się tam przy kamiennym słupie. Policjanci już chcieli na nich warknąć, ale zobaczywszy, że spokojnie stoją w ciemności i nie przeszkadzają, nie zwrócili im uwagi.
Wraz z końcem serenady wszyscy ruszyli z powrotem ulicą Monostori. Do willi Uzdych musieli przejść ze trzysta, czterysta metrów, co w Kolozsvárze uznaje się za dużą odległość, lecz przecież nie istnieje tak wielka ofiara, której zakochane serce nie złożyłoby dla uwielbianej kobiety. Spo-
śród zamawiających muzykę aż trzech żywiło takie właśnie uczucia do Pálowej Uzdy, Adrienne Milóth. Ádám i Pityu już od dawna, co było też powszechnie wiadome, a ostatnio także wuj Ambrus, choć on to bardzo skrywał. Dotychczas znany był ze swego powodzenia u kobiet. Z tym nosem wykrojonym jak u sokoła i z tymi zwisającymi brązowymi wąsami reprezentował ów typ męskiej urody, na którego widok służące aż piszczały, gdy spotkały Ambrusa na schodach. Zawsze dobrze mu się wiodło, aczkolwiek jego podboje wcale nie były podbojami, lecz półgodzinnymi przygodami w rodzaju „zróbmy to prędko!”, do czego nie trzeba było nic prócz sposobności i kanapy. Od lat młodzieńczych nigdy i z niczyjego powodu nie zabiło mu mocniej serce, a on sam wierzył dotąd, że każda kobieta będzie natychmiast jego, jeśli tylko on jej zapragnie.
Fakt, że zresztą nie próbował z takimi, które pierwsze nie wyszły z inicjatywą.
Adrienne do tej pory w ogóle nie zauważał. Od lat bywali w tym samym towarzystwie; niezliczoną ilość razy tańczył z nią, jadł kolację, zajmując miejsce niedaleko niej, ale Adrienne z tą jej dziewczęcą aparycją, wysmukłą szyją, z tym jej chłodno odmownym sposobem bycia, za pomocą którego trzymała z dala od siebie wszelkie dwuznaczne rozmowy, nie interesowała wuja Ambrusa.
Nieświadomie wyczuwał, że nie jest jeszcze w pełni kobietą, choć ma męża i dziecko, wyczuwał, że jest inna niż kobiety, do których przywykł. Dlatego do tej pory uważał Ádáma Alvinczyego i Pityu Kendyego, jawnie się w niej kochających, za osłów. To jednak teraz, gdy ponownie ujrzał Adrienne podczas tegorocznego karnawału, zmieniło się gwałtownie.
*
W czym Adrienne była inna niż dotąd, ledwie da się wyrazić. Także dotychczas zachowywała się z chłodną kokieterią, lubiła żartować ze swoich adoratorów, niekiedy nawet przysporzyć im cierpienia. Właściwie zabawiała się nimi, zupełnie jakby byli pozbawionymi uczuć, ale przynoszącymi rozrywkę marionetkami. Nieświadoma gra, czysto instynktowna, jak w tej bajce, gdzie olbrzymka wrzuca liliputów do swego fartucha, nic a nic nie podejrzewając,
że i oni są wrażliwymi ludźmi. Bardzo krótko trzymała ich Adrienne. Nie dopuszczała żadnego dwuznacznego słowa, żadnego podtekstu o pożądaniu czy pocałunku ani nie tolerowała bezpośredniego komplementu bądź aluzji do swojej skóry, ciała, urody. I tak pozostało to również obecnie. Zdawało się jednak, iż teraz jest w niej więcej współczucia oraz wyrozumiałości, wynikających być może z doświadczenia, i wprawdzie nadal zabraniała wszystkiego, co miało odniesienia seksualne, ale obecnie zakaz ten nie brał się z niezaznania miłości, jak było przedtem, lecz z uznania miłości za uczucie wręcz nadrzędne, święte, za coś, do czego nie wolno apelować, bo słowa to bezczeszczą.
Jej adoratorzy i teraz byli tylko marionetkami – a jakże! – ale już nie przedmiotami pozbawionymi uczuć, byli istotami niższego rzędu, które nie mają najmniejszego pojęcia, o czym tak naprawdę mówią, i jeśli cierpią, to ich cierpienie jest malutkie, a jeśli pragną, to ich pragnienie jest małostkowym i banalnym pożądaniem, dlatego trzeba się nad nimi ulitować,
wysłuchać ich skargi, pocieszyć jednym i drugim zdaniem, lecz brać ich na poważnie?!… Cóż tacy wiedzą o tym, co ona wie, co ona przeżyła.
To, co przeżyła minionego lata, przez ten krótki miesiąc, gdy towarzyszyła siostrom w Wenecji, w trakcie tamtych czterech tygodni, gdy z każdym świtem przybliżała się o krok ku śmierci, gdy szła naprzeciw niej z podniesioną głową i szczęśliwa, jakby niosła w dłoniach swoje czerwone serce – w radosnej ofierze, z czarującym wdziękiem dopełnionej kobiecości. To, że się nie zabiła przed wyjazdem do domu, jak planowała, lecz wróciła, wróciła do męża, którego się bała i którego nienawidziła, to, że żyła z nim dalej, było jej ofiarą. Ceną, jaką trzeba zapłacić, żeby swego ukochanego ocalić dla życia. Chętnie przystałaby na własną śmierć, ale nie na śmierć swego partnera – na to nie mogła się zgodzić. Bo przecież i on by się zabił, gdyby ona to uczyniła. No więc dlatego wróciła. W sercu zachowała wspomnienie, które potwierdzało, jak sądziła, że przeżyła wszelki ból i wszelkie szczęście, rozkosz i śmierć, a skoro posiadła ten sekret, wszystko inne stało się w jej oczach szare i powszednie, tanie i ubogie. Dlatego z uśmiechem naznaczonym wyrozumiałością, i nieco też politowaniem, słuchała żałosnych skarg Ádáma Alvinczyego bądź Istvána Kendyego, Pityu, traktując obu zupełnie jak dzieci, pocieszane, gdy się uderzą o coś w czoło.
W kwestii dramatu, który Adrienne przeżyła w Wenecji, być może jej młodsza siostra, Margit Milóth, coś podejrzewała, ale i ona snuła jedynie przypuszczenia, bo choć była dziewczynką z ochotą oddającą się obserwacjom, to i ona raczej nic konkretnego nie wiedziała, inni zaś – kompletnie nic.
Także w wyglądzie zewnętrznym Adrienne ledwie pojawiła się zmiana. Jej postać rysowała się smukle i ostro niczym antyczny grecki posąg, ale jej ramiona bardziej się zaokrągliły, zagłębienie ponad obojczykami, które dotąd czyniło ją tak dziewczęcą, gdy miała na sobie suknię wieczorową, teraz się wypełniło, alabastrowa skóra zaś lśniła, jeszcze gładsza, podobnie jak u kobiet w pełni dojrzałych, jak gdyby spod tej skóry przebłyskiwało na zewnątrz przejrzyste światło. Już nie skrywała siebie pod boa albo chustą, jak czynią chude dziewczątka i jak dotychczas czyniła to również ona sama, jeśli męskie spojrzenie zabłądziło na jej szyję. Z niejaką pogardą przyzwalała, by ją podziwiano, piękne kobiety prezentują bowiem swe budzące pożądliwość ramiona, jakby to była ich zbroja. Niegdyś rycerze
w taki sposób nosili srebrny pancerz.
Nikt nie dostrzegał tego wystarczająco jasno – Ádám i Pityu po prostu durzyli się w Adrienne jeszcze bardziej, a wuj Ambrus wyczuł to instynktownie i zaczął ją adorować. Sądził, że raz, dwa dotrze do celu. Najpierw przystąpił do działania swoją normalną, intencjonalnie wieśniacką metodą, ale jako że Adrienne usadziła go bezzwłocznie, zrobił się uległy, stawał się coraz bardziej potulny, próbował działać inaczej, uniżając się i okazując czułostkowość. W stosunku do Pálowej Uzdy całkiem się wyzbył dotychczasowego sposobu zachowania. Odgrywał teraz wiernego owczarka, oczywiście tylko wobec Adrienne, bo tak poza tym, już choćby i z powodu
własnego autorytetu, musiał podtrzymywać pozę, z której był znany, sławę mężczyzny poskramiającego każdą kobietę i usidlającego mężatki. Dlatego przed grupką zapatrzonych weń młodzieńców rzucał jedno i drugie słowo, by uwierzyli, iż nie po próżnicy kręci się wokół „tej słodziutkiej młodej mężatki” i się do niej umizguje.
Główny budynek rezydencji Uzdych stał oddzielnie za rozciągającym się od frontu dość dużym ogrodem, jednakże muzykujące towarzystwo skręciło dalej za willę, ponieważ Adrienne mieszkała w parterowym skrzydle z tyłu. Całe grono przemaszerowało niemalże na sam koniec domu i właśnie tam się ulokowało, jako że jej sypialnia według wiedzy młodzieńców znajdowała się za ostatnim łukiem sklepienia korytarza.
Podeszli tam wszyscy, skradając się na palcach; dyspozycje wydawali szeptem, nawet kontrabasista ogromnie uważał, żeby przypadkiem nie stuknąć w coś swoim instrumentem, ponieważ prawo dotyczące serenad stanowiło, iż tylko muzyka, nie żaden inny hałas, może obudzić śpiący dom. W wielkim zatem skupieniu ściągnięto krzesła i stół, ustawiono na nim kieliszki, szampan oraz koniak i dopiero kiedy się z tym uporano i zajęto miejsca wokół stołu, przyszła kolej na muzykowanie.
Młodzi już w drodze pociągnęli losy. W ten sposób zdecydowali, kto nastąpi po wuju Ambrusu, który oczywiście cieszył się w tym względzie przywilejem. Tak więc podczas gdy pozostali siedli nieco bardziej z tyłu,
wuj Ambrus stanął przy niezajętej stronie stołu, na wprost okien, a kapela zagrała pianissimo jego ulubioną piosenkę: „Przyjdź do mnie wtedy, gdy ci powiem…”, i następnie głośniej – piosenkę Adrienne. Później znów kilka węgierskich melodii nie do śpiewania, lecz do słuchania, i potem, jako że przez szczeliny w okiennicach po drugiej stronie korytarza zaczęła już przenikać jasność, wuj Ambrus zaśpiewał. Głos miał nieco doprawiony winem, niemniej był to przyjemny baryton. Reszta towarzystwa beznamiętnie popijała w tyle. Następowała piosenka za piosenką, aż w końcu po ognistym czardaszu wuj Ambrus uciszył Cyganów. Nie wycofał się jednak z zajmowanego miejsca – choć po krótkiej przerwie grano teraz już serenadę Pityu – tylko tam, gdzie dotąd się znajdował, ustawił sobie krzesło i na podorędziu trzymał kieliszek, dalej tkwiąc naprzeciwko okna.
Gdyby wrócił do pozostałych, jego sytuacja stałaby się trudna.
Przed nimi musiałby prezentować przenikniętą wyższością, triumfalnie uwodzącą, porywającą obojętność, słowem, jego normalne zachowanie w stosunku do kobiet, podczas gdy wobec Adrienne ostatnio odgrywał zauroczonego i spowitego smutkiem kochanka. Możliwe wszak, że podglądała ich z któregoś okna. Z tego więc powodu on i teraz musiał grać swoją rolę, tym bardziej że noc jaśniała blaskiem księżyca. No więc został tam, z łokciami podpartymi na stole, odwrócony plecami do młodych, dość dobrze przedstawiając „smutnego juhasa”9. Czasem też trochę podśpiewywał, pomimo faktu, że nie miał do tego prawa, skoro kto inny dysponował w tej chwili muzykami. Ale przecież jemu wolno było więcej niż innym. Pityu nie bardzo się to podobało, lecz nie mógł nic powiedzieć. Był zresztą skromnym chłopakiem, jednym ze słabszych pędów silnego drzewa rodu Kendych. Fakt ten znalazł swój wyraz również w jego aparycji. Był szczuplejszy, chudszy niż pozostali, a jego nos, choć też przypominał dziób drapieżnego ptaka, nie wyglądał na dziób sępa, sokoła bądź pustułki, jak u reszty potomków Kendych, lecz w sposób przesadny ukształtował się w dziób jakiegoś egzotycznego ptaka, co wraz ze słabo zarysowaną szczęką sprawiało wrażenie, jakby na tej twarzy nie było nic prócz zakrzywionego nochala i czarnych oczu o smutnym spojrzeniu.
Już i ta serenada zbliżała się ku końcowi, gdy zza głównego budynku niespodziewanie doszedł głośny tętent koni.
Pędząc z oszałamiającą prędkością, zza węgła willi wykręcił czterokonny zaprzęg i gwałtownie się zatrzymał, ledwie o piędź od pleców cymbalisty. Konie w cuglach nieco wprawdzie rżały, ale stały już nieruchomo, Cyganie natomiast odskoczyli na boki – ilu ich było, w tylu kierunkach.
Wuj Ambrus cisnął bardzo głośno jednym z tych smakowitych steków przekleństw, w czym był mistrzem, lecz owej wiązanki nie mógł zwieńczyć puentą, gdyż tym, który zsiadł z wysokiej bryczki, był Pali Uzdy, mąż Adrienne. Tak więc uformował twarz w uśmiech i przyjaźnie zagrzmiał:
- Serwus, Pali! A ty skąd, do cholery, przyjeżdżasz o tej porze?
Uzdy podszedł miarowym krokiem do grona, które zarządziło muzykowanie. W dwurzędowo zapinanym, sięgającym kostek kożuchu jego tyczkowata postać zdawała się jeszcze wyższa, zupełnie niczym chodząca cienka wieża. Z powodu wątłych ramion sprawiał wrażenie, jakby się od dołu w górę zwężał, a blada twarz z czarnymi wąsami, wyciągniętymi w długości, i z kozią bródką wyglądała ponad grubym futrzanym kołnierzem tak, jak kiedy w wąską butelkę reńskiego wina wsadzą korek z charakterystyczną główką. I z wysoka, z panującej tam ciemności odpowiedział, podkreślając każde słowo z osobna:
– Wracam z Almáskő, z domu. Lubię tak nieoczekiwanie wyruszać i przyjeżdżać. W ten sposób czasem spotyka człowieka niespodzianka, jak na przykład teraz, takie ogromnie miłe zaskoczenie.
Długą, suchą ręką rozdawał uściski.
Skośnymi, niedużymi oczami błyskał szyderczo i nie czekając, ulokował się za stołem.
– Pozwolicie, nieprawdaż, żebym się do was przysiadł? – posłał uprzejme zapytanie tym swoim dziwnym, drwiącym tonem. Ci, którzy zamówili grajków, naturalnie strasznie się zezłościli. Wybrali tę noc dlatego, że było pewne: Uzdyego nie ma w mieście. A teraz nagle zjawia się wśród nich!
– A więc serenada? Serenada, prawda? Dla Adrienne, oczywiście! To dobrze, dobrze, dobrze! Bardzo słusznie. Bardzo jestem rad, że zaszczycacie mój dom. Żałuję, iż przeszkodziłem, ale niech za moje usprawiedliwienie posłuży to, że o tej serenadzie ja nie wiedziałem, nieprawdaż? Prawda, że mi wybaczacie, co? – Uzdy ciągnął swoją przemowę niemal jako monolog. – Proszę, kontynuujcie, kontynuujcie, a jeśli pozwolicie, ja też tu zostanę, niech raz i ja posłucham tak pięknej muzyki, bo przecież jeśli jestem tu u siebie w domu, nigdy nie mam w tym udziału…
W tym momencie wuj Ambrus nabrał ochoty, by pokazać gniew:
– Nie ma takiego barana, który przyszedłby z serenadą, gdy mąż jest w domu. Ty byś może pragnął, żebyśmy przyprowadzili jeszcze i muzykę, kiedy… – Ale w tym momencie słowa utknęły mu w gardle, bo oczy Uzdyego dziwnie błysnęły w jego kierunku.
– Kiedy?… – zapytał lodowato, a jego długa, cienka szyja wyrosła nagle z futrzanego kołnierza.
– No kiedy… kiedy sobie smacznie śpisz… albo… albo… w ogóle… tak nie zwykło się robić… – wymawiał się Ambrus i żeby to już zakończyć, rzucił do pierwszego skrzypka: – No grajże piosenkę panicza Alvinczyego, czy może zupełnie zbaraniałeś? – A potem dodał poufale w kierunku Uzdyego: – Bo teraz kolej na Ádáma, tak się młodzi umówili.
Znów następowała piosenka za piosenką. Cyganie teraz jednak każde tempo brali nieco szybciej, jakby czym prędzej chcieli dotrzeć do końca serenady i stąd uciec.
W tym to ponurym nastroju, w który popadło towarzystwo przy stole, Ádám Alvinczy stanął obok pierwszego skrzypka, reszta zaś siedziała. Wuj
Ambrus zajmował miejsce na rogu od strony domu, Uzdy – na rogu przeciwległym, za nim przy dłuższym boku siedzieli Kadacsay i Pityu, a dalej, od strony młynówki Szamosu, zamykającej ogród przy willi, usytuował się László Gyerőffy. Podczas gdy po innych widać było przytłaczający wpływ obecności Uzdyego, który zepsuł świętowanie, László pozostawał zupełnie obojętny. Siedział sztywno, gapił się prosto w jasną noc i wlewał w siebie ze szklanki do wody szampana doprawionego koniakiem.
Czynił to bardzo często i mechanicznie.
Alvinczy kazał zagrać „Sto świec…”.
Uzdy, dotąd nieruchomy, wbił wzrok spod mocno przymrużonych powiek w światło sączące się poprzez szczeliny w oknie. Usta miał nieco rozwarte ponad szerokimi, płaskimi zębami, zupełnie jakby chciał kąsać. Teraz jednak, wciąż siedząc, z wolna się wyprostował. Jego ręka zagłębiła się w futro, a gdy kapela z rozmachem wyrzucała z siebie: „…sto kwart wina…”, ta ręka gwałtownie wyciągnęła browninga i na fortissimo „wi-i-na” wypaliła z broni, na przestrzał ponad stołem, w kierunku zarysu furtki znajdującej się przed mostkiem młynówki Szamosu, na jakieś dwadzieścia metrów od nich.
Cyganie na szczęście, z powodu hałaśliwej muzyki, nie usłyszeli wystrzału, ale tym lepiej doszedł on do uszu towarzystwa przy stole, podobnie jak odgłos kuli wbijającej się w drewniany słupek. Każdy się wzdrygnął, a wuj Ambrus wyrzucił z siebie beknięcie: „Fiu, fiu, a niech go!…”, po czym i on złapał się za głowę.
Uzdy śmiał się przeraźliwie.
Jedynie Gyerőffy się nie poruszył, a przecież kula gwizdnęła mu tuż przed nosem. Nadal beznamiętnie patrzył przed siebie i ze spokojem, niby automat, podnosił do ust kieliszek.
Ten spokój zaimponował chyba nawet Uzdyemu.
– Ty, jak widzę, masz dobre nerwy! – zwrócił się do László.
– Ja? – odpowiedział pytaniem Gyerőffy, a jego głos jakby dochodził z bardzo daleka. – Dlaczego?
– Dlatego! – krzyknął do niego Uzdy i błyskawicznie posłał jeszcze dwa strzały, jeden za drugim bez najmniejszej pauzy, znów przed nosem tamtego, ale László niemal pogardliwie sięgnął po kieliszek i spokojnie popijał, tak jak wcześniej.
W tym samym momencie serenada natychmiast się urwała. Ci, którzy zamówili muzykę, z ulgą wymknęli się do dorożki.
– Nieprzyjemny, zwariowany typ ten Pali Uzdy! – stwierdzili i zabrali się stamtąd w dość mocno zwarzonym humorze. Jedyny wyjątek stanowił László Gyerőffy.
Kroczył teraz ze znacznie większym poczuciem własnej godności aniżeli w drodze tutaj. Szedł z podniesioną głową. Kapelusz odsunął w tył, zrośnięte brwi nieco uniósł, jakby gwizdał na cały świat. Dolna warga uwypuklała mu się butnie.
– Nie właź mi pod nogi! – zbeształ Pityu Kendyego, który przypadkowo znalazł się przed nim, gdy byli mniej więcej pięćdziesiąt kroków od willi.
Pozostali zaczęli szeptać, od razu wiedzieli, że Gyerőffy jest strasznie pijany.
I tak właśnie było. Alkohol wymazywał bowiem wiele bolesnych uczuć, z którymi László powrócił do Siedmiogrodu minionej wiosny. Wymazywał to samooskarżenie, które go dręczyło, kiedy był trzeźwy; tę świadomość, że jego kuzynka, Klára Kollonich, w której kochał się tyle lat, wyszła za mąż za innego, bo on, László, okazał się słaby; to poniżenie, że z powodu długów karcianych musiał wystąpić z peszteńskiego kasyna; to poczucie bycia drugorzędnym, które przenikało go zawsze, w stosunku do każdego, nieważne, kim była ta osoba; to przekonanie, że on sam nie jest już czło-
wiekiem pełnowartościowym, że jest wprawdzie niewidoczny, ale nosi na czole znamię, o którym wszyscy wiedzą, nawet jeśli tego znaku nie pokazują palcem i nawet jeśli się z nim, László, przyjaźnią.
W tamtym czasie, gdy doszło do jego ostatniej wielkiej przegranej w karty, właściwie byłby w stanie ją uregulować, lecz za ważniejsze uznał spłacenie tego, co był winien ówczesnej kochance, która wcześniej uratowała go przed podobną katastrofą. Bo pozostać dłużnikiem kobiety wydawało mu się czymś straszniejszym niż ów publiczny skandal, kończący jego rolę i obecność w stolicy – w tym jego postanowieniu było coś budującego, a zarazem okrutnie triumfalnego.
Owa siła duchowa, która go wówczas podźwignęła, szybko się jednak ulotniła. Grzechy dawnej przeszłości, słabości minionych dni dalej w nim żyły i ciągle go gryzły; dopiero gdy się spił, uwalniał się od nich. Wtedy przechodził z kolei w drugą skrajność. Stawał się bardzo butny i okazywał lekceważenie. Władzę nad nim zyskiwało przekonanie, że jest lepszy od innych. W duchu czuł się wybitnym artystą, którym mógł był się stać, gdyby nie zmarnotrawił talentu i czasu. O tym nie mówił. „Ci i tak tego nie zrozumieją!” – myślał nawet po pijanemu i wolał raczej opowiadać o swoich sukcesach w wielkim świecie, zawstydzać tych „prowincjuszy”.
Jego koleżkowie oczywiście wiedzieli o tym i jak tylko László zaczynał chodzić sztywno i przybierać pogardliwy wyraz twarzy, natychmiast stroili sobie zeń żarty, co dla mieszkańców Siedmiogrodu jest największą radością. Teraz także przyłączył się do niego baron Gazsi i odezwał się sprytnie:
– Dobrze robisz, naskakując na Pityu, bardzo mu się przyda nieco wychowania!
A Pityu to pociągnął:
– Ja naprawdę nic, tylko się cieszę, kiedy dajesz mi nauczki, ty, który tak swobodnie poruszasz się w całkiem innych kręgach.
Włączył się też Ádám Alvinczy:
– Niech dzieje się to, co ty rozkażesz!
Przytakiwał także młodszy brat Ádáma, a jeszcze i wuj Ambrus poszedł za ciosem, chwytając Gyerőffyego pod ramię i grzmiąc:
– Ci wszyscy tutaj to zupełnie jak małe niedźwiadki! Nigdy nic nie widzieli, nie tak jak ty, który bratałeś się z największymi osłami w Peszcie!
Otoczyli László i kłaniając się, zerkali po sobie; jeden z nich zaczął znów tak:
– Ach, jaki piękny musiał być tamten dworski bal, o którym opowiadałeś!
Tamten bal z serbskim królem!
László nie zauważył, że celowo pomylił kraj, skąd pochodził król.
– To nie był król Serbii, lecz król Hiszpanii! Alfons XIII, czyli kuzyn arcyksięcia Fryderyka. Wypadałoby to wiedzieć… – stwierdził i od razu przystąpił do obszernego objaśniania swojego ulubionego tematu, a mówił z charakterystyczną dla osób pijanych chełpliwą gestykulacją.
Tak podążali z powrotem w kierunku głównego placu. Jaśniał świt.
Jezdnią wlekły się do miasta wozy z mlekiem. Dotarli już niemal przed siedzibę komitatu, kiedy Gyerőffy rozkazującym gestem zatrzymał całe towarzystwo.
– Tutaj ja będę zarządzał muzyką! – rzucił do Cygana i kazał zestawić na chodnik stół i krzesła.
Od momentu, gdy opuścił posesję Uzdych, wciąż głowił się nad tym, że sam też zadysponuje serenadę. O tym, że ma przy sobie jedynie dwadzieścia kilka koron, nie myślał w tej chwili. Czuł się panem, który stoi ponad wszystkimi, dalece powyżej; on teraz musi pokazać, dać przykład. Ale gdzie? U kogo? On wszak nikogo nie adorował, ani panny, ani mężatki. Kiedy od czasu do czasu przyjeżdżał tu z Szamoskozárdu, zebrawszy do kupy jakieś niewielkie pieniądze z ogórków i sałaty, pojawiał się i tu, i tam, tańczył, jeśli był bal, popijał kawę z pianką, serwowaną w domach mam z córkami na wydaniu, a bywało, że i grał tam na pianinie, gdy go poproszono, lecz
wszystko to wykonywał mechanicznie, bez jakiegokolwiek zainteresowania. A przecież był przystojnym, atrakcyjnym mężczyzną, po którym niejedna panna z czułością przeciągała wzrokiem – na nim nie robiło to najmniejszego wrażenia, żadnej intencji flirtowania nie zauważał i do tego stopnia nie poruszało go, z kim rozmawia, że każdy, doprawdy każdy, mógł go zaprosić, by się przyłączył, a on z uprzejmości i głównie z obojętności na wszystko to robił. Tak więc rzeczywiście otwartym pytaniem było, dla kogo ma kazać grać, skoro już koniecznie musi wyprawić serenadę.
I dopiero teraz podjął decyzję, przed pałacykiem Gyalakuthych, który stał akurat naprzeciw domu Laczóków.
Dodó Gyalakuthy to dobra dziewczyna, całkiem miła, dość też muzykalna, podczas jego wizyt zwykła prosić, żeby jej zagrał na fortepianie.
Wysiliwszy umysł, przypomniał sobie właśnie, że często rozmawiała z nim, okazując dobroć, że pytała go o wiele różnych rzeczy, zarówno o sprawy dotyczące muzyki, jak i o jego styl życia na wsi. Tak! Każe zagrać dla tej Dodó.
Miklós Bánffy, Zważone, przeł. Irena Makarewicz, Wydawnictwo Officyna 2026.