Liberalizm seksualny jako źródło cierpień
W „Antygonie” Sofoklesa – sztuce, która poświęca szczególną uwagę obowiązkom oraz cierpieniu kobiet – chór śpiewa: „(…) nikt żywota nie przejdzie bez winy”. Wpływ pigułki na społeczeństwo jest ogromny, a my wciąż nie znamy wszystkich wad i zalet jej wprowadzenia, mimo że jest ona z nami już od dwóch pokoleń. W dziejach ludzkości można wskazać wiele okresów poluzowania norm społecznych związanych ze sferą seksu, a najlepiej pamiętanymi przykładami są późne Cesarstwo Rzymskie, epoka georgiańska w Wielkiej Brytanii i szalone lata dwudzieste w Ameryce. Jednak wspomniane epoki samorzutnie ograniczały swoje rozpasanie, co miało związek z brakiem porządnej antykoncepcji, przez co heteroseksualni mężczyźni szukający okazji do skoku w bok byli zazwyczaj zmuszeni do korzystania z usług prostytutek, bądź też niewielkiej grupy ekscentryczek, które były gotowe podjąć ryzyko trwałego wykluczenia z przyzwoitej społeczności. Przykładowo, osoby skupione w grupie Bloomsbury, a więc osławione „artystyczne kręgi, miłosne trójkąty”, utrzymywały sporą ilość potajemnych kontaktów seksualnych. Miały również wiele nieślubnych dzieci, a ochronę przed nędzą zapewniały tym ludziom własne przywileje klasowe.
Tymczasem rewolucja seksualna lat sześćdziesiątych przetrwała próbę czasu, a my pływamy w morzu jej ideologicznych założeń, które zostały tak dalece znormalizowane, że z trudem udaje się nam dostrzec, na czym polega ich istota. Utrzymanie to było możliwe, ponieważ po raz pierwszy w dziejach uzyskano dostęp do skutecznych metod antykoncepcji, a w szczególności do takich jej form, które pozwalają kobietom decydować o własnym losie, a więc pigułek i krążków dopochwowych wraz z ich późniejszymi udoskonaleniami w postaci wkładek domacicznych (IUD). Tak oto, pod koniec lat sześćdziesiątych, na świecie pojawiła się zupełnie nowa istota: na pozór płodna młoda kobieta, której to płodność faktycznie uległa zawieszeniu. Ta istota zmieniła wszystko.
Niniejsza książka stanowi próbę zmierzenia się z tą zmianą, a przy tym pragnę uniknąć właściwej środowiskom liberalnym narracji o postępie, jak również charakterystycznego dla konserwatystów snucia wizji upadku. Sądzę, że ostatnich sześćdziesięciu lat nie można traktować wyłącznie jako przejaw jednego czy drugiego, bowiem rewolucja seksualna wyzwoliła tylko niektórych z nas – wybiórczo i za określoną cenę – a nie nas wszystkich. Tymczasem właśnie tego powinniśmy oczekiwać od każdej formy zmiany społecznej o szerokim zasięgu, a ta z pewnością do takich się zalicza. Chociaż występuję przeciwko konserwatywnej narracji właściwej dla czasów następujących po epoce lat sześćdziesiątych, a zwłaszcza przeciwko tym konserwatystom, którzy są na tyle naiwni, aby sądzić, że rzeczą możliwą albo pożądaną byłby powrót do lat pięćdziesiątych, to również świadomie i celowo przeciwstawiam się liberalnej narracji o wyzwoleniu seksualnym, która w moim odczuciu jest tyleż błędna, co zwyczajnie szkodliwa.
Moje zarzuty w większym stopniu kieruję przeciwko środowiskowm liberalnym niż konserwatywnym z bardzo osobistego powodu: ja sama kiedyś wierzyłam w narrację liberałów. Jako młoda kobieta wyznawałam te same poglądy polityczne, co większość milenialsów z dużych miast, którzy ukończyli studia na Zachodzie – innymi słowy, dostosowałam się do przekonań mojej klasy, włączywszy w to liberalno-feministyczne idee związane z pornografią, BDSM, kulturą niezobowiązującego seksu, psychologii ewolucyjnej oraz handlu seksem, do czego odnoszę się w tej książce. Porzuciłam te przekonania ze względu na własne doświadczenia życiowe, w tym okres przypadający bezpośrednio po studiach, kiedy pracowałam w centrum pomocy ofiarom gwałtu. Stary dowcip mówi: „konserwatysta to po prostu liberał, którego dopadła rzeczywistość”, więc zakładam, że postliberalna feministka to po prostu liberalna feministka, która z bliska doświadczyła realiów męskiej przemocy. Przynajmniej tak było w moim przypadku.
Posługuję się w książce określeniem „feminizm liberalny”, co służy mi do opisania szczególnej odmiany tego nurtu, przy czym jego orędowniczki nie stosują takiej nomenklatury, woląc obecnie nazywać siebie „feministkami intersekcjonalnymi”. Nie sądzę jednak, aby ich ideologia faktycznie była intersekcjonalna, zgodnie z pierwotnym znaczeniem tego terminu, tak jak go rozumiała Kimberlé Crenshaw, jako że nie uwzględnia w należyty sposób analizy pozostałych form stratyfikacji społecznej, zwłaszcza w odniesieniu do położenia klasowego. Jednak zaletą stosowania określenia „feminizm liberalny” jest to, że umiejscawia owe XXI-wieczne idee w ramach starszej tradycji myśli ludzkiej, jasno dając do zrozumienia, że mówimy tutaj o feministycznej odmianie znacznie szerszego projektu intelektualnego – liberalizmu.
Definicja „liberalizmu” jest kwestią sporną – w istocie, już pierwsza linijka hasła ze Stanford Encyclopaedia of Philosophy mówi nam, że „liberalizm odnosi się do więcej niż jednej rzeczy” – co oznacza, że niezależnie od tego, na jakiej definicji się oprę, zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. Nie chcę jednak zanudzać czytelników rozwlekłą obroną przyjętej przeze mnie definicji, więc będę się streszczać.
Nie używam słowa „liberalny” jako rekapitulacji terminu „lewicowy” – w rzeczywistości daleko mi do tego. Patrick J. Deneen, amerykański postliberalny teoretyk polityki, przedstawia liberalizm ekonomiczny i liberalizm społeczny jako wzajemnie powiązane, przy współdziałającej ze sobą liberalnej elicie kulturowej oraz liberalnej elicie korporacyjnej:
Dzisiejsza ideologia korporacyjna jest silnie powiązana ze stylem życia tych, których charakteryzuje mobilność, elastyczność w odniesieniu do zasad etycznych, liberalizm (czy to ekonomiczny, czy społeczny), mentalność konsumpcjonistyczna i jej nadrzędny cel – możliwość wyboru, czy wreszcie „postępowe” zapatrywania, gdzie jedynym pewnikiem są rychła zmiana i „twórcza destrukcja”.
Postliberałowie, tacy jak Deneen, zwracają uwagę na koszty jakie niesie ze sobą liberalizm społeczny, który jako projekt polityczny dąży do uwolnienia jednostki od ograniczeń zewnętrznych narzucanych przez miejsce zamieszkania, rodzinę, religię, tradycję, a nawet (co jest szczególnie istotne dla feministek) ludzkie ciało. Pod tym względem zgadzają się z wieloma konserwatystami. Przy czym postliberałowie krytycznie odnoszą się również do drugiej strony liberalnego medalu: ideologii wolnego rynku, która dąży do uwolnienia jednostki od wspomnianych ograniczeń celem zmaksymalizowania jej zdolności do pracy oraz konsumpcji. Niezwiązany z żadnym miejscem ani osobą zatomizowany pracownik najlepiej i najszybciej odpowie na wymogi stawiane przez rynek. Ten idealny liberalny podmiot za pracą może przenieść się dokądkolwiek, bowiem nic go nie wiąże z żadnym konkretnym miejscem. Może wykonywać dowolną pracę, której się od niego oczekuje, bo nie ma żadnych obiekcji moralnych wywiedzionych ze swojej religii czy tradycji. Wreszcie, nie mając współmażonka ani rodziny, którą musi się zajmować, nigdy nie poprosi o urlop, ani o elastyczny grafik. A na koniec wyda pieniądze zarobione w takiej wyalienowanej pracy na dobra konsumpcyjne, czym ukoi wszelkie odczuwane przez siebie smutki i skutecznie napędzi wzrost gospodarczy.
Feminizm liberalny przejmuje tę zorientowaną na rynek ideologię i stosuje ją do specyficznie kobiecych zagadnień. I tak na przykład, kiedy aktorkę i aktywistkę Emmę Watson spotkała w 2017 roku krytyka za pokazanie piersi na okładce czasopisma „Vanity Fair”, ta odpowiedziała wyświechtanym frazesem liberalnych feministek: „feminizm polega na dawaniu kobietom wyboru (…). Chodzi w nim o wolność”. Dla liberalnych feministek pokroju Watson może to oznaczać wolność noszenia skąpych ubrań (a przy okazji większej sprzedaży czasopisma), wolność do sprzedawania własnego ciała, kręcenia albo oglądania materiałów pornograficznych, lub też pogoń za dowolnie wybraną karierą, zatem podobnie jak to jest u chłopaków.
Za sprawą odpowiednich narzędzi coraz bardziej realna staje się wolność od ograniczeń narzucanych przez kobiece ciało. Nie chcesz mieć dzieci w wieku dwudziestu, trzydziestu lat? Możesz zamrozić swoje komórki jajowe. Trafiła się podróż służbowa, a ty jesteś po porodzie? Skorzystaj z ekspresowych usług kurierskich i prześlij maleństwu swoje mleko. Chcesz bez przeszkód pracować na pełnym etacie? Zatrudnij nianię, która zamieszka razem z dzieckiem, a najlepiej surogatkę, która urodzi je za ciebie. Obecnie możliwym stało się nawet całkowite porzucenie kobiecego ciała dzięki technologiom korekty płci. Liberalny feminizm obiecuje kobietom wolność, a gdy ta obietnica napotyka twarde ograniczenia narzucane przez biologię, ideologia nakazuje je niwelować przy wykorzystaniu pieniędzy, technologii oraz ciał ludzi uboższych.
Nie neguję potrzeby wolności, nie należę do grona antyliberałów i jest rzeczą oczywistą, że kobiety mają wszelkie powody ku temu, aby występować przeciwko ograniczeniom narzucanym nam przez społeczeństwo oraz własne ciała, co odnosi się tak do przeszłości, jak i do współczesnego świata. Krytycznie podchodzę do każdej ideologii, która nie potrafi zachować równowagi pomiędzy wolnością oraz innymi wartościami, jak również do skuteczności liberalnego feminizmu w kwestii dociekania źródeł naszego pragnienia wolności określonego rodzaju. Jestem także krytyczna wobec nazbyt częstego odwoływania się do pokrętnej logiki mówiącej, że wybór kobiety jest dobry, ponieważ to ona wybiera, zupełnie jak Charlotte York z serialu „Seks w wielkim mieście”, krzycząca: „Wybieram swój wybór, wybieram swój wybór!”.
Zamierzam w tej książce zadać – a przy tym spróbować odpowiedzieć – parę pytań dotyczących wolności, na które liberalny feminizm albo nie potrafi, albo nie chce odpowiedzieć: dlaczego spora grupa kobiet pragnie takiego rodzaju wolności seksualnej, która w oczywisty sposób służy interesom mężczyzn? Co jeśli nasze ciała i umysły nie są tak plastyczne, jak nam się wydaje? Co poświęcamy stawiając wolność na pierwszym miejscu? I przede wszystkim: jak mamy postępować, zważywszy taki stan rzeczy?
Część wniosków może nie być przyjemna, ponieważ wskazują na twarde ograniczenia dla naszej wolności, których nie da się przeskoczyć, niezależnie od wkładanego wysiłku. Wychodzę z pozycji, które jeśli spojrzeć historycznie, często bywały źródłem dyskomfortu dla feministek o różnym zabarwieniu ideologicznym: otóż przyjmuję fakt, że mężczyźni i kobiety są różni oraz że te różnice nie znikną. Z chwilą uznania takich różnic i ograniczeń, polityka seksualna przyjmuje zupełnie inny charakter. Zamiast pytać: „Jak być wolnymi?”, trzeba się dowiedzieć, jaki sposób będzie najlepszy dla osiągnięcia dobrostanu zarówno mężczyzn, jak i kobiet, zważywszy, że obie te grupy mają różne zestawy interesów, które czasem pozostają ze sobą w konflikcie.
Odczarowanie seksu
Zamierzam w tej książce wykazać, że zachodnia, XXI-wieczna kultura seksualna nie równoważy wyżej wskazanych interesów, promując zamiast tego interes ludzi pokroju Hefnera, a koszty ponoszą kolejne odpowiedniczki Marilyn Monroe. Przy czym wobec wpływu liberalnego feminizmu wiele kobiet nie zdaje sobie z tego sprawy, beztrosko przyjmąc opinię wydawcy „Playboya”, jakoby wszelkie wady tej kultury stanowiły „niewielką cenę w zamian za osobistą wolność”.
A to z kolei bardzo odpowiada naśladowcom Hefnera, ponieważ podobne lekkoduchy mają wiele do ugrania na tej nowej kulturze. W ich interesie leży forsowanie szczególnie radykalnej idei związanej ze współżyciem, która wyłoniła się wraz rewolucją seksualną i okazała się bardzo wpływowa, pomimo swojej szkodliwości. Idea ta głosi, że seks to nic innego jak tylko rozrywka, która nabiera znaczenia tylko wtedy, gdy strony chcą je nadać. Orędownicy poglądu argumentują, że seks nie kryje w sobie żadnej wyjątkowości i z natury niczym się nie różni od pozostałych typów interakcji społecznych, zatem bez trudu można go zamienić w towar. Socjolog Max Weber pisał swego czasu o „odczarowaniu” świata przyrody, co było następstwem czasów Oświecenia. Wówczas, wraz z triumfem racjonalności, stracił swój urok „magiczny ogród”, jak postrzegali świat ludzie epoki przednowoczesnej. W podobny sposób, po latach sześćdziesiątych XX w., na Zachodzie odczarowaniu uległ seks, pozostawiwszy po sobie społeczeństwo, które wierzy (pozornie), że seks nic nie znaczy.
Odczarowanie seksu jest naturalną konsekwencją właściwego liberalizmowi przedkładania wolności ponad każdą inną wartość, bowiem jeśli chesz osiągnąć całkowitą wolność, musisz zwrócić się przeciwko wszelkim ograniczeniom narzucanym przez społeczeństwo, a zwłaszcza przekonaniu, że seks kryje w sobie jakąś szczególną wartość, że cechuje go jakaś wyjątkowość, która z trudem podlega racjonalizacji. Przekonanie o takiej wyjątkowości pociąga za sobą wiele potencjalnie niepożądanych zjawisk, włączając w to oparte na patriarchacie systemy religijne. Jednak próba odczarowania seksu, a w rezultacie udawanie, że ów akt nie jest ani wyjątkowo piękny, ani też szczególnie nie narusza naszej godności, sprawia, że pojawiają się koszty innego typu.
A te w przypadku kobiet są nieproporcjonalnie wysokie, co wynika z przyczyn biologicznych, do czego wrócę w następnym rozdziale. Liberalne feministki zdają się dostrzegać tę dysproporcję, o czym świadczy popularność ruchu Me Too, który na dobre zaczął się w 2017 roku. Tamta erupcja gniewu i smutku była dowodem na to, że kultura seksualna nie służy kobietom. Historie ukazujące się w tym czasie opisywały liczne zachowania o charakterze kryminalnym, ale nie brakowało również relacji mówiących o teoretycznie dobrowolnych kontaktach seksualnych, które jednak sprawiały, że kobiety czuły się po nich okropnie, bowiem proszono je, by traktowały jako nieważne coś, co było dla nich istotne. Szef, który oczekuje korzyści seksualnych w zamian za awans, czy facet na randce, oczekujący, że kobieta „mu da”, bo zapłacił za kolację, bardzo chętnie akceptują prawa odczarowania, a co za tym idzie postrzegają seks jako pozbawiony znaczenia produkt, podlegający wymianie na wolnym rynku („ty mi obciągniesz, a ja w zamian dam ci jakieś dobro o równorzędnej wartości”). Pewna studentka tak opisuje spotkanie z jednym ze swoich rówieśników:
Wsunął się we mnie, a ja milczałam. Wówczas nie wiedziałam dlaczego. Może nie chciałam mieć poczucia, że go zwodzę, może nie chciałam go rozczarować. A może po prostu nie chciałam brnąć w tę słowną przepychankę, w rodzaju: „zróbmy to; albo nie, chyba nie powinniśmy tego robić”, która tak często poprzedza pójście z kimś do łóżka. Łatwiej było mieć to po prostu za sobą. Poza tym, byliśmy w łóżku, więc wydawało się to zupełnie normalne. Czułam się zobligowana, czy w obowiązku, by to zrobić. I czułam się winna, że tego nie chcę. Nie byłam dziewicą. Robiłam to już wcześniej. Nie powinno się robić z tego afery – to był tylko seks – a ja nie chciałam robić problemów.
Zwrot „to tylko seks” idealnie streszcza ideę stojącą za odczarowaniem. Ta młoda kobieta nie została pobita, nie zaszła w ciążę i w sumie nawet lubiła młodego mężczyznę, z którym poszła do łóżka, przynajmniej początkowo. Dlaczego więc owo zbliżenie było dla niej takim problemem? Ano dlatego, że odczarowanie seksu jest bujdą i wszyscy o tym wiemy, łącznie z liberalnymi feministkami, które poświęcają tak wiele energii na perswadowanie, że praca seksualna to „praca jak każda inna”. Można to stwierdzić przyglądając się reakcji tych samych feministek na sprawę Harvey Weinsteina, bo gdy ten oferował kobietom karierę w zamian za korzyści seksualne, one natychmiast go potępiły – nie tylko za przemoc i groźby, których używał w czasie popełniania swoich przestępstw, ale przede wszytkim za sam fakt domagania się tego rodzaju przysług od swoich podwładnych.
Intuicyjnie założono, że domaganie się seksu od pracowniczki jest czymś zgoła odmiennym niż prośba o nadgodziny albo zaparzenie kawy. Sama często robiłam kawę dla różnych pracodawców, mimo że nie było to wpisane w zakres moich obowiązków, a więc pewnie tak samo jak większość czytelniczek. Chociaż tego typu prośby bywają czasem irytujące, to jednak żadna pracowniczka przygotowująca kawę dla swojego szefa nie zakłada, że w następstwie tego może uzależnić się od narkotyków czy alkoholu. Żadna z kobiet nie zakłada, że zajdzie w ciążę, albo że złapie jakąś chorobę powodującą niepłodność; że będzie doświadczać PTSD, albo innych zaburzeń psychicznych. Nie zakłada wreszcie, że już do końca życia będzie niezdolna do utrzymywania intymnych relacji. Każdy wie, że seks to nie to samo, co parzenie kawy, natomiast kiedy ideologia odczarowania wymaga, abyśmy udawali, że jest inaczej, rezultatem może być już tylko bolesny dysonans poznawczy.
Przy czym liberalnym feministkom brakuje ram pojęciowych, które są konieczne, by uporać się z takim dysonansem. Np. u szczytu kampanii „Me Too”, Jessica Valenti z „Guardiana” opisywała w jednym ze swoich felietonów przypadek wymuszonego seksu, który jednocześnie nie przekroczył progu gwałtu przewidzianego przez prawo: „To prawda, że kobiety mają już dość przemocy seksualnej i nękania; ale prawdą jest też to, że zachowania uważane w naszej kulturze za normalne również nierzadko wyrządzają kobietom szkody, a my pragniemy położyć temu kres”.
Jednak opublikowana pod redakcją Valenti w 2020 roku antologia esejów związanych z Me Too pokazuje, że liberalna wersja feminizmu, której jest przedstawicielką, nie jest zdolna do adekwatnej reakcji na zidentyfikowany przez nią problem. Każda z autorek pragnie położyć kres przemocy seksualnej, i słusznie. Przy czym niepokoi je wykorzystywanie aparatu państwa w celu aresztowania albo więzienia gwałcicieli, oraz nie godzą się na zmianę zachowań kobiet, co miałoby ochronić je przez niebezpiecznymi sytuacjami, bowiem samo wysuwanie takiego postulatu uznają za „obwinianie ofiar”.
Zamiast proponować alternatywne rozwiązania – skoro nie państwo, to może samosąd? – zupełnie unikają wszelkich trudnych zagadnień, ograniczając się ledwie do nieśmiałych pomysłów w rodzaju pomocy w przezwyciężaniu „męskich kompleksów” (Tahir Duckett) albo tworzeniu przestrzeni społecznych, w których sprawcy mogą szukać „uzdrowienia i sprawiedliwości” (Sarah Deer i Bonnie Clairmont). Autorki takie jak aktywistka Andrea L. Pino-Silva, mówią, że potrzebujemy „poważnej rozmowy na temat zakończenia przemocy seksualnej”, nie proponując niczego konkretnego poza warsztatami na kampusach uniwersyteckich, które będą między innymi służyć „celebracji i upodmiotowieniu queer”. Pino-Silva uważa, że takie warsztaty nie będą skuteczne, o ile ich celem nie będzie każda forma ucisku, od kolonializmu po bifobię. Przypuszczam, że kwestia braku skuteczności jest jedyną, w której mogłybyśmy się zgodzić, gdyż ja w ogóle powątpiewam w sens tego typu warsztatów.
Niektóre autorki nie tylko odrzucają pomysły, które mogłyby w jakiś sposób złagodzić problem przemocy seksualnej, ale wręcz proponują takie, które go pogłębią. Sassafras Lowrey namawia ofiary gwałtu do szukania partnerów seksualnych lubujących się w przemocy, innymi słowy, aby „przyłączyły się do społeczności BDSM”, a Tina Horn przedstawia prostytucję jako korzystną ścieżkę kariery dla młodych kobiet. Są to przykłady wyciągania logicznych wniosków z naczelnej zasady liberalnego feminizmu: kobieta powinna móc robić wszystko, na co ma ochotę, czy to sprzedawać seks, czy też zachęcać do przemocy w łożku za obopólną zgodą, ponieważ każde jej pragnienie, każdy jej wybór, jest z konieczności dobry, niezależnie od jego źródeł i konsekwencji. A gdy z tej zasady wyniknie coś złego, wtedy powracamy do jedynego rozwiązania, jakie ma nam do zaoferowania liberalny feminizm: „trzeba uczyć mężczyzn, by nie gwałcili”.
Lecz cóż innego mogłyby doradzić liberalne feministki? Ich błąd polega na tym, że dały się kupić ideologii, która zawsze najlepiej służyła osobom pokroju Hugh Hefnera oraz dziedzicowi jego tradycji, Harvey’owi Weinsteinowi. I stąd wyciągają fałszywe przekonanie, że cierpienia kobiet biorą się z wciąż niezrealizowanego projektu wyzwolenia seksualnego lat sześćdziesiątych, a nie z tego, że sama natura tego projektu była już od zarania skażona. Zatem opowiadają się za coraz większą wolnością i są ciągle zaskoczone, że proponowana przez nie kuracja nie przynosi żadnego skutku.
Staje się to oczywiste, gdy przyjrzymy się XXI-wiecznym kampusom uniwersyteckim, gdzie najdonośniej wybrzmiewa ewangelia wyzwolenia seksualnego i gdzie stowarzyszenia BDSM albo „Tygodnie Seksu” stały się nową normą. Na początku semestru, osoby przyjęte na studia biorą udział w wykładzie poświęconym zagadnieniu zgody, a potem wychodzą z plakietkami i torbami z nadrukowanym sercem i wyrazem „zgoda”. Zasada, której się uczą, jest dosyć prosta: za zgodą ujdzie wszystko. A jednak nawet tak prosta reguła jest raz po raz łamana, czy to poprzez gwałt, czy przez bardziej subtelne formy przymusu, o których tak często słyszeliśmy przy okazji Me Too. Tylko garstka liberalnych feministek jest skłonna dostrzec związek pomiędzy promowaną przez siebie kulturą seksualnego hedonizmu a obawą przed byciem zgwałconą na kampusie, a tymczasem oba te zjawiska pojawiły się dokładnie w tym samym momencie.
Zrobienie tego, mogłoby zmusić do uznania, że postąpiły bardzo źle doradzając niedoświadczonym młodym kobietom, by szukały okazji do znalezienia się w sytuacji, gdzie będąc same i pijane, towarzyszy im napalony facet. Jest on nie tylko większy i silniejszy, ale też zapewne dojrzewał otoczony przez taką formę pornografii, która normalizuje agresję, przymus i ból. Jednakże w liberalno-feministycznych kręgach nie zwykło się mówić na temat oddziaływania internetowej pornografii, BDSM, kultury niezobowiązującego seksu, ani o żadnych innych, szkodliwych elementach naszej nowej obyczajowości, ponieważ oznaczałoby to zakwestionowanie doktryny wolności seksualnej. Młode kobiety muszą więc samodzielnie przyswoić wiedzę o tym, że wolność ma swoją cenę, i za każdym razem jest to trudna lekcja.