Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

K. Acker, „Krew i flaki w szkole średniej” (fragment)

Rak

Perski handlarz niewolników uznał w końcu, że Janey jest gotowa, by wyjść na ulice. Udowodniła, że wie, jak sprawić, by impotentom stanął, jak robić loda i lizać rów, jak się droczyć, jak dowiedzieć się, czego chce każdy mężczyzna, nie pytając go o to, jak sprawić, by mężczyzna czuł się bezpieczny, pożądany i dziki. Teraz była piękna. Tylko jedna rzecz była nie tak, przynajmniej według perskiego handlarza niewolników. W tym momencie dowiedział się, że Janey ma raka.

Mieć raka to jak mieć dziecko. Jeśli jesteś kobietą i nie możesz mieć dziecka, bo jesteś głodującą nędzarką, bo żaden mężczyzna nie chce mieć z tobą nic wspólnego, bo jesteś samotna, nieszczęśliwa, przerażona i całkowicie szalona, możesz równie dobrze zachorować na raka. Czujesz swój guzek i pielęgnujesz go, wiedząc, że będzie się wciąż powiększał. Zjada cię, a ty stopniowo uczysz się – tak jak wszystkie dobre matki – kochać samą siebie.

Janey uczyła się kochać samą siebie. Wszystko wystrzeliwało z jej ciała niczym wulkan orgazmu. Cały ból i nędza, które odczuwała, zbrodnia i terror na ulicach wychodziły na wierzch. Nie była już całkowicie bezsilna i bierna wobec swojej wszawej sytuacji. Teraz mogła zrobić coś z bólem tego świata: mogła umrzeć.

Janey zawsze jako pierwsza w swojej grupie badała wszelkie granice, jakie tylko się pojawiły. Była pierwszą osobą w swojej rodzinie, która znienawidziła swoją rodzinę. Była pierwszą dziewczyną w swojej klasie, która się pierdoliła. Jako pierwsza w klasie powiedziała „nie” i uciekła. A teraz miała raka.

Handlarz niewolników porzucił Janey. „Och proszę, Handlarzu Niewolników, wróć. Pragnę cię. Potrzebuję cię. Chcę wyjść za ciebie za mąż”.

Błąkała się gorączkowo po mieszkaniu.

Przez przypadek wybrał zły numer i zadzwonił do niej.

„Chcę wyjść za ciebie za mąż”.

„Nie bądź niemądra. To takie głupie. Zresztą musiałabym wrócić do mieszkania, żeby się z tobą ożenić, a nie zamierzam wracać”.

Po raz ostatni wzięła do ręki ogryzek ołówka i napisała: „Potrzebuję miłości”. Położyła się na brzuchu na podłodze. Przez zachodnie okno wlewało się zakurzone, późnopopołudniowe słońce. Fantazjowała, że się zabije, wbijając żyletkę w nadgarstek.

Uznała, że nie ma potrzeby się zabijać, skoro ma raka. Gdy powoli schodziła otwartymi tylnymi schodami apartamentowca przy Sutton Avenue, zobaczyła paszport i opłacony bilet do tego magicznego miejsca, Tangeru.

Jak wiosna zawitała do krainy śniegu i sopli

1 Ohydny potwór i bóbr

Dawno, dawno temu…

żył sobie wielki, brzydki, ohydny potwór. Mieszkał on w chatce pod żywą fontanną wśród długich sopli. Cała ziemia była skuta lodem. Powietrze było prawie białe. Powietrze szybko stawało się ciałem stałym, a ciało stałe stawało się powietrzem.

Wielki brzydki potwór mieszkał razem z bobrem. Gotował dla bobra, a jego głowa obijała się o niski kuchenny sufit. Podawał jedzenie do stołu. Potem siadali w dwóch wielkich bujanych fotelach naprzeciw siebie przy wielkim okrągłym czerwonym stole. Nie odzywali się do siebie.

Bóbr wstał i wgramolił się na górę chaty. Gdy wchodził po schodach, jego ogon plaskał: „pat, pat”. Ohydny potwór w samotności zgarnął plastikowe naczynia, władował je do zlewu i umył. Potem zawiązał ciemnozielony worek na śmieci i wywlókł go na zewnątrz.

Śnieg padał na lód i zamieniał się w lód. Śnieg padał nad lód i ukrywał lód. Biedny, ohydny potwór nie mógł nic zobaczyć. Zaczął płakać, a łzy zamieniały się w lód na jego policzkach. Nie wiedział, co robić. Jego lęk narastał, bo potwór nie wiedział, co robić.

Zapomniał, że nie wie, co robić.

Po prostu stał tam.

Wrócił do chaty.

Nie można było odróżnić płatka śniegu od gwiazdy.

2 Jak niedźwiedź próbował dostać się do domu Potwora i Bobra

Przez śnieg brnął niedźwiedź, wielki, brunatny niedźwiedź. Był zziębnięty, głodny i zmęczony. Całą noc wędrował w zadymce śnieżnej w poszukiwaniu jedzenia. Padający śnieg przesłonił lód, który skrywał zamarznięte ryby. Padający śnieg przesłonił świat. Niedźwiedź zobaczył chatkę bobra i potwora.

Kiedy podniósł łapę, żeby zapukać do drzwi – niewiele większych od tej łapy – na ziemię spadła lawina śniegu.

Puk. Puk. Puk.

Potwór dopiero co wyturlał się z łóżka. Nie zdążył jeszcze napić się kawy. Było za wcześnie, żeby ktoś stał pod drzwiami, więc nikogo nie mogło tam być.

Puk. Puk. Puk.

„Czego?” – burknął potwór. Szukał kawy. Nie słuchał odpowiedzi.

Puk. Puk. Puk. „Proszę, wpuść mnie’” wrzasnął niedźwiedź. Jego głos brzmiał jak krzyk małej dziewczynki.

„Dlaczego miałbym cię wpuścić? Mógłbyś mnie zgwałcić lub zabić, albo możesz być jednym z tych bandziorów, którzy wczoraj na ulicy nieopodal napadli trzy osoby. Wiemy o tobie wszystko”.

„Nie jestem zbójem. Jestem małą dziewczynką, która zeszłej nocy zgubiła drogę w lesie. Chcę zadzwonić do mojej mamusi, bo ona śmiertelnie się o mnie martwi. Chcę jej powiedzieć, że nadal żyję”.

„Co robiłaś na śniegu przez całą noc?”.

„Moja mamusia i dwadzieścia moich sióstr mieszkają w strasznych slumsach we wschodniej części miasta. Mamusia nie ma kończyn, a dziesięć z moich sióstr jest sparaliżowanych. Pozostałych dziesięciu policja poszukuje za napady na banki. Tak naprawdę to nie ich sprawka. Więc tylko ja mogę zdobywać jedzenie. Co dnia wychodzę i zbieram zielsko. Potem dziesięć moich sióstr – tych od napadów – robi z tego zupę.

Wokół naszego domu nie ma już żadnego zielska, więc wczoraj zapuściłam nieco dalej od domu niż zwykle.

Zanim się połapałam, zrobiło się ciemno.

To była najczarniejsza noc. Z ciemności zlatywały nagle ogromne płaty śniegu, a także grad i śnieg z deszczem. Niczego nie mogłam już zobaczyć ani niczego nie mogłam już usłyszeć”. (Potwór przypomniał sobie, jak wychodził w tę zadymkę z zielonym workiem na śmieci). „Wszędzie dokoła mnie była czerń. Wszędzie była czysta biel i czerń i chłód, chłód”.

„Wiem, o czym mówisz” – odparł potwór.

Zaczęłam iść do domu (miałam w głowie wyobrażenie domu), ale nie wiedziałam, gdzie jest dom. Były tam tylko niekończące się bloki czystej czerni i bieli. W końcu zaczęło się przebijać szare światło poranka i pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, gdy tylko dało się coś zobaczyć była twoja chata. Z komina leciał się dym, a przez okna widziałam światła.

Proszę, pozwól mi wejść na chwilę”.

„Biedne maleństwo”. Ohydny potwór otworzył drzwi wejściowe, zobaczył ogromnego, niedźwiedzia brunatnego i krzyknął. Zatrzasnął drzwi. „BOBRZE! BOBRZE!”. Pobiegł do pokoju bobra. Bóbr spał stulony pod trzema warstwami białej, satynowej kołdry. „BOBRZE! BOBRZE!”. Potwór usiadł na twarzy bobra i powiedział mu, w czym problem. Bóbr zszedł na dół i zaryglował wszystkie drzwi i okna, żeby nikt nie mógł się dostać do środka.

3 Niedźwiedź po raz drugi próbuje dostać się do Domu

Trudności, jakie napotkał niedźwiedź sprawiły, że dom stał się w jego oczach jeszcze wspanialszy. Postanowił, że z całych sił będzie próbował dostać się do środka.

Słońce wlewało się teraz do środka przez małe, zamknięte okienka kuchenne. Kuchnia tonęła w jego blasku.

W tym świetle potwór smażył na wielkiej czarnej patelni cztery jajka. Złociste gryczano-żytnie tosty wyskoczyły ze starego żelaznego opiekacza, uderzyły w sufit, odbiły się od niebieskich kafli podłogi, a potem spadły na dwa talerze z holenderskiej porcelany leżące na okrągłym czerwonym stole. Resztę stołu pokrywały małe porcelanowe miseczki wypełnione konfiturą z róży, pomarańczowo-cytrynową marmoladą, jagodami i malinami, chryzantemami i galaretkami z guawy. Bóbr brał prysznic na górze. Nie uznawał zasłonek, więc błękitna woda z chlupotem zalewała łazienkę. Bóbr nie widział nic oprócz białego światła porannego słońca i nie słyszał nic, oprócz wody spadającej w rytmie jego serca.

W momencie, gdy potwór obracał jajka, drzwi kuchenne mocno zadrżały. Odgłosy uderzeń i huków dobiegające zza nich były tak głośne, że potwór uznał, iż za drzwiami musi stać windykator.  

Odejdź, głupi windykatorze!” – krzyknął. Ten okrzyk napełnił go dumą.

Niedźwiedź natarł na kuchenne drzwi z jeszcze większą siłą.

„Idź precz, ty cholerny windykatorze: Nie mam pieniędzy i nigdy nie będę ich mieć. Ten świat to mogiła i wysypisko śmieci. To przez takich ludzi jak ty. Wszystkim zależy – głos potwora drżał – wszystkim wam zależy na tym, żeby zdobyć jak najwięcej pieniędzy w jakikolwiek sposób, kłamać, oszukiwać i wykorzystywać ludzi, i przekazywać ten plugawy papier w zdradzieckich kręgach, więc to wszystko to władza, władza, władza, władza i nie mogę spać ani myśleć ani marzyć o niczym innym. Nienawidzę ciebie i twoich pieniędzy”.

Niedźwiedź się wściekł. Z jego pyska buchnęła piana. Rzucił się na drzwi z całą mocą.

Nic to nie dało.

Niedźwiedź w zapamiętaniu rzucił się na drzwi jeszcze mocniej.

„A nawet gdybym miał jakąś forsę, to i tak bym ci jej nie dał. Nasikałbym na nią i podpalił, zakopałbym ją pod całym lodem jaki jest na świecie, spryskał ropą i podłożył ogień pod Con Edison, podarłbym ją i zrobił z niej jakieś nowe fetysze. Nakarmiłbym nią szczury, które mieszkają w moim domu, ale nie dałbym jej tobie. Nienawidzę cię”.

Do tego czasu barki niedźwiedzia były już całe pokryte sińcami, z pyska sączyła mu się piana, futro zniknęło, a jego tors spływał krwią, więc sobie poszedł.

4 Zdrada i sprzeniewierzenie

Ohydny potwór miał zwierzątko imieniem Fritzy. Była to biała, czerwonooka szczurzyca. Gdy Fritzy sennie krzątała się po kuchni i czekała, aż skończy się śniadanie, żeby móc załapać się na jakieś okruszki, na jej głowę skapnęła z patelni wielka kropla masła. Kiedy zatem niedźwiedź odpuścił i brnął przez pobliską zaspę, Fritzy wybiegła właśnie na śnieg przez swoje specjalne drzwi. „Aaa haa!” odezwał się krwiożerczy niedźwiedź. „Jedzenie!” i chwycił Fritzy w swoje łapy uzbrojone w ostre pazury.

„Powiem ci, jak możesz mnie wymienić na większą zdobycz” pisnęła Fritzy tak szybko, jak tylko mogła. „Warto by było, żebyś zachował mnie przy życiu”.

„Doprawdy?”.

„Goście, którzy mnie trzymają, są ode mnie więksi i lepiej smakują. Szczury to trucizna. Powiedz tylko ohydnemu potworowi i bobrowi, że mnie masz. Tak bardzo mnie kochają, zwłaszcza ten głupi potwór, że przybiegną, nie zważając na ściany, żeby mnie ratować”.

Niedźwiedź tak bardzo zachwycił się domem , że zrobiłby wszystko, aby się do niego dostać. „Słuchajcie no – wrzasnął w stronę domu. – Prosiłem was grzecznie, żebyście mnie wpuścili. A wy nic. No to teraz was dopadnę. Mam waszego zwierzaka, Fritzy, i zjem go w mgnieniu oka, jeśli mnie nie wpuścicie”.

„BOBRZE! BOBRZE!”. Ohydny potwór zemdlał. Kiedy się ocknął, potykając się niezgrabnie wdrapał się pod schodach i wyciągnął bobra, który właśnie brał prysznic, z przelewającego się brodzika. „Ta straszna bestia ma Fritzy. Pożre Fritzy! Zamienię się za Fritzy, tak właśnie zrobię, rzucę się w ramiona niedźwiedzia…”.

„Nie!”, wykrzyknął bóbr. Potwór ruszył w dół po schodach, ale nie mógł iść zbyt szybko, bo jedną nogę miał niesprawną, a drugą koślawą. „Potworze, kocham cię. Uwielbiam cię. To ja oddam się niedźwiedziowi!”.

Potwór i bóbr na wyścigi zbiegli po schodach, aby rzucić się w łapy niedźwiedzia.

Niedźwiedź czekał na odpowiedź, ale nikt mu nie odpowiedział. Kiedy podniósł do pyska szczurzycę, żeby ją zjeść, ta ugryzła go i skoczyła w śnieg.

Zanim potwór i bóbr wyszli z domu, niedźwiedź zdążył już przepaść.

5 Klęska niedźwiedzia

Niedźwiedź został pokonany. Nie było mowy, żeby dostał się do tego wspaniałego domu.

Ale jego zachwyt nad domem nie mijał. Niedźwiedź wciąż wpatrywał się w dom. Zobaczył białego konia, który grzebał kopytem w krótkiej zielonej trawie. Wspaniały rumak zaczął gnać bez wysiłku, jakby leciał, po pochyłych łąkach i wzgórzach, ponad maleńkimi domkami przycupniętymi na pagórkach, poprzez łany różnokolorowych kwiatów. Minęła dłuższa chwila. Biały koń leżał na ziemi, konając. W jego prawym boku widniała wielka, otwarta, krwawa rana. Kilku ludzi wbijało w ranę swe kije.

Zęby niedźwiedzia zaczęły poruszać się w górę i w dół. Wkrótce, zęby te zaczęły szczękać tak głośno i szybko, że niedźwiedź przestraszył się, że jest klekoczącą czaszką. Odpadłoby całe jego ciepłe futro, skóra i żyły. Zęby wciąż szczękały i kąsały. Niedźwiedź naprawdę się wkurzył. Wysunęły mu się pazury, ale nie wiedział, kogo rozszarpać.

Niedźwiedź był słoniem. Słoń powstał, dostojnie siwy, na dwie nogi i ryknął. Ryk Wszechświata. Słoń ruszył z łoskotem wąską polną drogą. Łup łup. Łup łup. Przebył wiele mil w poszukiwaniu wody. Jego długa trąba pakowała pokarm do jego wężowatego pyska. Co jakiś czas wydawał z siebie RYK, żeby powiedzieć lasowi, kim jest.

Kim jestem? pytał. Jestem słoniem.

Mały chłopczyk, szczupły, z fryzurą na jeża, siedział na brzegu łóżka, ubrany w piżamkę. Łóżko było wąskie jak kojec. Ktoś rozłożył pościel na noc. Z kolanami podkurczonymi pod brodę, mały chłopczyk patrzył wprost przed siebie na dużą istotę, która opowiadała mu historię. „Dawno, dawno temu”, mówiła wielka istota. „Dawno, dawno temu był sobie człowiek, który przemierzał całą ziemię. Ten człowiek nie był olbrzymem w sensie fizycznym, ale był nim pod każdym innym względem. Olbrzym jadał kolby kukurydzy, a od czasu do czasu również ludzkie głowy…”.

Zęby niedźwiedzia znów zaczęły szczękać, a on płakał. Czemu zęby nie mogły przestać? Czemu trząsł się niczym jakaś nawiedzona wariatka i kręcił się w kółko, jak biały koń, którego po raz pierwszy dosiadł jeździec? Niedźwiedź miał gorączkę. Chciał uciec, ale wiedział, że gdyby uwolnił się z tych więzów, to nic na świecie nie zostałoby już nic.

6 Niedźwiedzia wizja czarności

Noc była czarna i wszechświat był czarny. W tej nocy nie dało się rozróżnić żadnych form. Czarna wstęga oddzielała czarną ziemię od czarnego nieba. Wszędzie była tylko czerń, warstwa czerni.

Ty – to, co nazywasz „sobą” – było kulą nieustannie obracającą się w czarności, tylko że ta czarność nie była czymś – jak „czerń” – ani nie była nicością, bo nicość to też coś. Całość zamienia się w kulę, kula jest ulotna, a ty – gdzie jesteś? Twoje ja jest kulą, która nieustannie się obraca, przerzucana z jednej ręki do drugiej i za każdym razem, gdy kula się obraca, czujesz, jak wszystkie twoje cechy, twoje tożsamości, wymykają się, więc wariujesz. Kiedy kula się nie obraca, czujesz się stabilnie.

Istniejecie w tej ciemności. Wichrzyciele. Dziwadła. Wyrzutki. Samotnicy. Ludzie, którzy nienawidzą wszystkich. Ludzie, którzy czują się niepewnie przy wszystkich. Ludzie, którzy wiedzą, że wszyscy ich nienawidzą. Ludzie, którzy nienawidzą krępowania, ograniczania, uciskania i ogromnych wijących się węży. Węże wspinają się wam po szyi i ramionach. Kobieta, która jest matką węży, bierze was do siebie.

Czujesz wielki niepokój. Robisz krok. Nie wiesz, co robić, bo nie ma nic, bo nie ma nawet niczego.

7

Z jakiegoś powodu ten widok czarności bardzo ucieszył niedźwiedzia. Niedźwiedź zaczął tańczyć, śpiewać i wydawać różne śmieszne dźwięki. Z jego oczu potoczyły łzy jak gromy. Krople potu jak grad spadały z jego szorstkiego futra. Niedźwiedź był sprawcą całej pogody. Zaśpiewał więc piosenkę:

Słodki ptaszku w ciemności

mieszkasz w moim sercu

twe skrzydła są moim sercem

twoje rozpostarte

skrzydła są srebrne, szafirowe i fioletowe

złote i jasnozielone

odlatujesz

podążam za tobą

hej ho  

świat jest

srebrny, szafirowy i fioletowy, złoty i jasnozielony

tryskają strumienie, rosną drzewa

i pąki i liście i pokrzywy, jastrzębie i dzikie mgły

liście są ciemnozielone i błękitne i

jasnozielone

Nic mnie nie obchodzi.

Nie muszę nic robić

wszystko żyje

To, o czym śpiewał niedźwiedź, było prawdą. Świat był niewiarygodnie piękny. Wróciły wszystkie formy i wszystkie kolory.

Wtedy niedźwiedź zaczął machać skrzydłami. Skrzydła poruszały się coraz szybciej i szybciej i wkrótce niedźwiedź wzbił się w powietrze. Odleciał z ciepłego domu bobra i ohydnego potwora i już nigdy więcej go nie widziano.

Kathy Acker, Krew i flaki w szkole średniej, przeł. Andrzej Wojtasik, Korporacja Ha!art 2022.