Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Jan Dzban „Dentro De Luxe” (fragment)

I Wanna Be a Rock Star

Wiele osób będzie pewnie w szoku, kiedy dowie się, że powszechnie szanowany adwokat może wykazywać tego typu skłonności. A jednak wyznam, że pod warstwą pozorów pewności siebie, olbrzymiej wiedzy i doskonałego stylu skrywam pewną słabostkę. Jest nią obsesyjnie powracające marzenie, tak dziwaczne i perwersyjne, że nikt ze znajomych nawet by mnie nie podejrzewał, że byłbym zdolny do tego typu fantazji. Ale mam już dość ukrywania się, tej całej maskarady i ciągłego udawania przed wszystkimi kogoś, kim nie jestem. Wypiłem cztery whisky i czuję się gotowy, aby odkryć teraz przed światem tę kartę i potwierdzić, że tak, to prawda, przez cały dzień i większą część nocy myślę tylko o jednym, o tym, że chciałbym być gwiazdą rocka, a konkretnie jego polskiej, współczesnej odmiany.

W dzień biorę papiery z jednego równego stosiku i po przeczytaniu układam je równo w inne stosiki; przysiadając na brzegu biurka zerkam znad okularów na głowę młodej aplikantki, która robi się od razu cała czerwona; powoli splatam przed sobą wypielęgnowane palce na blacie hebanowego biurka, kiedy z kamienną twarzą oznajmiam klientowi o ważnym odkryciu dokonanym w przypisach do dokumentacji. W takich sytuacjach mam pełną kontrolę nad moimi poczynaniami i sam sobie wydaję się wierzyć, że w sumie nawet lubię to zajęcie i dobrze się czuję w roli bystrego mecenasa, do którego wszyscy mają szacunek, zazdroszczą mu albo się go boją.

Jednak po pracy, kiedy jadę samochodem i słuchając polskiego radia grającego polską muzykę poluźniam krawat, albo kiedy napiję się czegoś w barze, w którym barman wyłączy zachodnią sieczkę i puści coś mocniejszego po naszemu, lub też kiedy oglądam jakiś film, na którym nie mogę się skupić, bo zaczyna mnie uwodzić jego ścieżka dźwiękowa – wówczas nachodzą mnie dynamiczne, kolorowe, bardzo głośne wizje, od których nie potrafię się uwolnić. Transowe stany, wywoływane bez użycia żadnych narkotyków poza whisky i tytoniem, są dla mnie jak kolejne sesje oddawania się potężnemu nałogowi, nad którym utraciło się kontrolę albo jak ślepa uległość mrocznym siłom, które nakazują zboczeńcom i psychopatom popełniać okrutne zbrodnie na przypadkowych ofiarach. Kiedy biorę prysznic albo wiercę się w łóżku czekając na sen, popuszczam fantazji, ulegam im i daję się ponieść w coraz głębsze i ciemniejsze rejony wyobraźni. Tam, powoli, w mrokach rewirów, do których nigdy normalnie bym nie zaglądał, rozmazane cienie zaczynają nabierać wyraźnych kształtów, a ja, pośród tej krystalizującej się nastrojowej scenografii coraz precyzyjniej wczuwam się w rolę gwiazdy polskiego rocka. Niczym na jakimś szamańskim telewizorze patrzę na siebie jak występuję w tej roli i wydaje mi się, że to tylko ten obraz jest realny, a moje życie zapracowanego adwokata jest jedynie jakąś dziwną grą prowadzoną w teatrze, do którego nie występowałem z podaniem o angaż. Wrażenie powrotu do mojej prawdziwej postaci jest tak przyjemne i tak pociągające, że mdli mnie na samą myśl o konieczności powrotu na drugi dzień do nudnego biura, tego koszmaru dręczącego duszę sześćdziesiąt godzin tygodniowo przez zanurzanie jej w cuchnącym bagnie skomplikowanych spraw, kiedy diabelskie sługi w garniturach dorzucają do niego kolejne porcje swoich wymiocin, plików, papierów i akt. W tych chwilach, kiedy magia napełnia mnie rockową mocą, doznaję na sobie całej prawdziwości twierdzenia, że do szczęścia nie są człowiekowi wcale potrzebne te wszystkie fałszywe gry pozorów, bo najważniejsze jest być sobą, a ja tak naprawdę jestem sobą, kiedy jestem gwiazdą polskiego rocka.

Tak, moi drodzy, nie przesłyszeliście się. Ten ambitny, dobrze ułożony, do bólu pragmatyczny i zawsze racjonalny współwłaściciel jednej z lepszych kancelarii w mieście, głęboko w sobie skrywa prawdziwą bestię, która w miarę upływu lat coraz intensywniej domaga się ofiar w postaci krwi, potu i łez złożonych na ołtarzu rocka współczesnego. Bestia szarpie się dziko i każe mi zrzucić tę faryzejską maskę, ryczy mi do ucha, aż ciarki przechodzą, żądając abym podążył za głosem prawdy ścieżkami wytyczonymi przez Legendy Zasłużonych dla Polskiego Rocka i zanurzył się w mroku jego Świątyni, padł przed tym ołtarzem na kolana i oddał należną mu cześć.

Kiedy minie pierwsza faza osłupienia, zastygłe myśli ockną się i powrócą do swobodnego krążenia w waszych łepetynach, a pytania zaczną mnożyć się jak oszalałe, będziecie się gorączkowo zastanawiać, dlaczego ktoś taki jak ja chciałby być akurat gwiazdą polskiego rocka współczesnego.

W pierwszych, intuicyjnych próbach złagodzenia dysonansu poznawczego nasuwają się zazwyczaj najbardziej banalne skojarzenia i wielu z was pomyśli pewnie, że muszę pragnąć takich korzyści, jak uprzywilejowany dostęp do łatwego seksu, łatwe pieniądze w dużych ilościach i łatwa popularność, rozumiana jako prośby o wspólne selfie składane przez obcych ludzi w miejscach typu restauracje Warszawy, nadmorskie promenady i międzynarodowe lotniska.

I tutaj się grubo mylicie, jeśli dajecie się zwieść pierwszym skojarzeniom, które nie tylko są banalne i zakłamane, ale przede wszystkim oddalają was od możliwości poznania prawdy. A jest ona potężniejsza i bardziej niesamowita niż mógłby to z góry przewidzieć byle prymityw żyjący w przekonaniu, że o wszystkim decyduje tylko seks, kasa i wysoka pozycja społeczna.

Pakujące się po koncercie do garderoby pęczki rozgrzanych groupies wydają mi się mało atrakcyjne, a ponadto niehigieniczne. Do tego przelotne i powierzchowne relacje ze spoconymi, nieznajomymi dziewczętami balansującymi niebezpiecznie na dolnej granicy prawnie ustalonego minimalnego wieku zgody, to też nie jest to, co by mnie na dłuższą metę fascynowało. Zresztą, ile można tracić cenną rockową energię i nakręcać się posuwaniem napalonych nastolatek?

Jeśli chodzi o pieniądze, to nie czułbym się komfortowo, gdyby moja sytuacja finansowa, zarówno przyszła jak i obecna, miała zależeć od nieprzemyślanych ruchów rozkapryszonych fanów kierujących się przypadkowymi impulsami podczas podejmowania decyzji, takich jak to, czy fajniej jest kupić mój nowy album czy może jednak nową bluzę, albo czy zastrzyk gotówki otrzymany od babci w prezencie urodzinowym lepiej będzie wydać na bilet na mój koncert czy raczej skorzystać z promocji wódki smakowej, której trzy butelki można obecnie dostać w cenie dwóch. Poza tym, jako wzięty adwokat zarabiam na pewno nie gorzej niż wielu z tych pozbawionych kręgosłupa, sprzedajnych muzykantów, traktujących Sztukę jak dojną za przeproszeniem kurwę i żerujących na niej jak sępy, w których duszach dawno temu wygasł już święty ogień prawdziwego rocka z Polski. Stała pensja z bonusami plus kilka poczynionych ostatnio dodatkowych inwestycji w fundusze i obligacje stawia mnie pod względem bogactwa co najmniej na równi z wieloma gwiazdami polskiej sceny, zwłaszcza tymi, które jeszcze nie osiągnęły swojego zenitu albo zostały już z niego wyparte przez nowych topowych artystów.

Popularność to również jeden z tych atrybutów polskiej gwiazdy rocka, który wydaje mi się bardziej odpychający niż pociągający. Już samo zdobywanie popularności sprawia wrażenie wyjątkowo męczącego zajęcia, jeśli przyjąć założenie, że nie udałoby mi się pewnie wykręcić od nudnych zadań obowiązkowych: publikowania autoportretów w internecie, udzielania się w talent showach, brylowania w półnegliżu na okładkach kolorowych tygodników czy reszty głupich i zabierających czas działań promocyjno-reklamowych. Zupełnie odpada również obnażanie duszy w telewizji śniadaniowej, a nawet udzielanie wywiadów radiowych w ramach promowania nowej płyty czy trasy. Występy na scenie też zresztą nie są dla mnie, gdyż jako skrajny introwertyk posądzany nawet o autyzm i obdarzony wybitnym umysłem analitycznym, czułbym się niekomfortowo, wystawiony w świetle reflektorów na widok publiczny. A jeśli do tego musiałbym bratać się z rozkrzyczaną i wijąca się pod nogami tłuszczą wyjących histeryków, to zaiste jawi mi się ta wizja pracy jako cięższa od fedrowania na etat w kopalni. Wchodzenie w zażyłość z innymi gwiazdami polskiej sceny rockowej, a także przedstawicielami szerzej pojętego show-biznesu wydaje mi się mało interesujące, z tego powodu, że jest to środowisko ubogich duchem pozerantów, zawistne i podstępne jak kłębowisko żmij. Oni nigdy by mnie nie przełknęli, gdyby zobaczyli, jak blisko jestem sfery boskości i do jak głębokich pokładów mam bezpośredni dostęp, a mam do takich, że mogę wręcz kąpać się w źródle czystej esencji polskiego rocka współczesnego. Cóż zatem? Być może, ktoś sprytny wpadnie po namyśle na to, że w takiej sytuacji wystarczającą motywacją byłoby dla mnie sam czysty akt twórczy, bez całej tej branżowej otoczki. Akt polegający na nagrywaniu w zaciszu domowego studia zadziornych hiciorów, trwale wpadających w ucho i nigdy niestarzejących się hymnów rockowych, sławiących wolność, prawdę i piękno w prostych, kipiących surową energią ale wystarczy, że usłyszę gdzieś jakąś polską nutę, zobaczę na billboardzie zdjęcie zespołu promujące trasę koncertową albo do moich nozdrzy dotrze nitka zapachu z hotelowego foyer i wszystko odwraca się do góry nogami. Dostrzegam wtedy wyraźnie, że to przecież to jednowymiarowe, adwokackie wcielenie jest urojone, a ja zamknięty w nim jak kukła wybijam palcami na kierownicy synkopowany rytm i z zawiścią patrzę na billboard, na którym przecież powinno być zdjęcie raczej moje, a nie tych nieautentycznych pajaców, skorumpowanych śmierdzieli, prymitywnych sprzedawczyków, którym z całego serca, metodycznie i z zimna krwią zazdroszczę okazji do demolowania hotelowych pokoi.

W domu jakoś daję radę trzymać się z dala od problemów, jednak kiedy wychodzę do miasta, ryzyko wzrasta, a bezsprzecznie najgorsze ze wszystkiego są wyjazdy służbowe. Kiedy kancelaria wysyła mnie do stolicy, Krakowa czy Poznania muszę się bardzo pilnować, jeśli negocjacje się przeciągną i zajdzie konieczność nocowania w hotelu. Pierwsze co robię po wejściu, to wyjmuję z gniazdka kabel od radia, owijam odbiornik w kilka grubych ręczników, jakich w hotelach zawsze jest pod dostatkiem i chowam zawiniątko w trudno dostępnym miejscu, na przykład za sedesem albo na szafie. Na ogół nie śpię przez całą noc, tylko siedzę intensywnie spocony przy zapalonym świetle i pijąc kawę zmuszam się do lektury akt albo powtarzam z pamięci łacińskie zasady prawa rzymskiego. Robię wszystko, aby zająć czymś myśli i nie zerwać się nagle, nie wyszarpnąć gwałtownym ruchem telefonu z gniazdka i nie wypierdolić nim strzałem z woleja okna wychodzącego na parking. Ta ciągła potrzeba powstrzymywania się i bezpardonowej walki wewnętrznej wymaga ode mnie niesamowitej siły zaparcia i czasami kiedy czuję, że nie wytrzymam, idę do łazienki i wkładam głowę pod zimną wodę powtarzając mentalnie mantrę, że nie jestem gwiazdą polskiego rocka tylko zwykłym, pospolitym prawnikiem i stosując najbardziej wyrafinowane adwokackie sztuczki przekonuję sam siebie, że nawet jeśli wypierdolenie krzesła przez zamknięte okno mogło mi ujść płazem lata temu w jakimś Ciechanowie czy Ciechocinku, to tutaj i teraz konsekwencje będą zupełnie innego kalibru.

Nie mówię tego, żeby czarować i pozować na takiego wrażliwego faceta, zdolnego jak inni ludzie ulegać impulsom. Nikt nie zdaje sobie nawet sprawy jakie katusze i jakie nieludzkie walki wewnętrzne muszę staczać, kiedy służbowo bądź turystycznie przyjdzie mi przebywać w Londynie, Paryżu czy innej europejskiej stolicy. Za każdym razem, kiedy przechodzę obok Hiltona, Marriotta czy nawet Radissona, odwracam głowę w drugą stronę i udaję, że nie dostrzegam tych potężnych, zdecydowanie dominujących w miejskim pejzażu brył, choć ręka świerzbi mnie, żeby poluzować krawat, platynową MasterCard zapłacić za pokój, zamówić blaszane wiaderko z lodem i butelkę Jacka Danielsa, zabarykadować drzwi i choć przez tę jedną noc znów poczuć magiczny prąd przepływający przez całe ciało, umysł i duszę. Doświadczyć jeszcze raz tego boskiego rauszu rozpoczynającego wieczór od rzutu popielniczką w świeżo zoperowaną, płaską twarz znanej polskiej wokalistki, która ruszając ustami wypełnia duży ekran telewizora. A później dać się ponieść i niech ten wieczór rozwija się frenetycznie jak nocne nabożeństwo odprawiane w jaskini ku czci bogini muzyki, płodności i życia przez plemię pogan odurzonych bieluniem. Chwytam gitarę i jak wiking swoim toporem roztrzaskuję nią obraz przedstawiający “Słoneczniki” Van Gogha. Meblom nie okazuję ani cienia litości i rąbię je w drzazgi, aż z mojej gitary zostaje sam gryf z jedną, smętnie zwisającą struną, którym wymachuję nad głową w geście triumfu. Nie na próżno zdzierali sobie gardła i skórę na palcach Czesław, Grzegorz, Romuald i Ryszard, których od najmłodszych lat słuchałem w radiostacjach ustawianych od rana przez rodzinę, sąsiadów, współpracowników, taksówkarzy i personel zakładów fryzjerskich, a moja młoda dusza nasiąkała rebeliancką energią czystego polskiego rocka! A dzisiaj ona przenika i napędza mnie oraz wypełnia niewysłowioną rozkoszą, jaką można poczuć tylko wtedy, kiedy człowiek porzuci swoje małe ego i roztopi się w kipiącym oceanie tej pierwotnej siły. Podłączam się do niej dostrajając moją wibrację do kosmicznych fal polskiego rocka współczesnego, nago wspinam się na parapet i staję wyprostowany w otwartym oknie zdemolowanego pokoju hotelowego na dwudziestym piętrze. Ignorując dobijającą się do drzwi obsługę pociągam solidne łyki prosto z butelki, odchylam do tyłu głowę wystawiając twarz na wirujące płatki śniegu. Wiem, że barykada długo nie wytrzyma i patrząc na rozświetlone arterie metropolii wołam do przejeżdżających na dole zwykłych ludzi, tych nudnych księgowych, inżynierów i adwokatów w ich wyglancowanych samochodach: “Juhuu! Juhuu! Juhuu!” i czuję to, co musi czuć Artur albo Jacek, a może Krzysztof lub Robert w dziwnej czapce na głowie, który ryczy na całe gardło ponad szalejącym tłumem: “Światło! Świetlicki, prooooowaaaaadź mnie!”.

Do tej pory zawsze udawało mi się szczęśliwie powstrzymać i ominąć wszystkie zdradliwe wejścia do hoteli, kuszące jak otwarte drzwi knajpy, które wysyłają do przechodzących alkoholików zachęcające sygnały podprogowe. Jednak słabnę i coraz bardziej czuję się jak istny doktor Jekyll i prawdziwy pan Hyde. Nie wiem, jak długo dam radę znosić tę wyczerpującą szarpaninę między moimi dwiema postaciami ani dokąd mnie zaprowadzi końcowe zwycięstwo jednej z nich. Z jednej strony nie mam dość sił, aby zrzucić ciasne okowy prawniczego życia i podążyć za głosem wolności wołającym do mnie pełną piersią: “I wanna rock!”. Z drugiej, jestem wypalony, coraz trudniej jest mi skupić się na pracy i odgonić od wspaniałych wizji, nieposkromionych ciągot i wysuszającej duszę tęsknoty za szczęściem, które wydaje się być tak blisko, że wystarczyłoby tylko wyjechać do innego miasta, wejść do hotelu i poprosić o pokój. Mój profesjonalny wygląd adwokata w podróży służbowej nie wzbudza niczyich podejrzeń, o czym doskonale wiem i dlatego zachowuję pełen spokój, a wszystko przebiega normalnie. Przecież nie różnię się niczym od milionów facetów w garniturach niosących teczki i płaszcze, którzy codziennie zatrzymują się przed recepcjonistą i naturalnym głosem pytają o wolne miejsca. Po wypełnieniu wstępnych formalności dostaję drewnianą gruszkę z przypiętym kluczem i zmierzam w kierunku windy, która wiezie mnie na szóste piętro, gdzie po czerwonej wykładzinie idę bezgłośnie w stronę drzwi oznaczonych numerem 66. Otwieram je powoli, z czcią i zanim wejdę do środka wciągam łapczywie do płuc ten sakralny zapach, którego nawet nie będę starał się opisać ani porównywać do niczego, bo i tak ludzie, którzy nie mieli nigdy bezpośredniego kontaktu z czystą energią i słuchają bez torsji skomercjalizowanych odmian rocka alternatywnego, nie będą w stanie pojąć jak głęboko i jak inaczej można czuć zapach zapowiadający organiczny kontakt z sacrum. Kiedy wyczulone nozdrza przyzwyczajają się już do tej żywicznej woni i traci ona nieco na intensywności, wchodzę do środka i zamykam drzwi na klucz. Zapalam światło i widzę, że przede mną wije się, pręży i dygocze pokój hotelowy: zwyczajny, prosty, schludny i bezbronny. Widząc go wiem od razu, że już poległem, że nie uda mi się powstrzymać przed zbrukaniem go tej nocy, brutalnym zbeszczeszczeniem jego niewinnego porządku, urządzeniem mu takiego piekła, że pierwsza noc pedofilnego harcmistrza pod celą grypsujących recydywistów, to przy mojej Rockowej Sodomie dziecinna igraszka. Nalewam sobie whisky i powoli zdejmuję marynarkę, rozpinam koszulę i ściągam spodnie. Kiedy mam na sobie już tylko biały podkoszulek gimnastyczny, bokserki, biznesowe skarpety i wypastowane półbuty, patrzę w lustro i widzę tam nie zwykłego, szarego adwokata, ale pomalowanego w rytualne wzory, szykującego się do orgii dzikiego ministranta rockowego bóstwa, gotowego pogrążyć się w ekstatycznym szaleństwie i wyrazić swoje pełne oddanie w chaotycznym tańcu zniszczenia. Włączam radio, większość stacji nadaje jakieś badziewie, ale w końcu udaje mi się trafić na rozgłośnię, która nie pierdoli się, tylko wgniata słuchaczy w glebę ciężkim młotem swojej propozycji muzycznej składającej się wyłącznie z pereł najświetniejszego rocka krajowego. Rozlegają się pierwsze nuty wykonywanej na jakimś festiwalu monumentalnej i dostojnej pieśni, zaiste jednego z najbardziej podniosłych hymnów, do stworzenia których miłościwe bóstwo naszego rocka natchnęło swoich wiernych czcicieli. Dźwiękowa miazga tworzona przez gitarę, bas i bębny narasta stopniowo, aby w końcu wybuchnąć gorącą lawą, błyskawicznie zastępującą krew tętniącą w moich żyłach. Tekst piosenki, śpiewany po polsku przez jedną z najwybitniejszych krajowych artystek rockowych, strzela we mnie skoncentrowaną wiązką nadfioletu, która trafia mnie dokładnie między oczy. Odbieram to jako znak potwierdzający bez słów głęboką prawdę o tym, że najważniejsze to być sobą. Czuję, że jestem starym i niepotrzebnym naczyniem, rozpieranym od środka przez czystą energię polskiego rocka współczesnego. Podchodzę do lustra jeszcze bliżej i daję mu mocno z bańki. Skorupa pęka i rozpada się, moja dusza wyzwala się z kajdan i wyrywa w stronę wrót świetlistego tunelu, jaki otwiera się i wiruje przed mną, a ja przyjmuję zaproszenie i nagi rzucam się w niego, to znaczy wskakuję na łóżko, z wiszącej nad nim akrylowej wariacji marynistycznej wyrywam zębami przypadkowe kawałki i żując je wypróżniam się wylewnie do abażurów lamp stojących na stolikach nocnych. Czuję się lekki jak piórko i potężny jak wodospad. Wchodzę na masywne biurko i przesuwając płomień zapalniczki pod śnieżnobiałym sufitem tworzę smolistą inskrypcję o treści sławiącej niepowstrzymaną siłę polskiego rocka współczesnego. Biurko okazuje się za krótkie i nie sięgam wystarczająco daleko, aby wykopcić ostatnie wyrazy mojego przesłania. Ale mój zapał jest tak szczery, a moja energia tak czysta i świeża, że spływają na mnie łaski i otrzymuję dar lewitacji. Odrywam się od blatu i unoszę na kilka palców, aby dokończyć mojego dzieła. Jak koliber przy krzaku spijający kwietny nektar, powoli przesuwam się w powietrzu, cały czas trzymając nad głową niczym pochodnię świętego ognia płonącą zapalniczkę. Kiedy napis jest gotowy podfruwam, aby przysiąść na parapecie otwartego okna. Z perspektywy szóstego piętra dobrze widać małość i przyziemność ludzkich spraw, ich nerwową krzątaninę w trosce o chwilowe błahostki, ich brak otwarcia na potężne pulsacje źródła najczystszej energii. Ja czuję tą energię każdą komórką mojego ciała i wystawiam się, aby napełnić się nią jeszcze bardziej. Otwieram okno na oścież i przykucam na parapecie w szerokim rozkroku, z rozłożonymi ramionami i z zamkniętymi oczami odbieram całym ciałem sekretny przekaz nadawany przez bóstwo do tych, którzy potrafią go usłyszeć. Mój duchowy trans i moja medytacja są jednak zakłócane przez kapryśną firankę. Cienka płachta tkaniny sztucznej tańczy na wietrze i nie potrafi zdecydować, po której stronie okna chce przebywać, łaskocze mnie i dekoncentruje, aż w końcu mam dość tej jałowej miotaniny. Okręcam ją sobie kilka razy wokół nadgarstków i jak smok wzbijam się do lotu, aby wyrwać ją razem z karniszem i kawałkiem ściany.

Jan Dzban, Dentro De Luxe, Korporacja Ha!art 2020.