Czas wślizgnąć się miękko w ten pokręcony wymiar. Oto West Hollywood w piątkową noc późnym latem 2003 roku. Sunę Bulwarem Robertsona lepki od paskudnego sierpniowego upału. Szyby mam opuszczone i jadę do Privilege. Z rozedrganych głośników mojego rozklekotanego wozu szyderczo rozbrzmiewa In Da Club. 50 Cent żłopie szampana, oferuje damom cielesne przyjemności i przypomina mi, że nigdy nie ma się dość pieniędzy.
Wkraczam do pozłacanej krainy. Baśniowe królestwo ludzi po liftingach rozciągające się pomiędzy dzielnicami Beverly Hills i West Hollywood. Jest dziewiąta wieczorem, a paparazzi wciąż tłoczą się na chodniku pod wejściem do Ivy, trzaskając fotki celebrytom wcinającym sałatki za trzydzieści dolców. Tabloidy co tydzień rzetelnie puszczają te zdjęcia w obieg, dzięki czemu kolejne fale pielgrzymów spoza miasta ściągają do tego zagłębia organicznych kawiarni, sklepów oferujących dalekowschodnie lekarstwa i butików drogich projektantów. Żaden z przybyłych nie potrzebuje już mapy po siedzibach gwiazd.
Mijam Kitsona, sklep odzieżowy, w którym każda gwiazdeczka, klubowiczka czy dziewczyna łaknąca sławy może się ubrać od stóp do głów. Obróżki z kryształków kosztują tam tyle co miesięczny czynsz. Gdyby Al-Kaida zdecydowała się porządnie zabrać do rozgłaszania bez-brzeżnej deprawacji niewiernych, rozrzucałaby ulotki propagandowe z wizerunkiem sióstr Hilton dumnie opuszczających Kitsona z zakupami wartymi setki tysięcy dolarów. To właśnie tam Britney najchętniej zaopatruje się w dresy od Juicy Couture i buty Uggi. Nastolatka z prowincji, która nosiła spódniczki z K-Martu, wyznacza dziś masowe trendy. Nawet jeśli wybierze strój, który teoretycznie nie ma szans powodzenia (przypomnijmy tu dżinsowy look od stóp do głów, w który dwa lata wcześniej wbili się z Justinem Timberlakiem z okazji gali American Music Awards), to strój ten staje się częścią jej legendy. Facet z planu …Baby One More Time miał absolutną rację. Britney to coś więcej niż gwiazda, to idea.
Nie sposób było ignorować jej istnienia, tej fosforyzującej spirali, po której poruszała się między impeachmetem a implozją. Gdziekolwiek się znalazłeś, w każdym kiosku, na każdym lotnisku, jej oczy śledziły cię z niezliczonych okładek „Vogue’a”, „Esquire” i „Rolling Stone’a”. Magazyny dla panów podbijały jej zakazany powab małolaty, gazetki dla nastolatek rozpływały się nad jej prostolinijnym wdziękiem, a magazyny popkulturowe robiły jedno i drugie (przy okazji podkreślając, że ma na koncie mnóstwo przebojów). Była twarzą McDonalda i Got Milk? Mogłeś kupić sygnowane przez nią gry komputerowe, okulary słoneczne i tramp-ki. Pewnego razu na święta Pepsi wystroiło ją w granatowy strój Mikołaja zdobiony białym futrem z czapką do kompletu i botkami typu „przeleć mnie”.
Nasz związek był skomplikowany. Mimo woli czułem się nieco zazdrosny. Byłem pierwszym outsiderem, który doświadczył pełni jej magii, a teraz zbierała hołdy w każ-dym centrum handlowym, uwielbiana przez wszystkich, od podfruwajek zafascynowanych księżniczkami po geriatrycznych zwyroli, marzących o własnej Lolicie. Była twoją nie-odwzajemnioną miłością z dzieciństwa, która zniknęła ze szkoły, nie żegnając się z nikim, żeby potem, pewnego dnia kilka lat później wyskoczyć z okładki magazynu albo ekranu telewizora. Czujesz jakąś irracjonalną więź z jej sukcesem, jakbyś miał w nim swój udział. Mówisz sobie: Znałem ją, zanim stała się sławna.
Nawet najbardziej krewki menedżer z Jive Records nie przewidziałby skali jej kulturowej hegemonii. Debiutancka płyta, oczywiście zatytułowana Baby One More Time, sprzedała się na całym świecie w trzydziestu milionach kopii. Starożytni Grecy mieli na to słowo: kairos, ulotny moment, który trzeba wykorzystać do maksimum, żeby urzeczywistnić swoje zamierzenia. Magazyn „Forbes” ogłosił ją najbardziej wpływową celebrytką 2002 roku.
W tym samym czasie Spice Girls szorowały po dnie morza, a członkowie boysbandów stali się bandą głupków ze śmiesznym zarostem. Christina Aguilera, Jessica Simpson i Mandy Moore podążały jej śladem, ale różnica w efekcie była taka jak między światłem żarówki a blaskiem błyskawicy. Nie zrozumcie mnie źle. Wszystkie naśladowczynie miały swoje własne przeboje, urok i wdzięk. Ale tylko jedna z nich władała ludzką wyobraźnią tak mocno, że faceci z mojej studenckiej drużyny koszykarskiej – niebędący by-najmniej wielbicielami list przebojów – odstawili grupowy playback show do trzeciego z największych hitów na jej debiutanckiej płycie. Sometimes I run, sometimes I hide.
Przelatuję na żółtym przez skrzyżowanie z Melrose i skręcam w prawo, w kierunku Santa Monica, mijając dżentelmenów sączących kolorowe drinki w cieniu tęczowych flag i do rytmu house’u. To gejowskie zagłębie klubo-we tego miasta, gdzie rok wcześniej w Halloween widziałem nie mniej niż trzy drag queen przebrane za Britney w wersji z teledysku do …Oops! I Did It Again.
Skręcam w lewo w Crescent Heights. Onieśmielający snop światła iluminuje rezydencje na wzgórzach. Górują nad plebsem zamieszkującym parterowe domki. Privilege nie otworzy drzwi przed dziesiątą, mam więc trochę czasu do stracenia. Skręcam na zachód i jadę w dół Sunset, o tej porze tłocznym od imprezowiczów delektujących się jednym z ostatnich weekendów lata. To czas prosperity bez zakłóceń, ustawicznego podkręcania tempa.
Po mojej prawej miga Dublin. Ten wzniesiony z cegieł i drewna irlandzki pub, „bubblin”, który uwiecznił Jay-Z w swoim tekście, najlepsze lata ma już za sobą. Stracił na znaczeniu, odkąd może tam wejść każdy. Sklep The Body Shop wrzeszczy wielkimi świecącymi literami: „Dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny!!!”. Markiza House of Blues reklamuje występ Arthura Lee z zespołem Love, blady powidok hippisowskiej przeszłości tych okolic.
Po lewej miga mi fasada Hotelu Standard z logo powieszonym do góry nogami i surowym białym lobby. Wewnątrz opłacone modelki godzinami spacerują tam i z powrotem w szklanej klatce, przy okazji robiąc za instalację artystyczną. Potem mijam jeszcze minimalistyczny hotel w kształcie kostki domino, nazwany na cześć holenderskiego malarza, który chciał tworzyć „czysto plastikową sztukę”. Mijam Miyagi’s, połączenie restauracji sushi z klubem zaprojektowane w stylu świątyni z Kioto. Mijam Saddle Ranch, zajazd w pseudowesternowym stylu, gdzie urlopowicze z wielkich równin mogą zostać zrzuceni z mechanicznego byka.
Mijam Whisky a GoGo będące zaledwie cieniem dawnej świetności, tu za pieniądze zagrać może każdy, więc miejscowe licealne zespoły ska-punkowe rzępolą covery Sublime za pięć dolców od osoby. Potem jest ogromny sklep z szyldem Hustlera, gdzie kandydat na gubernatora sprzeda-je płyty z pornografią i zabawki erotyczne. Rainbow, w którym Lemmy Kilmister przez całą noc łoi Jacka z Colą i gra w pokera na automatach. Viper Room – to tam śmiertelnie przedawkował River Phoenix.
Gdziekolwiek spojrzysz, straszą widma przeszłości, ale Sunset Strip to miejsce zbyt zajęte sobą, żeby się ich bać.
Dojeżdżam do Pink Dot, nocnego marketu spowite-go światłem z pojedynczego neonu, zawracam i kieruję się z powrotem na wschód, w stronę Privilege.
W radiu Black Eyed Peas nakazuje mi uwolnić moją „wewnętrzną duszę”, „wyrwać się z okowów tradycji” oraz „zacząć dziś na nowo”. Brzmi to jak reklama rejsu wyciecz-kowego dla emerytów. Przełączam stację z Power 106 na KISS-FM, ale nadal leci Black Eyed Peas. Tylko że tym razem dołącza do nich Justin Timberlake pytający, gdzie jest miłość (Where Is The Love?). Brzmi to jak Imagine po lobotomii.
To chyba dobry moment, żeby przyznać się do pewnego uprzedzenia. Od chwili gdy zobaczyłem Timberlake’a w bandanie i wdzianku z Cross Colours w programie pod szyldem Myszki Mickey, wiedziałem, że to totalny pozer. Ckliwy zapiewajło i tancerz z talentem do mimikry, lecz pozbawiony oryginalności, wyobraźni i zdolności do zaskakiwania.
Timberlake miał dość sprytu, żeby wziąć od Pharrella nie-zaprzeczalne hity. Z drugiej strony wszyscy wtedy chcieli pracować z Pharrellem. Był średnio utalentowany, ale miał to szczęście, że nie musiał się martwić o budżet i był w stanie zaprezentować światu przyzwoitą imitację Michaela Jacksona w czasie, gdy sam Król Popu już nas opuścił. Timberlake to taki „miły chłopak”, bezustannie zmieniający środki wyrazu z farbowanego hiphopowca na chórzystę ze słodkim głosikiem. Typ, który podlizuje się rozwiedzionym matkom twoich kumpli, a potem dużo gada o tym, jak bardzo chciałby je „wyruchać”. Jego prawdziwa natura wy-szła na jaw przy okazji historyjki o pierwszym razie z Britney. Ponoć pognał z powrotem do autobusu N Sync i zaczął namawiać kolegów z zespołu, żeby, cytuję, „powąchali jego palce”.
Wiosną 2002 roku Britney i Justin się rozstali. Dla czytelników „Tiger Beat” było to wydarzenie rangi rozwodu Marilyn i DiMaggio. W listopadzie Timberlake wypuścił klip do Cry Me a River, w którym obsadził się w roli boha-tera zdradzonego przez okrutną byłą, wyglądającą zupełnie jak Britney Spears. Media łyknęły jego wersję wydarzeń bez popitki. W końcu gładko wpisywała się w narrację o Britney rozpustnicy, tylko udającej dziewiczą westalkę – najgorszym, co spotkało amerykańskich nieletnich, odkąd grupa 2 Live Crew nauczyła ich „rozdziewiczać cipki” (Pop That Pussy).
Wszystkie drobne potknięcia Britney piętnowano bez litości, a potknięć zaczęło przybywać. Jej debiut filmowy Crossroads – Dogonić marzenia z 2002 roku zarobił 60 milionów dolarów, pięciokrotnie przekraczając własny budżet. Mimo to oberwała Złotą Maliną za najgorszą rolę kobiecą. Otworzyła w Nowym Jorku Nylę, lokal serwujący dania kuchni cajun, ale gdy po dziewięciu miesiącach odcięła się od tego nieudanego przedsięwzięcia, prasa potraktowała to jako dowód na spadek jej wpływów. Nocna balanga w klubie w Miami stała się dla tych ludzi okazją, żeby wytknąć jej wciąganie kokainy. Nawet rozwód rodziców Britney stał się pożywką tabloidów.
Chodziło o zmianę narracji. Opowieść o grzecznej dziewczynce sprzedawała się kiepsko. Potrzebne były skan-dale, a Britney, począwszy od pierwszej okładki dla „Rolling Stone’a”, wychodziły one całkiem naturalnie. Ta pikantna, sypialniana sesja zdjęciowa z udziałem teletubisia skłoniła American Family Association do tak wytrwałego bicia piany, że sklepy płytowe sprzedające albumy Britney były bojkotowane. „Niepokojące połączenie dziecięcej niewinności z dorosłym powabem”, którym emanowała Britney, było solą w oku bogobojnych Amerykanów. Purytańska żona gubernatora stanu Maryland oświadczyła, że zastrzeliłaby Britney, gdyby tylko miała okazję. Działacze PETA też się zapienili, gdy w 2001 roku Britney wykonała na gali VMA utwór I’m a Slave 4U. Razem z nią wystąpił jedenastokilogramowy pyton imieniem Banana, którego zarzuciła sobie na ramiona.
Minęły całe dwa lata, odkąd telewizja kablowa trans-mitowała ten rytuał płodności z epoki brązu, a ja wciąż pa-miętałem każdy szczegół. Nie ja jeden. Nie dało się wyjść na miasto i nie usłyszeć hitu Britney i Neptunes. Dobiegał z klubów, barów i boomboxów z miejscem na sześć płyt. Kiedy staję na światłach pod żółto-czerwoną wieżą Tower Records w kształcie kredki, koło mnie hamuje auto pełne blondwłosych imprezowiczek. Tańczą i wywrzaskują napi-sane przez Britney wyznanie obsesji, bawiąc się przy tym jak nigdy w życiu.
I’m a slave for you
I cannot hold it, I cannot control it
Na przestrzeni ostatnich dwóch lat już nie dziewczynka, jeszcze nie kobieta („not a girl, not yet a woman”) prze-obraziła się w pozaziemską boginię seksu, królującą w kosmicznym haremie i trzepoczącą rzęsami Kleopatry w rytm kawałka Neptunes. I’m a Slave 4U brzmi jak utwór, który Prince powierzyłby jednej ze swoich muz. To wyuzdany, po-zbawiony zahamowań kosmiczny funk, okraszony hiphopowymi bębnami mającymi wprawić ciała tancerzy w egzotyczny trans. Piosenki nadające się na szkolną dyskotekę ustąpiły miejsca sadomasochistycznym fantazjom. Takie kawałki towarzyszą zdrożnym myślom lub są grane w klubach, gdzie nikt nie przygląda się podrobionemu prawu jazdy zbyt wnikliwie.
Mój wóz sunie w dół Sunset, ale ja myślami jestem przy tamtym wykonaniu Slave. Pięć dni później był 11 września. Tamten występ był ostatnim tchnieniem odchodzącego świata i zwiastunem tego, co miało nastąpić. Syczący wąż w rajskim ogrodzie kontrastował z prymitywnymi ruinami upadłej przyszłości. Britney wydostała się z klatki, w której zamknięto ją z żywym tygrysem. Była ubrana we wściekle zielony, skąpy top i błyszczące szorty, a jej ciało Afrodyty lśniło od drogich kamieni. Wskoczyła na grzbiet tancerzowi przebranemu za zebrę i uwodzicielsko zafalowała ramiona-mi. Symbolizm tej sceny można by kroić maczetą.
Oglądałem ten występ w telewizji, razem z szóstką innych osób w domu kolegi, który mieszkał poza kampusem. Pomijając Super Bowl, na którym Britney wystąpiła w tym samym roku – gala VMA pozostała jedną z tych okazji, które wciąż gromadziły ludzi przed telewizorem. Nie mogę stwierdzić, jaki był odbiór tego występu w innych kręgach, ale wiem jedno: każdy z obecnych wówczas w tamtym pokoju – chłopak, dziewczyna czy minerał – sprzedałby obie ner-ki za szansę u Britney. Była najseksowniejszym zjawiskiem przyrodniczym, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Emanowała zmysłowością, elektryzowała precyzją tanecznych kroków i niewzruszoną pewnością siebie, gdy obeszła scenę dookoła, dźwigając na ramionach syczącego gada. Kiedy było już po wszystkim, wyszliśmy do ogródka na blanta, próbując po-układać sobie w głowach ten pogański, okultystyczny rytuał, którego dane było nam doświadczyć.
Jeff Weiss, Czekając na Britney Spears, przeł. Nina Wum, Wydawnictwo Agora 2026.