Przedmowa
Psychiatria to patriarchat wyposażony w bloczek recept i pióro pełne atramentu.
Zapamiętajcie moje słowa: niewiele osób na tym świecie w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że psychologia, psychiatria i system ochrony zdrowia psychicznego są w istocie narzędziami ucisku kobiet – pomimo tego, że życie milionów kobiet i dziewczyn naznaczone jest przez przypisywanie im chorób psychicznych.
Przeczytanie tej książki na zawsze zmieni wasze spojrzenie na problematykę zdrowia psychicznego kobiet i dziewczyn.
* * *
Ta książka nabierała kształtu w moim umyśle przez całe lata.
Wydobycie jej stamtąd, przelanie na papier i pokazanie światu wiąże się dla mnie równocześnie z ulgą i lękiem.
Z ulgą dlatego, że w ciągu tych lat obserwowałam, jak coraz więcej specjalistów zaczyna kwestionować przypisywanie chorób psychicznych kobietom i dziewczynom i związane z tym etykietowanie. Dobrze wiedzieć, że nie jestem w tym sama.
Z lękiem dlatego, że w miarę wzmagania się krytyki narasta również rozmyślnie organizowany ruch opowiadający się za utrzymaniem obecnego systemu diagnozowania psychiatrycznego kobiet i dziewczyn. Kiedy tylko próbuję podważyć to stanowisko, jestem wyśmiewana, nękana, uciszana i zastraszana. Kobieta kwestionująca system przypisywania chorób psychicznych działa na wiele osób jak czerwona płachta na byka.
Lektura tej książki nie będzie jednak komfortowa dla nikogo. Pytanie, które chce zadać, jest następujące:
Dlaczego na całym świecie rozmyślnie przypisujemy choroby psychicznie kobietom i dziewczynom, etykietujemy je, poddajemy przymusowemu leczeniu i przepisujemy im leki?
Obecnie, kiedy kobiety i dziewczyny zgłaszają gwałt, przemoc, jakiś rodzaj traumy czy cierpienia psychicznego, powszechnie diagnozuje się u nich szereg zaburzeń psychicznych, podaje się im leki, a następnie je dyskredytuje. Dzieje się tak nie tylko w Wielkiej Brytanii – z prośbami o pomoc codziennie piszą do mnie kobiety z całego świata. Ich wiadomości są przygnębiająco podobne do siebie; tak podobne, że mogłaby je wciąż od nowa pisać ta sama kobieta.
Takie właśnie historie i doświadczenia przedstawię w tej książce. Pokażę, w jaki sposób kobietom wmawia się, że są chore psychicznie; a także dlaczego nierozerwalnie wiąże się to z uprzedmiotawianiem, seksualizacją i mizoginią.
Piszę tę książkę – i tym samym rozpoczynam dyskusję, która bez wątpienia nastąpi – z kilku powodów. Jestem kobietą, której przypisywano choroby psychiczne, a zarazem specjalistką pracującą z kobietami, które spotyka to samo. Jedyną rolą, której nigdy nie odgrywałam, jest rola specjalistki przypisującej choroby. Jestem za to niezmiernie wdzięczna losowi; choć tak naprawdę nie wiem, jak to się stało, że nie dałam się wciągnąć w mizoginiczny świat dziedziny, w której się kształciłam i w której pracuję.
W ciągu całej mojej edukacji w szkołach i na uczelniach – i całej socjalizacji wdrażającej mnie do roli kobiety w społeczeństwie – wmawiano mi te same kłamstwa i dezinformacje na temat zdrowia psychicznego kobiet, co wszystkim innym. Ale z jakiegoś powodu tego nie kupowałam.
Może tym powodem było zdarzenie z 2009 roku.
Był wczesny, słoneczny poranek, kiedy do moich drzwi zapukało dwoje policjantów. Pół godziny wcześniej obudzili mnie telefonem z wiadomością, że wybierają się do mnie, bo musimy porozmawiać. Czekałam na tę chwilę przez kilka miesięcy.
Była to chwila, kiedy wreszcie został wyznaczony termin rozprawy przeciwko mężczyźnie, który przez pięć lat gwałcił mnie, dręczył i zastraszał.
Jako nastolatka dwukrotnie zaszłam z nim w ciążę. Pierwsza ciąża zakończyła się poronieniem, kiedy zepchnął mnie ze schodów. Druga, w którą zaszłam zaledwie kilka miesięcy później, zakończyła się narodzinami dziecka; miałam wtedy siedemnaście lat. Dochodzenie prowadzono skandalicznie, byłam miesiącami ignorowana. Kiedy próbowałam się skontaktować z policjantem prowadzącym sprawę, mówił mi, że czekają na wyznaczenie terminu rozprawy. Później odkryłam, że wpisał do akt, że jestem „skarżypytą”.
„Skarżypytą”, bo dzwoniłam na policję, kiedy byłam bita, zastraszana i dręczona.
„Skarżypytą”, kiedy on rozwalił drzwi wejściowe kopniakiem i oświadczył, że mnie zabije.
„Skarżypytą”, bo zadzwoniłam na numer alarmowy, kiedy leżałam na podłodze z wybitym barkiem i zerwanym ścięgnem w szyi, kurczowo przytulając swoje dziecko, po tym, jak przerzucił mnie przez stół w jadalni.
Czekałam na wyznaczenie terminu rozprawy rok i dwa miesiące, a policjanci prowadzący sprawę często traktowali mnie jak natręta. W ciągu tych długich, przerażających miesięcy byłam śledzona, nękana, zastraszana, bita, włamano się na moje konta w mediach społecznościowych; każdego dnia bałam się o swoje życie. Przeprowadziłam się siedemdziesiąt kilometrów od domu rodzinnego, żeby mnie nie znalazł. W wieku osiemnastu lat miałam roczne dziecko z gwałcicielem i, żeby je ochronić, dawałam z siebie wszystko – czyli, tak naprawdę, głównie determinację.
Policjant prowadzący moją sprawę stanął w drzwiach w towarzystwie kobiety, którą widziałam pierwszy raz w życiu. Spodziewałam się, że przekażą mi dobrą wiadomość: że w końcu odbędzie się rozprawa sądowa. Usiedli na tapczaniku obitym skajem, po czym policjant zabrał głos:
– Sprawa została umorzona. Zniesiono rygory zwolnienia warunkowego.
Były to dwa najbardziej przerażające zdania, jakie usłyszałam od dłuższego czasu. Nie tylko umorzono trwające ponad rok postępowanie, ale zlikwidowano też ograniczenia związane ze zwolnieniem sprawcy z aresztu, które przynajmniej minimalnie chroniły mnie przed zagrożeniem.
Oczywiście się rozpłakałam.
Policjant i policjantka zrobili wtedy coś bardzo dziwnego; nie zapomnę tego do końca życia.
Sięgnęli do torby i wyjęli ulotkę na temat zaburzeń psychicznych i farmakoterapii. Fioletową, składaną ulotkę opisującą zaburzenia osobowości i chorobę afektywną dwubiegunową. Kobieta, którą widziałam pierwszy raz w życiu, uśmiechnęła się do mnie protekcjonalnie i zaczęła delikatnie tłumaczyć, że policja uważa, że jestem chora psychicznie i powinnam zacząć zażywać leki.
Byłam energiczną, dociekliwą osiemnastolatką, więc natychmiast zaczęłam ich wypytywać, na jakiej podstawie uważają, że jestem chora psychicznie, skoro policjant ostatnio widział mnie ponad rok wcześniej, a policjantka – pierwszy raz w życiu.
Wyjaśnili, że według nich „mam obsesję” na punkcie sprawy sądowej i że zbyt często dzwonię na policję, żeby zgłaszać nękanie i groźby ze strony sprawcy. Powiedzieli też, że spotykali się z oskarżonym co miesiąc, w ramach jego zwolnienia warunkowego, i „wygląda na dobrego chłopaka” – najwyraźniej to ze mną jest problem.
Odpowiedziałam, że zachowałam czterdzieści siedem SMS-ów, w których groził mi śmiercią, oraz niektóre wiadomości z poczty głosowej. Opowiedziałam im o mężczyznach, których wysłał do mojego domu, żeby mnie pobili, i o tym, jak razem z moim dzieckiem kryłam się pod stołem, kiedy walili w drzwi i okna, próbując wejść do środka.
Zasugerowali, że być może te zdarzenia nie miały miejsca, a ja powinnam zwrócić się do kogoś o pomoc. Nie chcieli czytać SMS-ów ani słuchać wiadomości głosowych. Nie interesowało ich to, zaczęli mnie traktować jak chorą psychicznie nastolatkę.
Był to jeden z takich momentów, kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy to nie sen i czy dzieje się naprawdę.
W jednej chwili desperacko czekałam na termin rozprawy, a w następnej – usłyszałam, że rozprawy nie będzie, a policja (z którą wcześniej spotkałam się może dwa albo trzy razy) uważa, że jestem psychicznie chora.
Wstałam, wciąż płacząc, i spokojnie kazałam im wyjść. Nie powiedziałam nic więcej. Patrzyłam tylko spode łba i pokazałam im drzwi.
Nie poszłam do psychiatry i nie zaczęłam zażywać leków, nie postawiono mi diagnozy. Ulotkę wyrzuciłam. Zamiast tego słuchałam muzyki, czytałam książki, szukałam informacji o przemocy i traumie, dzwoniłam na telefony zaufania i do ośrodków dla kobiet. Prowadziłam pamiętnik, pisałam wiersze i próbowałam dojść do ładu z tym, co mnie spotkało.
Uważam, że miałam wyjątkowe szczęście, że mnie i mojej traumy nie wciągnęła machina psychiatryczna. Za każdym razem, kiedy dostaję list albo mail od kobiety, którą to spotkało, zdaję sobie sprawę, jak niewiele brakowało, żebym i ja znalazła się w jej sytuacji.
Nie będę udawać, że poradzenie sobie z tym wszystkim na własną rękę było łatwe. Przeciwnie. Rozwinęły się u mnie fizjologiczne reakcje na traumę; rozpoznanie ich zajęło mi całe lata. Miałam ataki paniki, które sprawiały, że traciłam przytomność, czasami po osiem razy dziennie. Często lądowałam w szpitalu. Nikt nie wiedział, co ze mną jest nie tak, i niekiedy uznawano, że usiłuję zwrócić na siebie uwagę, że jestem histeryczką udającą, że mdleje na środku dyskontu spożywczego albo w kuchni, kiedy przygotowuje kaszkę dla dziecka.
Dopiero po kilku latach zrozumiałam, że trauma oprócz objawów psychicznych ma również objawy fizyczne. Byłam w stanie to sobie uporządkować dopiero w wieku mniej więcej dwudziestu pięciu lat. Ataki paniki następowały wtedy już bardzo rzadko, może kilka razy w roku. Przestałam mieć koszmary senne. Przeczytałam ogromną ilość literatury traktującej o zrozumieniu swojego ciała i umysłu.
Od dziewiętnastego roku życia pracowałam w sądach i ośrodkach dla kobiet. Przekonałam się, że moje doświadczenia z przypisywaniem chorób, ignorowaniem, lekceważeniem i uznawaniem, że mam zaburzenia psychiczne albo wyolbrzymiam swoje dolegliwości fizyczne, są naprawdę powszechne.
W mojej pierwszej pracy, kiedy miałam dziewiętnaście lat, co tydzień obserwowałam, jak kobiety i dziewczyny zeznają przed sądem w sprawach o przemoc domową przeciwko mężczyznom, którzy je atakowali, dręczyli i kontrolowali. Te przesłuchania były do siebie bardzo podobne, czasem do tego stopnia, jakby się odbywały według tego samego scenariusza. Obwinianie ofiar, oczernianie ich, a na koniec ostateczny cios: komentarze albo insynuacje na temat stanu ich zdrowia psychicznego, czasami z pomocą starej dokumentacji medycznej, notatek z terapii albo wystawionych recept na leki.
Byłam obecna na rozprawie szesnastoletniej dziewczyny, którą ciężko pobił dwudziestodwuletni mężczyzna. Po tym, jak zerwali ze sobą, włamał się do jej domu. Przygwoździł ją do podłogi i jedenaście razy uderzył „z byka” w twarz. To nie był pierwszy raz, kiedy ją pobił albo zgwałcił, ale wtedy po raz pierwszy komuś o tym powiedziała.
Kiedy stała na środku sali sądowej, obserwowana przez sprawcę i jego rodzinę, obrońca zaczął opowiadać o „historii jej choroby psychicznej”. Była zdezorientowana. Ja ukryłam twarz w dłoniach.
Znowu to samo.
Adwokat spytał dziewczynę, czy jako dziecko korzystała z opieki psychiatrycznej. Zawahała się, najwyraźniej nie rozumiejąc dokładnie, czym jest „opieka psychiatryczna”. Adwokat wyjaśnił, że obrona dysponuje dowodami na korzystanie przez dziewczynę z opieki psychiatrycznej, kiedy miała dwanaście lat, po tym, jak jej ojciec odszedł od rodziny. Dodał, że cierpiała na zaburzenia odżywiania, a także że cięła się po rękach i nogach.
Patrzyła na niego ze zdumieniem, ale potwierdziła, że tak było. Adwokat następnie stwierdził na tej podstawie, że jego klient jest niewinny. Dziewczyna prawdopodobnie uderzała twarzą o ścianę i sama spowodowała wszystkie swoje obrażenia, bo „jest jasne, że ma problemy psychiczne”.
Dziewczynie opadła szczęka. Do oczu napłynęły jej łzy. Poczerwieniała. Nie była w stanie odpowiadać na pytania adwokata.
Siedziałam tam, pragnąc z całego serca, żeby sędzia zainterweniował. Ale tak się nie stało.
Zamiast tego adwokat dalej naciskał na dziewczynę pytaniami o rozwód jej rodziców, nawyki żywieniowe i samookaleczanie. Nie miało to nic wspólnego z tym, co cztery lata później zrobił jej tamten mężczyzna.
Słuchałam, jak szesnastolatkę przedstawiano jako chorą psychicznie osobę, która sama u siebie spowodowała ciężkie obrażenia, jako że cztery lata wcześniej uczestniczyła w dwóch sesjach w przychodni psychiatrycznej dla dzieci w następstwie samookaleczenia po odejściu ojca od rodziny.
To była kupa bzdur. Wszyscy na tej sali wiedzieli, że to kupa bzdur.
A jednak obserwowałam ten sam przebieg zdarzeń setki razy, w setkach różnych spraw sądowych. Normalnie dzień świstaka.
Jest niewiarygodna. Przejawia autoagresję. Ma autyzm. Manipuluje. Ma chorobę dwubiegunową. Jest skryta. Ma borderline’a. Jest szalona. Jest złośliwa. Ma obsesję. Jest rozwiązła. Ma urojenia.
W niektórych sprawach nie było starej dokumentacji medycznej, której można by użyć przeciwko kobietom i dziewczynom. Obrona w takich przypadkach sugerowała, że poszkodowana cierpi na dotychczas niezdiagnozowane zaburzenia psychiczne. W wielu sprawach obrona wnosiła o badania psychiatryczne kobiet i dziewczyn, żeby je w ten sposób zdyskredytować.
W każdej dziedzinie, jaką później się zajmowałam, było tak samo. Pracowałam w ośrodkach dla ofiar gwałtu, poradniach, organizacjach pomocowych dla molestowanych dzieci i innych. Wszędzie kobietom i dziewczynom przypisywano choroby psychiczne.
Codziennie jakąś kolejną kobietę przedstawiano jako szaloną, zazdrosną, psychotyczną, paranoiczną byłą dziewczynę z urojeniami, z obsesją zemsty i zaburzeniami osobowości.
To było przygnębiające. Wciąż takie jest.
Nie dalej jak tydzień temu rozmawiałam z kobietą, u której zdiagnozowano zespół urojeniowy, bo zgłosiła służbom socjalnym, że jej córka co jakiś czas wspomina o tym, że jest molestowana seksualnie. Zamiast potraktować to poważnie, specjaliści zasugerowali, że matka ma urojenia i zmyśla opowieści córki. Kobieta, żeby udowodnić, że nie ma urojeń, nawet nagrała, jak jej córka mówi o molestowaniu, ale kiedy przedstawiła nagrania, specjaliści zmienili swoją opinię: stwierdzili, że matka na skutek swoich urojeń poinstruowała córkę, co ma mówić.
Problem z urojeniami jest taki, że wszystko, co zrobisz albo powiesz, można uznać za skutek twoich urojeń.
Mówisz, że mąż stosował przeciwko tobie przemoc? Urojenie. Zgłaszasz, że twój były partner poprzedniej nocy próbował włamać się do twojego domu? Wytwór wyobraźni. Zgromadziłaś dowody, że student z tej samej uczelni cię nęka? Obsesja. Ujawniłaś gwałt dokonany przez byłego? Złośliwość. Przedstawiasz dowód, że twoje dziecko opowiada o molestowaniu? Wyszkoliłaś je.
Zjawiska, które tu opisuję, są powszechne. Często ze zgrozą czytam albo słucham o podobnych sprawach, bo wiem, że te relacje są prawdziwe, a te dziewczynki kiedyś dorosną i spytają, dlaczego nikt ich nie ochronił. Mogą nawet z biegiem czasu uznać, że to, co je spotkało, jest czymś normalnym albo że ich matki wszystko zmyśliły.
Wiele lat po tym, jak w 2009 roku próbowano przypisać mi chorobę psychiczną, byłam odnoszącą sukcesy badaczką na prestiżowym uniwersytecie. Miałam dwadzieścia siedem lat i kończyłam pracę nad doktoratem; sądziłam, że znalazłam się tysiące kilometrów od miejsca, gdzie byłam wcześniej. Ale i tam wepchnięto mnie prosto do szufladki z podpisem „histeryczka”, kiedy próbowałam zgłosić nękanie i dręczenie.
Mężczyzna, który nie zgadzał się z wnioskami z moich badań i z moją działalnością feministyczną, zaczął mnie z zatrważającym zapałem prześladować w internecie. Po tym, jak kilkakrotnie zgłosiłam to jego pracodawcy i na policję, władze uniwersyteckie zaczęły dostawać maile z żądaniami wszczęcia wobec mnie postępowania dyscyplinarnego czy wręcz usunięcia mnie ze studiów doktoranckich. Miałam poczucie, że te sprawy są powiązane, ale nikt nie chciał pomóc mi w połączeniu kropek. Maile przybierały coraz bardziej dramatyczny ton i zaczęto mnie wzywać na rozmowy w sprawie „mojego dobrostanu”.
Jako doktorantka z doskonałymi wynikami, dodatkowo zatrudniona przez uniwersytet w badaniach i dydaktyce, nie sądziłam, że ktoś potraktuje maile na mój temat poważnie. Zwłaszcza że były w oczywisty sposób złośliwe, a ja miałam świetny kontakt z resztą zespołu. Nie miałam szczególnych powodów do niepokoju.
Podczas jednej z tych rozmów przedstawiono mi jednak kobietę, której nigdy wcześniej nie widziałam: psycholożkę kliniczną z mojego wydziału. Zapewniono mnie, że jest tam tylko po to, żebyśmy „sobie pogadały”. Ale szybko zaczęła zadawać pytania o moje zdrowie psychiczne, dzieciństwo i przebieg życia. Natychmiast wzbudziło to moją nieufność, bo zorientowałam się, o co chodzi – podobnie jak poprzednim razem, jako nastolatka.
Dopiero później odkryłam, że obcy ludzie, badacze i specjaliści, którzy byli krytyczni wobec mojej pracy, przysyłali maile z sugestiami, że mam niezdiagnozowane zaburzenia osobowości i wymagam leczenia. Autorzy maili na podstawie historii mojego dzieciństwa, o której przeczytali w internecie, zdiagnozowali u mnie na odległość chorobę psychiczną, a mój feministyczny aktywizm uznali za „dowód”, że jestem niestabilna emocjonalnie.
Nawet gdy dołączyłam do społeczności akademickiej, jednym z najbardziej szkodliwych i niszczących działań, jakie mogli podjąć przeciwko mnie jako młodej kobiecie inni członkowie tej społeczności, było przedstawienie mnie jako chorej psychicznie, a przez to – zbyt niestabilnej, by uzyskać stopień doktora. Cokolwiek bym powiedziała, mogło być wykorzystane jako dowód, że mają rację.
Kiedy wniosłam oficjalną skargę, nazwano mnie „wyznawczynią teorii spiskowych” i wyśmiano. W trakcie dochodzenia jeden z pracowników uczelni słuchał, jak opowiadam o przebiegu wypadków, i nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Powiedział do mnie: „To niesamowite, prawda? Cała teoria spiskowa, że wszyscy ci naukowcy zmówili się, żeby pani zaszkodzić”.
Na szczęście, dzięki wytężonym działaniom śledczym i mojej wielkiej determinacji, pół roku później wygrałam przed uniwersytecką komisją odwoławczą postępowanie o dyskryminację i dręczenie. W oparciu o regulacje prawne, które wcześniej przestudiowałam, powołałam się na prawo do dostępu do informacji i korespondencji na mój temat. W ramach tego prawa uzyskałam wgląd do maili o mnie, które przesyłali sobie wzajemnie badacze i specjaliści. Przedstawiłam komisji sto dziesięć stron dowodów, że od początku miałam rację.
Dostałam odszkodowanie i oficjalne przeprosiny.
Kiedy, siedząc w kawiarni, przeczytałam wiadomość, że wygrałam, rozpłakałam się.
Przez całe miesiące zastanawiałam się, jak wielką moc ma nazwanie kobiety psychicznie chorą. Nikt nie przedstawił żadnych dowodów, a jednak wszyscy potraktowali tę sugestię bardzo poważnie. Jednego dnia byłam zdolną doktorantką i doświadczoną specjalistką, a następnego – niestabilną, nieprzewidywalną, zaburzoną młodą kobietą z osiedla biedoty, którą powinno się wyrzucić ze studiów doktoranckich, bo za bardzo pyskuje. W jednym z maili napisano, że gdyby pozwolić komuś takiemu, jak ja (w kilku miejscach powtórzono, że chcę zwrócić na siebie uwagę, jestem chora psychicznie i wychowałam się na osiedlu socjalnym) zostać psychologiem ze stopniem naukowym, rzuciłoby to złe światło na całą dyscyplinę.
To było jak gwałtowna pobudka i kubeł zimnej wody w jednym.
Najprostszym i najszybszym sposobem działania na szkodę kobiet i uciszania ich jest wykorzystanie przeciwko nim psychiatrii.
Nie myślałam o tym wcześniej w taki sposób. Stereotyp „szalonej eks” śmieszył nawet mnie. Nawet ja wierzyłam w opowieści o wariatkach jak z Fatalnego zauroczenia. Nawet ja używałam w odniesieniu do kobiet takich określeń, jak „psychiczna”, „wariatka”, „histeryczka”, „chora umysłowo”.
W ciągu następnych lat pracowałam z tysiącami kobiet i dziewczyn; wielu z nich postawiono diagnozę psychiatryczną i przyczepiono etykietę chorych psychicznie. Robiłam, co w mojej mocy, żeby obronić je przed tą nierzetelną, opresyjną praktyką i żeby uświadomić specjalistom, w jaki sposób używa się psychiatrii i systemu ochrony zdrowia psychicznego, żeby działać na szkodę kobiet i dziewczyn.
W szerszym kontekście (a szczególnie w mediach i w trendach kulturowych) zauważam tendencję do gloryfikacji i seksualizacji „szalonych” kobiet, traktowanych w kategoriach sensacji. Jeżeli dodać do tego fakt, że kobiety i dziewczyny są od urodzenia odczłowieczane i uprzedmiotawiane, a całe gałęzie przemysłu służą przekonywaniu ich, że cała ich wartość polega na byciu seksowną i wzbudzaniu pożądania – otrzymujemy niebezpieczny nowy trend postrzegania kobiet i dziewczyn jako seksownych, ale szalonych.
Niekiedy kobiety są wręcz zachęcane do określania się jako „wariatki” i przyjmowania persony „szalonej eks”. Tysiące notek i filmików w internecie mówią o tym, że kobiety są atrakcyjnymi wariatkami, pięknymi manipulantkami, że są seksowne, ale szalone.
Dlatego ta książka nosi taki, a nie inny tytuł.
Czasami nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mówimy kobietom i dziewczynom: Bądź seksowna. Ładnie wyglądaj. Zachowuj się kobieco. Bądź dostępna seksualnie. Bądź zabawna. Bądź kokieteryjna. Bądź miła.
Ale nie zabieraj głosu. Nie miej opinii. Nie miej ambicji. Nie kwestionuj norm. Nie mów o swoich traumach. Nie ujawniaj przemocy. Nie zgłaszaj przestępstw.
Jeśli to zrobisz, dostaniesz etykietę szalonej, psychotycznej, kłamliwej wiedźmy, którą pod seksowną powierzchownością byłaś od początku.
Możesz być albo seksowna, albo szalona.
Albo: seksowna, ale szalona.
Natomiast z zapisów historycznych, badań naukowych i licznych relacji kobiet wynika, że kobiety i dziewczyny w ostatecznym rozrachunku są jednak postrzegane głównie jako szalone. Zwłaszcza, gdy ujawniają i zgłaszają przemoc ze strony mężczyzn.
Tak, jakby kobiety i dziewczyny, które zgłaszają przemoc, były postrzegane jako obiekty seksualne, które zasłużyły na przemoc i same się o nią prosiły, a kiedy zaczynają o niej opowiadać, są natychmiast dyskredytowane jako psychopatki i psychicznie chore. A następnie uznaje się je za seksowne, bo są szalone. I cały cykl się powtarza.
Nieprzypadkowo.