Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

J. Schalansky, „Rozchwiane kanarki, głębokie doły” (fragment)

8/2025

Nie miałam pojęcia, czy Sibylle czytała na studiach Poetykę Arystotelesa, lecz jego powiedzenie, że sztuka poetycka „polega nie na przedstawianiu wydarzeń rzeczywistych, lecz takich, które mogłyby się zdarzyć”, nadal było powszechnym standardem. Przystawalność tej zasady do opisu teraźniejszości, zmieniającej się w gąszcz punktów krytycznych i stanów wyjątkowych, stała się wszakże nader wątpliwa.

Z początku Sibylle chciała osadzić fabułę serialu w niedalekiej przyszłości i nieraz dyskutowałyśmy o tym, czym właściwie czas filmowej akcji miałby się różnić od dzisiejszego świata. Później jednak natrafiła na słowa pisarza Kima Stanleya Robinsona, który nazwał science-fiction „realizmem naszych czasów”, co skłoniło ją do uznania powyższego zagadnienia za nieaktualne. Przyszłość nie jest rozłożona równomiernie, przeszłość, jak widać, też nie. Jeszcze przed chwilą wydawało się, że bliski kres ery paliw kopalnych jest wprawdzie czymś trudnym do osiągnięcia, ale przesądzonym, gdy wtem w całej Europie zaczęto przywracać do stanu używalności wygaszone elektrownie węglowe. Okazało się, że żadna krzywa średnich temperatur nie może konkurować z bezpośrednią, archaiczną siłą wojny. Gdy rozlega się alarm bombowy, trzeba zejść do piwnicy. 

Po powrocie do domu zdjęłam z półki Poetykę, ciekawa, jak Arystoteles wyobrażał sobie ów decydujący punkt zwrotny. „Perypetia”, pisze filozof w rozdziale jedenastym, to kompletne „odwrócenie biegu zdarzeń”, „zwrot od nieświadomości ku poznaniu, ku przyjaźni lub wrogości między osobami naznaczonymi losem szczęścia lub nieszczęścia”. Ku własnemu zaskoczeniu sama zastanowiłam się, jakim losem jesteśmy naznaczeni. Naraz moja wyobraźnia zaczęła odtwarzać ograne scenariusze apokalipsy, którą tak wielu zwiastuje – ujrzałam feerię patetycznych obrazów, rozszalałych płomieni i wysokich fal, odłamków kruszejącego lodu, ciemnych burzowych chmur, tumanów pyłu i dymu, zza których przeziera niebo o urzekającym kolorze. Zobaczyłam, jak wyzwolona przyroda, nieznająca jarzma niewoli i obojętna wobec katastrofy, objawia się w klęsce żywiołowej jako siła wyższa, którą bez wątpienia jest, na którą nie ma mocnych i przed którą nie uchroni żadne ubezpieczenie. Rzucona na pastwę prawdziwej natury, z pewnością brałabym nogi za pas. Sama myśl o kataklizmie przejmowała mnie jednak tylko miłym dreszczem wzniosłości, uczuciem, podkreślmy, o wiele mi bliższym niż wszelkie formy aktywistycznego zapału. Do tych ostatnich wciąż zrażała mnie przepełniona tyleż skruchą, co potrzebą odkupienia retoryka, nawołująca do, bagatela, ratowania świata, a jednocześnie popadająca w tę samą ludzką pychę, przeciwko której chce występować. Tak w istocie wygląda człowiek, który potrzebuje ratunku przed samym sobą albo raczej najbardziej uciążliwą wersją samego siebie – biczownikiem na pokaz, niegotowym na rezygnację z posiadanych przywilejów. Jest niczym Prometeusz igrający z ogniem, który posunął się w swojej piromanii tak daleko, że może przypłacić ją życiem, o ile – wbrew wszelkim wersjom mitów – nie zdoła wziąć jej w karby.

Arystoteles to miał dobrze, pomyślałam, zawsze mógł sięgnąć po mityczną gromadkę bogów rodem z telenoweli. „Jedna część tragedii” – czytałam dalej – „jest zawiązaniem akcji, druga jej rozwiązaniem. Na »zawiązanie« składają się zdarzenia, które często mają miejsce poza samym utworem i pewne wchodzące w jego ramy. Pozostałe należą do »rozwiązania«”. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że historia życia na Ziemi nie jest utworem scenicznym, a człowiek stanowi w niej, owszem, zdumiewający, ale jednak efemeryczny białkowy epizod, który zniknie tak samo jak wiele innych cudownych stworzeń. Mimo to znów zobaczyłam spektakl o wpierw rozpalonej, potem kipiącej w kłębach pary, wreszcie zaś mlaszczącej planecie, na której cofają się wody, przesuwają się płyty tektoniczne, rozrastają się bujnie gigantyczne lasy, a w oceanach mnożą się wszelkiego rodzaju pływające istoty, aby pewnego dnia wyjść na ląd, aż po upływie całej wieczności i jeszcze kilku sekund epoki lodowej wyłoni się w końcu przygarbione, lecz chodzące na dwóch łapach zwierzę, uzbrojony kudłacz, z którym przywykłam się utożsamiać. A dalej wiadomo: przejście na osiadły tryb życia i wylesianie, górnictwo, urbanizacja i kosmiczne śmieci. Tkwiłam w miejscu. Jeśli tak przedstawiają się zdarzenia mające miejsce poza samym utworem, a ludzkie życie nie ma okazać się tragedią, to przecież musi istnieć jakiś punkt zwrotny w fabule – wyjście ewakuacyjne, strategia ucieczki. Jak jednak miałoby wyglądać takie rozwiązanie? Mój mózg, który w chwili przyjścia na świat był akurat tak duży, aby głowa przecisnęła się przez kanał rodny, dotarł najwyraźniej do swojej granicy. Co przychodziło mu na myśl? Same najgorsze frazesy, pełne ekologicznej emfazy mądrości z kalendarza typu „Nie dostaliśmy Ziemi w spadku…” lub „Dopiero gdy zostanie ścięte ostatnie drzewo…”, które niegdyś sama wypisywałam brokatowym długopisem na szkolnych zeszytach i których zdatność okazała się krótsza niż czas rozkładu reklamówki zaczepionej w krzakach. Bardziej dramatyczna, również przestrzegająca przed punktem krytycznym zegarynka „jest za pięć dwunasta” była chyba, jak na ironię, jednym z najstarszych z tych haseł, doszczętnie już zresztą przeżytym. Wciąż jednak korzystano z idiomu o pokrewnym znaczeniu, rozpowszechnionego zwłaszcza w krajach anglosaskich wyrażenia „kanarek w kopalni” (canary in the coal mine), zwrotu mętnego i zagadkowego, który przywoływał obraz żółtej, pierzastej istoty skrytej w trzewiach Ziemi. Mieszkaniec przestworzy strącony do Hadesu, odesłany w bezgwiezdną głębię, do dołu, gdzie w ciasnej klatce śpiewa sobie, jak to ptak, do tego wyrwany z kontekstu, robiąc to, co często jest partią ptaków w ludzkich opowieściach, czyli wytwarzając nadwyżkę wdzięku, piękna i treści. Ale jak właściwie, pomyślałam, kanarek wpadł w ten dół, w to powiedzenie, obraz dezorientacji, nędzy, żałości, nadziei i antropocenu?

Szukając źródła tej metafory, natrafiłam na pewną postać, a postać – czego nauczyłam się od Sibylle – to zawsze coś dobrego. Ludzi nadal bardziej niż cokolwiek innego ciekawią właśnie ludzie, co można oczywiście postrzegać jako część problemu. Moją postacią był szkocki fizjolog, John Scott Haldane. W jego nieistniejącej filmowej biografii pierwszym życiowym midpointem byłby zapewne okres, gdy jako czternastolatek towarzyszył swojemu bratu, który najpierw przybierał kolor miedzi, potem całymi dniami kaszlał, próbując złapać powietrze, wreszcie zaś zmarł z powodu błonicy. W istocie ów fizjologiczny cud, jakim jest zagadnienie ludzkiego oddychania, zaprzątał Haldane’a przez całe życie i stał się dla niego inspiracją do stworzenia szeregu wynalazków – od hemoglobinometru, przez aparat do pomiaru stężenia gazów we krwi, aż po prototyp skafandra kosmicznego – oraz przeprowadzenia kilku cokolwiek kuriozalnych badań i eksperymentów, które aż się proszą o przeniesienie na srebrny ekran: dość wyobrazić sobie, jak uczony zwiedza slumsy Dundee i londyńską kanalizację, pobierając próbki zatrutego powietrza, próbuje zrozumieć chorobę kesonową na dnie głębokich szkockich jezior lub bada chorobę wysokościową na czterotysięczniku Pikes Peak w Kolorado, choć warto też pamiętać o Bogu ducha winnych kozach, które nieco chwiejnym krokiem wychodzą ze zbudowanej przez niego komory dekompresyjnej o małych, okrągłych okienkach. Oczywiście nakręcenie tych scen wymagałoby ogromnego budżetu na scenografię, tresurę zwierząt i egzotyczne plenery. Szybko poszłam więc śladem Sybille, która nieraz już była zmuszona przerabiać cały scenariusz, aby dostosować fabułę do możliwości finansowych produkcji. Zawsze i tak obracała jednak wprost niebotycznymi kwotami, uświadamiając mi, jak mało zasobochłonny jest przy tym mój własny zawód.

Scena, która doprowadzi nas do naszego ptaszka, rozgrywa się trochę wcześniej, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku, gdy trzydziestoparoletni Haldane badał katastrofy górnicze w brytyjskich kopalniach węgla kamiennego. W południowej Walii, hrabstwie Northumberland i regionie Midlands znajdowały się najwydajniejsze zagłębia węglowe na świecie. W tym kraju-kolebce industrializacji węgiel służył za paliwo dla głośno sapiących maszyn, cudownych konstrukcji z mnóstwem kół zębatych, których praca z jednej strony wyzwoliła niezwykle twórczą energię i zrodziła bezlik gałęzi i gałązek przemysłu, z drugiej zaś wmieszała do ziemskiej atmosfery ogromne ilości dwutlenku węgla, biorącego udział w efekcie cieplarnianym, i wpędziła w biedę rzesze robotników. Haldane – koniecznie ubrany w tej zamglonej scenie filmu w roboczy kombinezon, do tego kask na głowie, klatka pełna myszy pod pachą, a w ręku skórzana walizka z ostrzegawczo czerwonym napisem London Fever Hospital – jest już uznanym specjalistą od układu oddechowego, który właśnie przybył na miejsce wypadku w dolinie Rhondda w południowej Walii, gdzie wezwano go, aby ustalił przyczynę zgonu pięćdziesięciu siedmiu górników i trzydziestu koni pociągowych, a tym samym zapobiegł podobnym katastrofom w przyszłości. 

Nie trzeba dodawać, że w szybach kopalnianych panowały wtedy, podobnie zresztą jak dzisiaj, szkodliwe dla zdrowia czy wręcz zagrażające życiu warunki i nieraz dochodziło w nich do eksplozji wywoływanych przez drobny pył węglowy i wybuchową mieszaninę gazów, na którą w języku niemieckim zachowało się pobrzmiewające magią określenie: böse Wetter („złe wyziewy”). Widzimy teraz Haldane’a pod ziemią, gdzie pobiera krew ofiarom wypadku – górnikom oraz koniom. Gdy okazuje się – to film w kolorze, kolor jest tu niezbędny – że krew ma karmazynowy odcień, na twarzy uczonego rysuje się zdziwienie, a jego wzrok pada na lampy górnicze, wciąż płonące przy zwłokach. Akcja nieco spowalnia, aby podbudować napięcie, ale wreszcie – zmieniła się scenografia i jesteśmy w laboratorium na Uniwersytecie Oksfordzkim – Haldane’owi udaje się udowodnić, że większość ofiar nie zginęła wcale, jak podejrzewano, wskutek podziemnej eksplozji lub z powodu braku tlenu, lecz przez zatrucie czadem, bezbarwnym i bezwonnym gazem, który wdychany nawet w niewielkich ilościach blokuje dopływ tlenu do tkanek i w ciągu godziny lub dwóch może doprowadzić do śmierci dużych ssaków lądowych, takich jak konie czy ludzie.

Haldane [02] traktował życie jak wielki autoeksperyment – jego biograf nazwał go wręcz „kanarkiem w kopalni”, który dla dobra nauki wciąż testuje na sobie rozmaite hipotezy i występuje w podwójnej roli naukowca i nieustraszonego królika doświadczalnego. Skłonność tę przejął od niego – w genach lub przez wychowanie, to już pozostawiamy domysłom – jego syn i asystent, John Burdon Sanderson, zwany niekiedy Jackiem, o czym najlepiej świadczy fakt, że wyczyny obu Haldane’ów wypełniają ponad połowę rozdziału Lifetimes of Self-Experimentation w monografii o doświadczeniach na samym sobie w dziejach medycyny. Autor tej pracy nie omieszkał podkreślić, jak ciekawą lekturą są zapiski z eksperymentów Haldane’a seniora, szczególnie zaś opis jego „współpracy” z pewną myszą. W rzeczywistości trudno tu mówić o partnerstwie, ponieważ badacz nie pozostawił zwierzęciu innego wyboru niż wspólne wdychanie tlenku węgla, dzięki czemu mógł porównać działanie tego gazu na organizm człowieka i gryzonia. W kluczowej scenie filmu Haldane spostrzega, że przy stężeniu czadu, które u niego samego wywołuje zaledwie lekkie odurzenie, mysz leży już w kącie klatki niemal nieprzytomna, z odsłoniętym jasnym brzuszkiem. Naukowiec wyciąga zwierzę z klatki, otwiera okno i wtem, po dosłownie kilku sekundach, mysz, dla której w scenariuszu nie przewidziano imienia, odzyskuje przytomność. Następna scena, ujęcie z bliska: ostrość najpierw na metalowe pręty, a po chwili na drugi plan, gdzie pod krótkim, szarym futerkiem bije przekornie drobne serce. Kamera powoli odjeżdża i widzimy, że klatkę trzyma w ręku Haldane, który próbuje przekonać zarząd kopalni do wykorzystania myszy w charakterze tak zwanych zwierząt stróżujących. Jako że gryzonie i tak są pod ziemią wszechobecne, a na dodatek słyną z podkradania racji żywnościowych, pracownicy kopalni okazują się nieufni wobec tego pomysłu. Myszy wystąpią w roli czujek lub straży przedniej ludzkiej medycyny nieco później, gdy genetycy upodobają je sobie jako zwierzęta modelowe. To już jednak zupełnie inna historia, opowiedziana raczej w konwencji filmu dokumentalnego – pierwszym ujęciem mógłby być najazd kamery na pomnik z brązu w parku w Nowosybirsku, który przedstawia nieco większą od niemowlęcia mysz w binoklach i chuście, zgarbioną nad robótką o strukturze podwójnej helisy. Wróćmy jednak do Haldane’a. Zamiast się poddać, nasz bohater – zainspirowany na przykład widokiem pustej klatki dla ptaków na oksfordzkim targu – znajduje inne zwierzę stałocieplne o niewielkich rozmiarach, poręczne, niedrogie i niemal tak łatwe w prowadzeniu jak myszy, lecz – w odróżnieniu od nich – chętnie trzymane w domach. Zwierzęciem tym jest kanarek, za którym przemawia również fakt, iż jego wydajny układ oddechowy, umożliwiający pobieranie tlenu zarówno przy wdechu, jak i przy wydechu, czyni go tak podatnym na działanie toksycznych gazów, że ptak traci przytomność około dwudziestu minut wcześniej niż przebywający w tych samych warunkach człowiek. Dwadzieścia minut to sporo czasu, a przynajmniej na tyle dużo, aby górnicy zdążyli przerwać pracę, wrócić na powierzchnię i napełnić płuca świeżym tlenem, uniknąwszy śmierci przez uduszenie.

Co więcej, objawy zatrucia czadem trudno u kanarka przeoczyć, ponieważ ptak momentalnie przestaje śpiewać i spada nieprzytomny z drążka, dając jasny sygnał niebezpieczeństwa. A czy sam jaskrawożółty kolor zwierzęcia, przywodzący na myśl znaki drogowe lub sygnalizację świetlną, nie jest dostateczną wskazówką, że tego ostrzeżenia nie wolno ignorować?

Judith Schalansky, Rozchwiane kanarki, głębokie doły, przeł. Kamil Idzikowski, Ha!art 2025.