Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

H. Kawakami, „Dziwna pogoda w Tokio” (fragment)

3/2026

Pisklęta

To Sensei zaproponował, żebyśmy wybrali się na targ urządzany w dni z ósemką.

– To znaczy, że targi są ósmego, osiemnastego i dwudziestego ósmego. W tym miesiącu dwudziesty ósmy przypada w niedzielę, więc ten dzień chyba by ci odpowiadał – powiedział Sensei i z teczki, którą zawsze miał przy sobie, wyciągnął kalendarzyk.

– Dwudziesty ósmy? – Ja też wyjęłam kalendarzyk i zaczęłam powoli przewracać kartki, choć przecież i tak nie miałam w nim wpisanych żadnych terminów. – Tak, mogę wtedy – odpowiedziałam, jakbym to właśnie z trudem ustaliła.

Sensei grubym piórem wpisał pod datą dwudziestego ósmego: „Targ ósmego dnia. Tsukiko. Południe. Przystanek autobusu, Minamimachi”. Ma ładne pismo. 

– Spotkajmy się w południe – powiedział, chowając kalendarzyk do teczki.

Bardzo rzadko zdarza nam się widzieć w biały dzień. Nasze spotkania zwykle wyglądają tak: siedzimy obok siebie w ciemnym barze i – o tej porze roku – nabieramy na pałeczki kawałki schłodzonego tofu, trochę wcześniej byłoby to raczej podawane na gorąco yudōfu, do tego popijamy małymi łyczkami sake. Mówię „nasze spotkania”, ale to nie jest tak, że się umawiamy na nie, raczej przypadkiem natykamy się na siebie. Zdarza się, że nie widzimy się przez kilka tygodni, bywa i tak, że pijemy razem co wieczór. 

– A co to za targ? – zapytałam, nalewając sobie sake do kieliszka.

– Targ jak targ. Na targach są różne rzeczy używane na co dzień.

Oczywiście.

Pomyślałam, że to będzie bardzo dziwne, pójść z Senseiem oglądać „rzeczy używane na co dzień”, ale co tam. Też wpisałam do kalendarzyka: „Południe, przystanek bus, Minamimachi”.

Sensei powoli wypił do dna, a potem sam sobie napełnił kieliszek. Nalewa, lekko przechylając ceramiczną ćwierćlitrową karafkę, a alkohol spływa z cichym gulgotem. Sensei nie przysuwa jej do kieliszka tak, by go niemal dotykała, tylko trzyma ją dosyć wysoko. Sake cienkim strumyczkiem spływa do kieliszka, jakby ją coś tam wsysało. Ani kropelka się nie marnuje. Sensei jest w tym naprawdę dobry. Spróbowałam go kiedyś naśladować i nalać, trzymając butelkę wysoko, ale rozlałam prawie wszystko. Szkoda było zmarnowanego alkoholu. Od tamtego razu trzymam się mojej wypróbowanej, choć nieeleganckiej metody: w lewej ręce mocno ściskam kieliszek, a prawą przysuwam karafkę bliziuteńko, do samej jego krawędzi.

Cóż, rzeczywiście, ktoś z firmy powiedział mi kiedyś, że w moim nalewaniu nie widać seksapilu. Seksapil to pojęcie dość staroświeckie, a i samo przekonanie, że odnajdzie się je w tym, że to kobieta nalewa sake, też jest staroświeckie. Zdziwiona, przyjrzałam się uważnie koledze. A on chyba to źle zrozumiał, bo kiedy wyszliśmy z baru, zaczaił się w ciemnym kącie, a potem próbował mnie pocałować. O nie, pomyślałam i z całej siły odepchnęłam obiema rękami jego zbliżającą się twarz.

– Możesz się mnie nie bać – szepnął. Oderwał moje ręce od swojej twarzy i znów spróbował zbliżyć ją do mojej. Wszystko to też jest bardzo staroświeckie. Z wysiłkiem powstrzymałam się od wybuchu.

– A i dzień dziś niepomyślny – powiedziałam, udając powagę i głosem, i wyrazem twarzy, jakbym parodiowała przemawianie na weselu.

– Dzień niepomyślny?

– Dziś jest tomobiki, niepomyślny dzień. A jutro shakkō, też zły dzień; to dzień tygrysa i starszego brata metalu.

– Co?

Zostawiłam kolegę stojącego w ciemności z rozdziawionymi ustami i puściłam się pędem do wejścia do metra. Biegłam jeszcze nawet po tym, jak już zeszłam po schodach na peron. Kiedy upewniłam się, że kolega nie idzie za mną, weszłam do toalety i załatwiłam się, po czym starannie umyłam ręce. I zaśmiałam się, widząc w lustrze odbicie mojej twarzy z potarganymi włosami.

Sensei nie lubi, żeby mu nalewać. I piwo, i sake nalewa sobie sam, bardzo starannie. Raz zdarzyło się, że to ja nalałam mu pierwszą szklankę piwa. W chwili kiedy przechyliłam butelkę nad szklanką, Sensei drgnął, o włos, no, może o trzy włosy, jednak nic nie powiedział. Kiedy szklanka była już pełna, spokojnie podniósł ją, mruknął pod nosem: „Zdrowie!”, i wysuszył jednym haustem. Lekko mu się odbiło, kiedy wypił wszystko. Pewnie dlatego, że pił tak pospiesznie. Chyba chciał jak najszybciej wypić to piwo. Wzięłam do ręki butelkę, żeby znowu mu nalać, ale Sensei wyprostował się i powiedział:

– Ależ dziękuję bardzo. Proszę się nie kłopotać. Ja lubię sobie sam nalewać.

I od tego czasu bardzo uważam, żeby Senseiowi nie nalewać. Za to zdarza się, że on nalewa mnie. Sensei zjawił się na przystanku po mnie. Ja przyszłam piętnaście minut przed umówioną godziną, on – dziesięć. Była słoneczna niedziela.

– Ależ te brzostownice szumią – powiedział, spoglądając na kilka drzew rosnących w pobliżu przystanku. Rzeczywiście, gałęzie gęsto pokrytych ciemnozielonymi liśćmi brzostownic poruszają się na wietrze. Chociaż nie mam wrażenia, żeby tu na dole wiało, jednak czubki brzostownic są wysoko w górze i wiatr wyraźnie nimi kołysze. Jest gorący letni dzień, ale niezbyt wilgotny, dlatego w cieniu jest przyjemnie chłodno. Do Teramachi dojechałam autobusem, a stamtąd kawałek podeszłam. Sensei założył kapelusz, panamę, a do tego hawajską koszulę w zgaszonych kolorach.

– Dobrze pan wygląda w tej koszuli – powiedziałam.

– Ależ co ty mówisz – odparł szybko i ruszył spiesznym krokiem. Przez chwilę oboje szliśmy bez słowa, aż wreszcie Sensei zwolnił i zapytał:

– Nie jesteś głodna?

– Głodna nie, ale trochę zabrakło mi tchu – wysapałam, na co on zaśmiał się i powiedział:

– Mówisz dziwne rzeczy, tak nie można.

– Ja nie mówię nic dziwnego. To pan modnie wygląda – odparowałam, ale na to już nie odpowiedział i zaraz potem wszedł do sklepu specjalizującego się w bentō.

– Proszę jeden zestaw specjalny z wieprzowiną i kimchi – powiedział Sensei do obsługującej kobiety, po czym zwrócił się w moją stronę. – A ty?

Menu wydało mi się aż zbyt obfite, nie wiedziałam, co jest czym. Bibimba z jajkiem sadzonym na chwilę przyciągnęła moją uwagę, ale nie podobało mi się, że była z sadzonym zamiast z samym żółtkiem. A ja, jak raz się zawaham, to potem już bez końca deliberuję i nie mogę się zdecydować.

– To ja też poproszę zestaw z wieprzowiną i kimchi. – Żeby zakończyć przedłużające się rozważania, zamówiłam wreszcie to samo co mój towarzysz.

Usiedliśmy obok siebie na ławeczce ustawionej w kącie sklepu i czekaliśmy na przygotowanie naszych potraw.

– Pan jest wyraźnie przyzwyczajony do zamawiania tutaj – powiedziałam. 

Sensei kiwnął głową.

– To dlatego, że mieszkam sam. A ty gotujesz dla siebie?

– Kiedy jestem z kimś, wtedy owszem, gotuję – powiedziałam, a on kiwnął głową z poważną miną.

– Racja. Może ja też powinienem mieć kogoś, tak z jedną czy dwie kobiety.

– Z dwiema byłoby chyba panu ciężko.

– Cóż, w każdym razie dwie to górna granica.

Wymienialiśmy te dość bezsensowne uwagi, a w tym czasie przygotowano zamówienia. Sprzedawczyni podała nam nasze zestawy w torbach foliowych, każdy innej wielkości.

– One się różnią, a przecież zamawialiśmy to samo – szepnęłam Senseiowi do ucha.

– No ale przecież ty zamówiłaś nie zestaw specjalny, a zwykły – odpowiedział cicho. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, poczułam, że wiatr przybrał na sile. Sensei wziął torbę z bentō do prawej ręki, a lewą przycisnął kapelusz do głowy. 

Wzdłuż drogi zaczęły pojawiać się pojedyncze stoiska. A to z japońskimi skarpetkami palczastymi, ale takimi podbitymi gumą, do chodzenia na dworze, a to ze składanymi parasolkami. Ze starymi ubraniami. Z książkami, starymi i nowymi, przemieszanymi ze sobą. Po chwili weszliśmy między dwa szeregi straganów.

– Ta okolica w czasie tajfunu czterdzieści lat temu była całkowicie zalana przez wodę.

– Czterdzieści lat temu?

– Wielu ludzi wtedy zginęło – powiedział Sensei i wyjaśnił, że od tamtego czasu urządza się tutaj targi. W następnym roku po powodzi były organizowane raczej na małą skalę, ale już od kolejnego roku wróciły trzy duże targi co miesiąc. Z biegiem lat zyskiwały popularność i teraz wzdłuż jezdni od przystanku autobusowego przy Teramachi do przystanku Kawasuji‑Zachód już nie tylko w dni z ósemką, ale i w inne też większość straganów działa.

Hiromi Kawakami, Dziwna pogoda w Tokio, przeł. Anna Zalewska, Znak Literanova 2026.