Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

B. Vianen, „Surinamie, to ja” (fragment)

5/2026

…Stoi – z butami w ręce – w mroku za magazynem. Dodaje sobie odwagi, by wejść do środka… Mój Boże, on się nie może obudzić. Spuściłby jej lanie, tak jak pan Abdulkhan obił swoją córkę… Ata by nie zrozumiał, płakałby… Nie, S. musi bezszelestnie otworzyć drzwi galerii i jak złodziej zakraść się na górę, zamknąć swój pokój na klucz, błyskawicznie się przebrać i wsunąć pod kołdrę. Jeśli mimo wszystko ją usłyszy, to ona… Ale dlaczego miałaby się jeszcze trudzić wymyślaniem kłamstw? Czy nie okłamywała go dość długo, w te wszystkie wieczory, kiedy nie szła do Abdulkhanów? Ani do koleżanki z klasy, żeby się uczyć…? Dotarła do swojego pokoju… Jest bardzo zdenerwowana. Ręce jej się trzęsą. Gdzie jej wieczne pióro…? Musi napisać list… Nie może tak po prostu zniknąć. W przeciwnym razie wszystko się o wiele bardziej skomplikuje. Ojciec mógłby pomyśleć o jakimś wypadku. O policji. Ha, znalazła pióro. W kącie stołu leży kartka papieru. S. pisze… Nie wrócę nigdy więcej. Nigdy nie zwałam Cię ojcem. Ale ponieważ odchodzę, chcę Ci powiedzieć, że nóż skaleczył również mnie – o ile jeszcze ją pamiętasz, ojcze…

Budzi się ze szlochem i wpatruje w mrok. Nie jest w domu. Co się stało? Gdzie jest Ata? To nie jej dom. To dom Azaata. Obok niej, na łóżku najstarszej dziewczynki, leży Islam. Ubrania, które miała na sobie zeszłej nocy, wiszą na gwoździu na ścianie, obok ubrań dziecka. Islam zapadł w głęboki, godny pozazdroszczenia sen. Nie słyszy, że S. rozpaczliwie szlocha, bojąc się snu, bojąc się rzeczywistości. Leży spokojnie na boku, z głową w objęciach własnych ramion. W rogu przy oknie stoją jej walizki z rzeczami, które wydają jej się bliższe, a zarazem bardziej obce w tym otoczeniu sprawiającym wrażenie wrogiego. Stoją bez najmniejszego oporu. Martwe rzeczy, martwe sprawy. Są twoje i nie są twoje. Mogłyby należeć do kogoś innego. Stanowią część zaprzeczenia, wyrzeczenia się siebie. Zmuszona okolicznościami, uwolniła się od pewnego rodzaju życia, od bezładnej zależności, od udręki. A jednak. To było jej własne życie. Zna je takim, jakie było, jakim jest: nie kocha leżącego obok niej mężczyzny. Jak ma się mu oddać? Czy może będą chwile, w których to jest możliwe? Nie chce o tym myśleć.

Na zewnątrz pieją koguty, inne dołączają do nich w sąsiednich kurnikach. Pies skowyczy na swój parszywy los. Na pewno jest biały, myśli. Tylko białe psy potrafią tak żałośnie i po ludzku skowyczeć. Tylko białe psy z czarnymi plamami pod oczami i na tułowiu. Naznaczone. S. nie może spać. Oczy jej się zamykają, a potem otwierają. W drzewach i kurnikach powoli nasilają się dźwięki, powoli jak światło wschodzącego słońca w szczelinach ściany.

O piątej wstaje i bardzo cicho opuszcza pokój, żeby pójść się umyć. Nie chce czekać, aż mieszkańcy domu załatwią swoje potrzeby w toalecie i łazience. Na myśl o tym nasilają się jej mdłości. Delikatnie otwiera drzwi i szybko przemierza mglistą ciemność między drzewami na podwórzu za domem. Osioł ryczy w stronę ulicy. W kuchni, z której właśnie wyszła, pali się światło. Żona Azaata też wstała. Drzwi się otwierają, dzień zaczyna się od karmienia kur i głośnego szelestu miotły palmowej, która suche liście i kawałki papieru zamiata na kupkę. Jak ona się nazywa? – myśli S., mijając kobietę, która nabija miotłę na trzonek. To nie jest problem na tę chwilę. Rzecz nawet nie w tym, z jak wielkim obrzydzeniem wchodzi do łazienki i toalety. Ile wymówek będzie musiała wymyślić, żeby odmawiać posiłków, z jaką niechęcią będzie przełykać pożywienie. Nie może stawiać żądań. Nie tutaj. Dlatego bardzo ważne jest, żeby wiedziała, co Islam zamierza dalej zrobić.

– Dlaczego tak wcześnie się obudziłaś?

Islam pyta o to, gdy S. siedzi na jednej z walizek przy oknie, czesząc włosy. Dziewczyna podnosi wzrok, odwraca głowę, żeby uniknąć jego spojrzenia. Nie wie, czy go nienawidzi.

– Myślę, że wiesz, że mam ojca. – Wypowiada to bezbarwnym tonem, zadumana, jakby nie zwracała się do niego, tylko do siebie. Co on o niej wie poza tym, że zawsze się bała, żeby jej z nim nie zobaczono? On uważa to za oczywistość, ale strach nigdy nie może być czymś oczywistym.

– Co on jeszcze może powiedzieć?

– Nic. Masz rację – mówi S. z opanowaniem.

Zanim Islam wyjdzie z domu, wchodzi do pokoju, żeby jej powiedzieć, że Azaat powiadomi jej ojca. Trochę zaniepokojona pyta, czemu to konieczne. Bardzo dobrze pamięta dramat, jaki rozegrał się między Ablulkhanami a rodziną Radja. To zdecydowanie nie wszystko. Wielkim pytaniem jest ona sama. Nie chce, żeby inni byli wciągani w sprawę, która ma charakter przymusowy. Odpowiedź Islama jest krótka i rzeczowa: potrzebuje pieniędzy.

– Jak nazywa się twoja bratowa? – pyta S.

– Popkia.

S. się uśmiecha.

– Laleczka. Jak słodko.

Okropnie być tak nazywaną, myśli. W takich okolicznościach.

Między Azaatem a jego żoną panuje ciągłe napięcie, które stopniowo narasta, aż dochodzi do jawnego wybuchu. Azaata nie było przez całą noc. Rewolucyjna cisza poprzedzających dni obraca się w beznadziejną walkę. Głos Popkii niesie się po domu ostro i płaczliwie. Kobieta stuka talerzami o kredens i stół, przeklinając obecność męża. Azaat, zawstydzony nową sytuacją w domu, gwałtownie odsuwa na bok swój talerz z jedzeniem i wstaje, by samodzielnie nałożyć sobie z garnka ryżu, po czym zjada go z solą i kawałkami żółtej papryki, żeby urazić żonę i doprowadzić ją do większej rozpaczy. Dziewczynę ogarnia współczucie dla kobiety oraz dla dzieci, które pospiesznie się wycofały. Nie może na to patrzeć i ze zdenerwowania zaczyna zmywać, używając nadmiernej ilości mydlanego proszku. Dzieje się to trzeciego dnia. Potem zmywa jeszcze wiele razy, żeby umożliwić sobie samej przełknięcie czegokolwiek. Kobieta jest jej wdzięczna i wyraża to poprzez zaangażowanie, z jakim uczestniczy w przygotowaniach do ślubu, mniej więcej tydzień po tym, jak S. się tu wprowadziła. Pewnej środy idzie na targ i wraca z mąką i ziołami, które z dumą stawia w kącie na kredensie. Mówi, że zrobi też sawai, rodzaj jogurtu z wermiszelem, rodzynkami i cukrem. Dlatego zamawia mleko u nieznanego Mohammeda Haniefa, od którego Azaat i Islam kupią kozę. Dni mijają, deszczowe i wietrzne, czasami zaskakujące łagodną pogodą.

Ślub odbywa się w sobotę tego samego tygodnia. Gości jest niewielu, tak jak sobie życzyła. Pan Abdulkhan przyszedł z żoną. Na ich widok S. czuje radość i bolesne wzruszenie. Tyle czasu upłynęło. Te wszystkie kłamstwa… Nie zostają długo. Wychodzą krótko po zakończeniu ceremonii. Czas, to, że długo nie dawała o sobie znać, i nieobecność Selinhy ostudziły ich zainteresowanie. Selinha miewa się dobrze. Ma drugie dziecko. To znowu chłopiec. Po jej ostatnim liście S. więcej się do niej nie odezwała. Napiszę do niej, myśli, później, kiedy to lepiej do mnie dotrze. Wszystko. Później, kiedy zaakceptuję rzeczy wokół siebie. Ludzi. Później, kiedy pisanie o tym nie będzie mnie irytowało.

Jest druga po południu. Ziemia rozmokła od deszczu. Kilka chodzących luzem kur wyjada ryż rozsypany przy schodku kuchni i za ławami nieodgrodzonych części namiotu. Od czasu do czasu któraś z nich ośmiela się skoczyć do talerza dziecka, żeby dorwać się do żółtawego pożywienia. Z różnych stron kobiety wołają wtedy na zmianę: szu, żeby je przegnać. S. nie może jeść i poniekąd bezmyślnie patrzy na palce obcych mężczyzn i kobiet, zachłannie grzebiące w żółtawym jedzeniu. Aż nagle przed oczami zaczynają jej latać mroczki i widzi rozmawiające kobiece usta, które bezgłośnie poruszają się jak kupry kaczek. Potem, częściowo rozebrana, leży w halce pod pościelą, na wpół odurzona, wpatrując się w ścianę. Drzwi się otwierają. Islam wpada w złość, gdy widzi ją leżącą na łóżku.

– Co ty robisz? – spanikowany, pyta bez tchu. – Nie rozumiesz, że… Potrzebuję pieniędzy.

S. się nie rusza.

– Wszystko mi jedno – mówi wolno i bezbarwnym tonem. – Wszystko mi jedno, skąd je weźmiesz.

– Teraz możesz pyskować, tak?

– Wynajmij dom. To wszystko, o co cię proszę.

Rozlega się pukanie. Nie czekając na odpowiedź, Azaat pchnięciem otwiera drzwi. S. naciąga pościel pod brodę i z bezsilną złością w oczach patrzy na bezczelnego intruza. Ten udaje, że tego nie dostrzega.

– Co się dzieje? Gdzie się podziewasz? – pyta rozdrażnionym tonem.

– Ona nie czuje się dobrze.

Azaat przesuwa palcem pod nosem.

– Soekhia przyszła – rzuca niedbale. To nie jest odpowiedź, jakiej chciał udzielić. Nic lepszego nie miał jednak do zakomunikowania.

Soekhia jak zwykle jest ubrana całkiem na biało. Fałdy długiej, szerokiej, sięgającej do kostek spódnicy delikatnie szeleszczą od krochmalu. Z białej bluzki unosi się zapach wody toaletowej i talku. Jest w czarnych lakierkach, ubłoconych. Na jej szyi wisi złoty naszyjnik pełen drobnych różyczek, połączonych ze sobą w trzech rzędach, które tworzą przepiękną całość. Złote bransoletki pobrzękują, gdy ostrożnie zamyka drzwi.

– Kto ci powiedział? – pyta S.

Soekhia wydaje głębokie westchnienie i pochyla się, żeby podnieść sukienkę, która ześlizgnęła się z brzegu łóżka.

– Spójrz, tam jest gwóźdź – mówi S., siadając.

Kobieta odwiesza sukienkę i siada przy S. na łóżku.

– Chyba tu nie zostaniesz? – szepcze z rękami na podołku.

S. potrząsa głową.

– Popkia jest moją kuzynką. Ale to świntuch. – Soekhia współczująco kręci głową i ciągnie: – Nigdy za bardzo nie dbała o czystość. Myślę, że to dlatego Azaat poszedł do innej kobiety. Teraz zrobiło się o wiele gorzej. Kiedy wychodziła za mąż, bardzo płakała. Doszło do wielkiej kłótni między jej rodziną a rodziną Azaata. Strasznie sobie naurągali. Gdyby nie chodziło o ciebie, to bym nie przyszła. – Bierze rękę S. – Islam był dopiero wczoraj wieczorem. Martwiłam się. Nie powinnaś tu zostawać.

– Powiedziałam to już Islamowi. Słyszałaś o jakimś domu, który stoi pusty?

Kobieta odpowiada, że jest taki na końcu ulicy, przy której mieszka. Dopiero co wybudowany. Od razu o nim pomyślała, jak tylko Islam wyszedł. Ale nie wie, czy nie został już wynajęty. Mówi, że jej mąż zna właściciela, co oznacza, że jest gotowa tam pójść razem z S. po niezbędne informacje.

– Jeśli chcesz. Jeśli on nie ma nic przeciwko mieszkaniu na mojej ulicy – dodaje z posępną miną.

– Nie – odpowiada S. – To już minęło.

– Zobacz, co ci przyniosłam – mówi Soekhia.

Trochę nerwowo sięga do bluzki i wyjmuje białą chusteczkę. Rozwiązuje szeroki supeł. Na czerwonym przezroczystym papierku leży para złotych kolczyków, wykonanych techniką filigranu.

– Jak ci się podobają? – pyta.

– Piękne… Ale dlaczego?

– Bo wyszłaś za mąż.

– Tak, to prawda. Wyszłam za mąż – odpowiada S. z uśmiechem, żeby ukryć bezradność.

Właściwie chciałaby zarzucić kobiecie ręce na szyję, tak jak dawniej matce. Nie potrafi. Nikomu nie może pokazać, co czuje w środku. Ta myśl wprawia ją w zmieszanie. Idiotycznie się przez to czuje.

– Są piękne, Soekhio – mówi i ostrożnie zawija kolczyki w papierek. Potem znowu się kładzie.

– Źle się czujesz?

Kręci głową, dysząc.

– Będzie lepiej, jak będziesz miała własny dom. Przyjdę jutro.

– Jak chcesz.

Soekhia siedzi przy niej jeszcze pół godziny. Opowiada o swoich synach, kłótniach sąsiadów, o złodzieju kur, który parę dni temu został złapany na gorącym uczynku przez samego właściciela. Wsadził do wiklinowego kosza największe koguty i akurat chciał opuścić podwórze, gdy nadjechał właściciel kur. Człowiek ten zeskoczył z roweru, złapał złodzieja za ramię i krzykiem obudził sąsiadów. Złodziej wysmarował się olejem, ale w końcu i tak został schwytany. Właściciel musiał w środku nocy biegać za swoimi kurami, które się rozpierzchły i gdacząc, przedostały się po trawie wzdłuż kanałów na sąsiednie podwórka. A kiedy Soekhia opowiada tę historię, nie zapominając od czasu do czasu wezwać przy tym Boga, po jej policzkach spływają łzy. Nie potrafię już ocenić, ile ona ma lat, myśli S., i za dziesięć lat być może też nie będę potrafiła. Czy istnieje coś takiego jak dorosłość?

– Najadł się strachu – mówi Soekhia o złodzieju. – Szkoda, że go nie widziałaś. I jeszcze te kury.

Rozlega się pukanie. Wstaje, żeby otworzyć drzwi. To Popkia – z pytaniem, czy S. przyjdzie coś zjeść.

– Odrobinkę – odpowiada.

– Słyszałem, jak Soekhia się śmiała. To była zabawna historia? – To głos Islama, kiedy Soekhia i inni goście już poszli.

– Tak myślę.

– Azaat powiedział, że mój ojciec jest bardzo zły.

– Soekhia mówiła o pewnym domu.

– Gdzie?

– Niedaleko niej.

– Jaki jest czynsz?

– Nie wiem.

– Trzeba było zapytać.

– Zawsze jeszcze mogę to zrobić. Jutro do niej pójdę. Idziesz ze mną?

– Jadę z Azaatem do rodziców. Potrzebuję czystych ubrań. Dam ci pieniądze.

Podchodzi do krzesła, żeby wyjąć banknoty z kieszeni spodni. S. je przyjmuje, liczy i wsadza pod materac, do pieniędzy, za które kupił ją podczas ceremonii.

– Masz dla mnie ręcznik? – pyta Islam.

S. wstaje, owija się pościelą i idzie w stronę walizek.

– Popkia mówi, że nic nie jadłaś przez cały dzień – odzywa się, gdy S. znowu leży w łóżku.

– Zjem, kiedy się wykąpię – odpowiada, nie patrząc na niego.

Islam siada przy niej, odsuwa kołdrę i lekko dotyka jej brzucha.

– Nie – mówi S. i z powrotem naciąga pościel.

– Jesteś na mnie zła?

– Nie – kłamie.

Potem Islam wychodzi z pokoju. Jest siódma.

Bea Vianen, Surinamie, to ja, przeł. Alicja Oczko, ArtRage 2026.