B. Serrano, „Ogień w gardle” (fragment)
Blanca miała dwie osobowości. Była wzorową uczennicą, kochającą i troskliwą przyjaciółką, nieśmiałą, ale uważną jedynaczką, która komplementowała macochę, gdy ta wracała od fryzjera, lub pytała ojca o codzienne sprawy w pracy. Blanca czuła, że taka właśnie powinna być: dobrze się uczyć, sporo czytać i dzielić się z przyjaciółkami sokiem podczas podwieczorku w VIPS.
Była jednak także okrutną dziewczyną, która miała na swoim sumieniu zabójstwo, była zdradzoną przyjaciółką i odrzuconą córką. Podwójnie pozostawioną na pastwę losu i nie szczęścia. Ta druga, diaboliczna Blanca, z ogniem w gardle, mogła wysadzić wszystko w powietrze. Blanca z Internetu, o zbyt osobliwych gustach jak na niewielką dzielnicę niewielkiego prowincjonalnego miasteczka, w którym mieszkała. Ta, która musiała do pewnego stopnia się ukrywać, zachowywać ostrożność w wyrażaniu zdania i nie zdradzać swoich zainteresowań, by nie podsycać pogłosek, które szybko przeradzały się w niestworzone plotki. Takie jak ta, która krążyła, gdy Blanca chodziła do gimnazjum – że odprawia w swoim pokoju satanistyczne rytuały, wykorzystując małe gryzonie, lub ta, że w zaciszu swojej łazienki nacina sobie uda.
Obie Blanki współistniały w miarę pokojowo dzięki zasobom wykształconym przez właścicielkę ich pola bitwy przez lata treningu, rozwijania samoświadomości i milczenia, by te dwie części nie wdały się w niebezpieczny konflikt, bo intuicja podpowiadała jej, która ze stron może wyjść z tej po tyczki zwycięsko, i to ją przerażało. Wcześniej miała Internet i dziewczyny, które działały na jej duszę łagodząco jak aloes po zbyt długim przebywaniu na rozgrzanych słońcem ulicach. Bez nich, a zwłaszcza bez Veróniki, Blanca czuła się zagubiona, ponieważ na zewnątrz mogła prezentować tylko jedną ze swych części, a głęboko skrywać musiała tę drugą, tę bez uwierających szwów. Dlatego niemal z dnia na dzień zaczęła ją uwalniać, rzadko i w kontrolowanych okolicznościach, żeby od czasu do czasu, można powiedzieć, spróbować swoich sił. Żeby zaczerpnąć powietrza. Żeby poczuć się wolną.
Na przykład dzięki drobnym kradzieżom. Blanca zaczęła kraść to i owo w sklepach i w domach towarowych za każ dym razem, gdy pod pretekstem załatwienia jakiejś sprawy wymykała się sama do śródmieścia. Czerwona szminka marki Dior z działu kosmetycznego El Corte Inglés przy Colón, Unknown Pleasures Joy Division z FNAC, American Psycho Breta Eastona Ellisa z księgarni París–Valencia. Jak sroka przy siadała potem z łupem na ławce w jakimś parku i spokojnie podziwiała wszystkie skarby, które udało jej się ukraść bez wzbudzania podejrzeń. Miała zwinne ręce, dopracowaną do perfekcji sztukę ukrywania się, a zdobyte przedmioty chowała w fałdach swoich długich czarnych spódnic lub w licznych wewnętrznych kieszeniach ogromnych płaszczy w militarnym stylu. Lubiła przypływ adrenaliny, kiedy pewnym krokiem wkraczała do tych miejsc i z dumą z nich wychodziła, uważając się za lepszą od tych wszystkich biednych konsumentów, którzy wyciągali swoje karty kredytowe lub świeżutkie bank noty, dopiero co pobrane z bankomatu. Dzięki tym drobnym złym uczynkom czuła się dobrze, czuła, że żyje.
Później odkryła, że czuła się tak nie z powodu samego wy kroczenia, lecz pod wpływem poczucia zagrożenia, przeszywającego ją na wskroś, gdy dopuszczała się swoich małych przestępstw. Wzrok ochroniarza na karku, niepokój przy prze chodzeniu przez sklepowy próg, kiedy nie miała pewności, czy nie włączy się alarm, i satysfakcja, gdy po raz kolejny udawało jej się osiągnąć cel. Bunt nastolatków nie przejawiał się u Blanki krzykami i trzaskaniem drzwiami w domu ani gwałtownymi kłótniami z nowymi przyjaciółkami, lecz drobnymi naruszeniami norm społecznych i moralnych.
Sprawy, rzecz jasna, posunęły się dalej. Blanca postanowiła wykorzystać nie tylko swoje zwinne ręce, ale całe ciało. Wchodziła do toalet w dyskotekach z chłopakami, którzy mieli już tatuaże i spacerowali z kaskami motocyklowymi w ręku. Pozwalała się dotykać, pozwalała robić z sobą wszystko to, co kiedyś odradzała jej Verónica. Zabijała matkę, zabijała starszą siostrę w małej kabinie cuchnącej moczem i potem przesyconym wonią buzujących hormonów. Na dyskotekę wybierała się zawsze z Silvią i z innymi koleżankami, robiły jedno lub kilka kurwikółek w lokalu, a później, gdy już pchnęła przyjaciółki w ramiona chłopaków o wyglądzie zdrowych, po rządnych kapitanów drużyn piłkarskich, wychodziła na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza, i przyłączała się do wszelkiej maści pełnoletnich cwaniaków z prawem jazdy, którzy kręcili się przy drzwiach młodzieżowych dyskotek jak sępy czyhające na ofiarę. Blanca była tą ofiarą. Wypijała z butelki łyk Coca-Coli zmieszanej z tanią whisky, zaciągała się jointem, który jej oferowano, aż poczuła zawroty głowy, a później wchodziła do łazienki lub wsiadała na motocykl i całym ciałem przywierając do kierowcy, błagała o większą prędkość, żeby poczuć wiatr we włosach. A potem przed dziewiątą wracała do domu, zdejmowała spódnicę, poprawiała rajstopy, zakrywała siniaki makijażem, wkładała do ust miętową gumę i z oczami zaczerwienionymi od marihuany pytała Rosę, jak jej minął dzień.
Blanca nie czuła się dobrze i nie czuła się wolna, kiedy całowała się z chłopakami, którzy najprawdopodobniej zamiast „wziąć” mówili „wziąść”, ale odczuwała satysfakcję, kiedy powoli zbliżała się do granicy, którą wyznaczyła sobie danego wieczoru, a przede wszystkim później, umiejętnie wszystko ukrywając. Upajała się uczuciem, że ma wszystko pod kontrolą, że jest osobą nieprzyzwoitą, a jednocześnie porządną jak mało kto: z dobrymi ocenami, uprzejmymi pytaniami i udami w siniakach. Musiała znaleźć ujście dla tego ognia, który trawił jej wnętrze, i robiła to w coraz bardziej ryzykowny sposób, po czym wracała do domu i zachowywała się tak, żeby nikt nie odważył się jej porzucić lub oszukać.
Kiedy skończyła siedemnaście lat, ojciec i Rosa podarowali jej nowy, lśniący discman, książkę Rok 1984 George’a Orwella i nowy kredyt zaufania. Od tej pory mogła wracać do domu o wpół do jedenastej w dni powszednie i o północy w piątki i soboty. Zezwolenie to było jednak obwarowane kilkoma zasadami: zostanie cofnięte, jeśli Blanca będzie się spóźniać, jeżeli będzie czuć od niej alkohol lub jeśli opuści się w nauce. Zyskała nową przestrzeń, nową swobodę do przekraczania własnych granic: atrakcyjny świat nocy.
Blanca umiejętnie wykorzystywała czas: w piątki, kiedy nie chodziła do dyskoteki, pojawiała się na placu zabaw, tym samym, na którym w dzieciństwie popołudniami tyle razy bawiła się na czerwonych huśtawkach; siadała na ławce i rozmawiała z przyjaciółkami. Zapewniała sobie alibi. Około wpół do dziesiątej powoływała się na starą godzinę policyjną – nie poinformowała Silvii i reszty dziewczyn, że ojciec i macocha dali jej więcej swobody. Dzięki temu po powrocie do domu mogła zgodnie z prawdą powiedzieć: „Byłam z dziewczynami w parku”. Nawet jeśli jej ojciec spotkałby matkę Silvii w supermarkecie, o co nietrudno w małej dzielnicy, powiedziałaby mu: „W piątek dziewczyny były w parku”. Blanca doszła do wniosku, że dziewczyny musiałyby wdać się podczas rozmowy z rodzicami w szczegóły, co nigdy się nie zdarzało, żeby wyszło na jaw, o której dokładnie rozeszły się do domów.
Od wpół do dziesiątej do za piętnaście dwunasta Blanca włóczyła się po dzielnicy El Carmen. El Carmen było dzielnicą najbardziej tętniącą życiem i pełną kontrastów, najciekawszą częścią Walencji dla dziewczyn w wieku Blanki. W uliczkach odchodzących od Placu Tossal znajdowało się mnóstwo barów i tancbud – każdy mógł tu znaleźć coś dla siebie – idealnych dla młodych ludzi, którzy w tamtej epoce przeżywali szczyt okresu dojrzewania i poszukiwali swojej tożsamości. Był na przykład bar, gdzie studenciaki mogły pić za rozsądną cenę (dziesięć shotów za dwanaście euro) przy akompaniamencie krajowych hitów muzyki pop. Albo lokal o nazwie Pinball, w którym puszczano muzykę indie, gdzie spotykały się te wszystkie flegmatyczne chłopaczki o wyglądzie zbolałych poetów, bez wątpienia z obsesją na punkcie Buszującego w zbożu, i dziewczyny, które ubierały się, a co gorsza – czesały, jak bohaterka filmu Amelia. Był bar dla heavy metalowców, bar dla punków, a nawet bar dla gotów i emo, przed którym zawsze wystawał chłopak z białą szczurzycą na ramieniu. Był bar dla trzydziestolatków, bar dla singli, bar dla turystów, a nawet dla neonazistów. Każdy znalazł tu bar dla siebie, kimkolwiek był i czegokolwiek szukał.
Blanki na ogół nie wpuszczano do żadnego z tych miejsc, zwłaszcza jeśli wejścia pilnował bramkarz. Czasem udawało jej się przekroczyć próg i zajrzeć do świata dorosłych, ale gdy tylko podchodziła do baru, żeby zamówić colę, proszono ją uprzejmie, niemal łagodnie, o opuszczenie lokalu. Na razie nie było to miejsce dla niej, bo choćby nie wiem ile warstw makijażu nałożyła na twarz i jak wysokie koturny nosiła, nie ulegało wątpliwości, że jest jeszcze dzieckiem. Blanca nie przejmowała się tym zbytnio, ponieważ tutejsze uliczki były gwarne i wesołe, a na placach ludzie siedzieli i pili w najlepsze, więc wystarczały jej spacery i pogawędki z tym czy z tamtym.
Metodą prób i błędów trafiła jednak na lokal, które go właściciel i jednocześnie kelner, sześćdziesięciokilkuletni homoseksualista spędzający noce na popijaniu shotów i snuciu opowieści z lat młodości, z pewną pobłażliwością traktował fakt, że ubrana na czarno nastolatka godzinami przesiaduje na jego kanapach. Bar nazywał się Tisana i znajdował się w pobliżu ruchliwego Placu Carmen. Bywali tu rozmaici ludzie: punkowi outsiderzy dzielili stolik z emerytowanymi alkoholikami, studenci pierwszego roku mijali się z dzieciakami ubranymi jak Eminem, szukającymi okazji do zorganizowania walki kogutów, takiej jak ta z filmu amerykańskiego rapera, trzydziestolatki biorące udział w wieczorze panieńskim, fani popu próbujący pierwszych drinków i młodzi ludzie w wieku Blanki, których wpuszczano do środka, o ile nie byli o krok od śpiączki alkoholowej. Blanca całowała i pozwalała się całować temu i tamtemu, wdawała się w pogawędki z tym i tamtym, a słodki smak absyntu, którym ją częstowano, palił gardło, ale łagodził wewnętrzny ogień.
Beatriz Serrano, Ogień w gardle, przeł. Ewa Ratajczyk, Znak 2026.