Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

A. Hollinghurst, „Nasze wieczory” (fragment)

1/2026

Tego ranka żadnych prób, zostaliśmy więc w łóżku – zrobiłem herbatę i siedzieliśmy, szukając w internecie artykułów na temat Marka. Nie jestem pewien, dlaczego chcieliśmy je przeczytać: może jeśli się osobiście zna kogoś sławnego, człowiek staje się częścią historii i bez względu na to, kto ją opowiada, chce, żeby dostrzeżono w niej sens i przedstawiono ją właściwie. Materiał pod koniec wieczornych wiadomości był rzetelny, ale powierzchowny, czterdziestopięciosekundowa relacja młodziaka, który nie miał wiedzy z pierwszej ręki. To deprymujące dowiedzieć się w ten sposób o śmierci przyjaciela. Wyłączyłem dźwięk, Richard mnie objął i siedzieliśmy bez słowa, gdy pokazywali krykieta, a potem pogodę.

Richard spotkał Marka tylko raz, na kolacji w Tate z okazji jego dziewięćdziesiątych urodzin – tamtego dnia w sali, którą na tę okoliczność obwieszono darami jubilata, zasiadało dwieście osób. Wygłaszając przemówienie, Mark sprawiał wrażenie słabowitego, wszyscy go jednak wspierali, a on, skromny i hojny, wzniósł toast za dzień starszą Carę. Gdy potem chwilę z nimi rozmawialiśmy, nie potrafiłem stwierdzić, czy nieobecność Gilesa zraniła ich, czy też w skrytości ducha czuli ulgę.

Z punktu widzenia mediów historia Marka Hadlowa zawsze była irytująco uboga w skandale – prawy biznesmen, wielki filantrop, od siedemdziesięciu lat jedna żona; żaden pustelnik, człowiek niezwykle gościnny, niegustujący jednak w blasku reflektorów: podobno odrzucił zarówno tytuł szlachecki, jak i godność para, a żadna z galerii czy auli, które ufundował, nie nosiła jego imienia. Wścibska plotka mogła się do niego dobrać wyłącznie za pośrednictwem dzieci. O Lydii wiadomo było tylko, że raz pojawiła się topless w filmie Warhola i zginęła w wypadku samochodowym we Francji pięć lat temu. Za to Giles, oczywiście, jest wszędzie, przy tym tak zaciekle występuje przeciwko wszystkiemu, za czym opowiadał się Mark, że niszczycielska kariera syna przesłoniła życie i dzieło ojca. Odszedł Mark Hadlow, ojciec architekta brexitu, napisał „Times”, „Mail” zaś w ogóle pominął imię: Ojciec Gilesa Hadlowa zmarł w wieku 94 lat. Zdjęcie, na którym stoją razem, spięci, pochodzi z lat osiemdziesiątych. Szaleństwem byłoby twierdzić, że to Giles wpędził ojca do grobu, ale zastanawiałem się, co teraz czuje – nadal bunt czy podszyty winą smutek?

 – Zadzwonisz do Cary? – spytał Richard.

 – Powinienem – odrzekłem, ale to pytanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać: choć łączyła nas niezłomna przyjaźń, czułem się zbyt onieśmielony, żeby dzwonić. – Albo może później do niej napiszę.

Zaraz jednak uznałem, że list wszystkiego nie pomieści. Spojrzałem w lustro, które odbijało łóżko, ukazując nas jakby w obszerniejszym i piękniejszym pomieszczeniu.

 – Mieć pieniądze i przeznaczać je tylko na to, co dobre, to rzadkość, prawda?

 – Rzecz właściwie niespotykana – stwierdził Richard.

Pomyślałem, ile Mark dla mnie zrobił, jeszcze zanim poznaliśmy się w Woolpeck w czasach mojej wczesnej młodości. Zobaczyłem siebie w tamten słoneczny weekend – lęk pod maską opanowania, inteligencja skryta za nerwowym napięciem przed ludźmi, którzy mieli nadzieję ją dostrzec.

 – Prawda jest taka, że zmienił moje życie. – Potrafię płakać na zawołanie przed kamerą i na scenie, nawet co wieczór, teraz jednak zadziwiłem sam siebie. – Nie umiem sobie wyobrazić, gdzie bym bez niego był.

 – Och, kochanie. – Richard pogładził mnie pocieszająco po ramieniu. – Czasem myślę, że był jak ojciec, którego nie miałeś.

 – Nigdy nie byliśmy aż tak blisko – odparłem, ten pomysł wzbudził we mnie nieufność. – Zwykły przypadek. Gdybym nie zdobył stypendium Hadlowów, nigdy bym nie poszedł do tamtej szkoły.

 – I nie poznałbyś Gilesa.

Przypomniało mi się, co powiedziała mama tuż przed śmiercią, na początku kampanii:

 – Pomyśleć, że wszyscy możemy znaleźć się na łasce tego twojego okropnego kolegi.

 – Mamo, oni nie wygrają – odparłem wtedy.

 – Mnie to nie dotknie, bo mnie nie będzie – powiedziała. – Ale ty… i Richard.

Popatrzyłem znów w lustro na dwóch starszych panów w łóżku. Mama odeszła i Mark odszedł, zostaliśmy tylko my – z Gilesem we wszystkich gazetach, depczącym naszą przyszłość i nasze nadzieje.

Wieczorem natknąłem się w internecie na zdjęcie Marka, musiało pochodzić z czasów, kiedy go poznałem; co za słodko zapierające dech w piersi uczucie, jakbym zobaczył własne zdjęcie z młodości, fotografię, o której istnieniu nie miałem pojęcia – zapomniałem, że kiedyś znałem go właśnie takiego. Usta nadają twarzy wyraz stanowczości, wręcz zniecierpliwienia, dla którego przeciwwagę stanowią wielkie rozbawione brązowe oczy. Uważne skupienie idzie w parze z potrzebą, by zaraz przejść do czegoś innego. Bliskie miłości przywiązanie, które żywiłem do niego jako dziecko, przetrwało i powraca do mnie w postaci niesłabnącej sympatii z lat późniejszych, gdy nawyk przyjaźni stał się jego istotną częścią.

Kiedy ma się pięćdziesiąt, sześćdziesiąt parę lat, figury ojca stopniowo się wykruszają, znikają ci, którzy uprawomocniali życie, umożliwiali je, byli jego świadkami, i nikt nie jest w stanie ich zastąpić. Roland, Raymond, Mark – wszyscy odeszli, a ja nie mam szansy stać się kimś takim. Moi dwaj chrześniacy dorośli, pożenili się, sami zostali ojcami i prawie się nie widujemy; naszym rzadkim spotkaniom towarzyszy niezwykła serdeczność, ściskamy się zawzięcie i uśmiechamy ponad przepaścią dzielącą życie biznesmenów i starego dziwaka, w dodatku geja. Okazują mi wielki szacunek, a o moich niejasnych osiągnięciach mówią w tonie zachęty, jakbym to ja był ich chrześniakiem. Poza tym zdarza mi się uczyć, a gdy biorę udział w spektaklu, częstuję młodych aktorów teatralnymi plotkami i niekiedy za sceną po kryjomu ćwiczę z nimi role. Moja serdeczność ma odcień raczej koleżeński niż ojcowski – czy miłosny: odnotowałem moment, gdy kilka lat temu mój flirt przestał uwodzić, a zaczął niepokoić.

Teraz od dwóch tygodni jestem w trakcie prób do Bajazet w Anvil – zbieramy się w sali nieopodal, poobijane niebieskie drzwi między rzeźnikiem a sklepem ze starociami („Oto współczesny teatr dla ciebie”, mówi Richard). Gram starego Acomata, wielkiego wezyra, ta rola to prawdziwy dar, i zastanawiam się, kiedy pierwszy raz powiedziałem: „Gram starego kogoś” – minęło już trochę czasu. W „The Telegraph” w zeszłym roku napisano, że „cieszę się złotą jesienią kariery”, choć mnie się wydaje, że po prostu trafiło mi się kilka postaci, które łatwo dostrzec. Reżyserzy uznali, że im się przydam, a Martin, mój agent, szybko wszedł w rolę kogoś, kto zawsze we mnie wierzył.

Normalnie znałbym już tekst na pamięć, choć nigdy przed próbami, tego czterdzieści lat temu nauczył mnie Ray: najlepiej „zakuć” kwestie w pierwszym tygodniu albo dwóch, gdy wypowiada się je do innych osób. Otwieram sztukę i przez pierwszych dziesięć minut mam nierymowany pentametr jambiczny, bite sześć stron: skomplikowana opowieść o intrygach, wojskach i imperiach, którą widownia w swej zniecierpliwionej niewiedzy będzie chłonęła z uwagą, świadoma, że od tego zależy jej wieczór. Jesteśmy tylko ja i mój totumfacki, Osmin, grany przez Keitha Mackle’a, młodego chłopaka o mieszanym pochodzeniu (Glasgow, Ghana), który urodą i skupieniem przypomina mi Hectora; ma niespożyte pokłady cierpliwości, gdy żądam promptera albo przez pomyłkę przeskakuję do dalszego monologu, tego o wojskach babilońskich. Faktem jest, że moja słynna pamięć nie jest już taka jak dawniej. Pamiętam ze szczegółami, co było wczoraj, rzeczy sprzed pięćdziesięciu lat wracają do mnie z nieoczekiwaną nową wyrazistością, lecz maleńkie umysłowe paprochy zamazują i przesłaniają ostatni tydzień. Na początku zostawiłem scenariusz na krześle, potem jednak wziąłem go i nosiłem jak nie ja.

Rzeczywiście napisałem do Cary, ale nie dostałem odpowiedzi, zadzwoniła dopiero tuż przed zdjęciem sztuki z afisza: od razu przeszła do rzeczy, powiedziała, że ma raka, sześć tygodni przed śmiercią Marka zoperowano jej gardło.

 – Wiem, że mój głos brzmi inaczej – stwierdziła.

 – Nie dla mnie – odparłem z galanterią, do której nigdy nie miała cierpliwości.

 – Och, to miłe z twojej strony.

Pomyślałem, że faktycznie mówi nieco inaczej, jakby coś jej przeszkadzało, z wyczuwalnym wysiłkiem typowym dla ludzi starszych.

Spytała:

 – Może przyjdziesz jutro na lunch? Albo jakiegoś innego dnia? – Nieoczekiwanie pusty kalendarz.

Wpadłem z wizytą trzy dni później, sam.

Miałem do dyspozycji całą czułą wiedzę, którą zdobyłem przy mamie w jej ostatnich latach, i umiejętność obcowania z osobami bardzo wiekowymi. Ale oczywiście Cara to nie mama. Między nami była szczerość, nie zażyłość z jej pobłażaniem słabości, poza tym Cara miała ludzi, którzy się nią opiekowali. Wpuściła mnie milcząca młoda kobieta, która wzięła ode mnie płaszcz i zaprowadziła mnie do pokoju dziennego z wysokimi oknami wychodzącymi na ogród i wielkimi abstrakcyjnymi obrazami spoglądającymi na siebie ponad białym dywanem. Cara siedziała przy kominku, na nosie miała okulary i najwyraźniej do kogoś pisała – marszczyła brwi, wystukując litery na telefonie. Mogłem się jej przyjrzeć: grube białe brwi, czerwony zawój na głowie, szyja okręcona jedwabnym szalikiem, lekko opadający prawy kącik ust, dobrze mi znana kwadratowa twarz, zarazem łagodniejsza i bardziej wychudła.

 – Witaj! – powiedziała ze wzruszającym ciepłem, nie podnosząc wzroku, po czym stuknęła „wyślij” i wyciągnęła do mnie rękę.

Podszedłem i pocałowałem ją w policzek, a ona na moment chwyciła mnie za ramię.

 – Wiem, że nie pijesz.

 – No cóż – odparłem – nie piję dużo.

 – Koniecznie się czymś poczęstuj, ja w tej chwili nie mogę.

Dziewczyna czekała.

 – Może wodę? – zasugerowałem.

Oboje z Carą dostaliśmy więc wodę, a gdy usiadłem, spojrzeliśmy sobie w oczy. Miałem nadzieję, że w moim wzroku widać współczucie i żartobliwość, jej był jakby nieobecny – nie potrafiłem wyczuć, od czego chciałaby zacząć.

 – Możesz malować? – spytałem.

 – Och, teraz to nie dla mnie – odparła i uniosła prawą rękę z nieśmiałością, jak mi się zdawało, wielkie białe knykcie, palce, które trudno wyprostować. – Trochę rysuję, ale to niewiele warte.

 – Tak mi przykro – powiedziałem. – Dobrze pamiętam twoje prace.

 – Zawsze je chwaliłeś.

 – Nie tylko ja – odparłem, choć ze świadomością, że podobały mi się przede wszystkim dlatego, że ją znałem.

Chciałem się dowiedzieć czegoś o pogrzebie – kierował mną szczególny splot uczuć: ciekawości, żalu, że mnie tam nie było, i okropnej, niedopuszczalnej urazy, że nie zostałem zaproszony.

 – Och, to była bardzo prywatna uroczystość – powiedziała Cara. – Tak jak chciał Mark.

 – Całkowicie zrozumiałe.

 – Nie czułam się najlepiej, nie dałabym rady. Tylko rodzina i trzy, może cztery osoby spoza.

 – Oczywiście – odparłem lekko.

 – Był Bach i zdaje się, że Rameau. Mike Kidstow, stary przyjaciel Marka, nie wiem, czy go znasz, wygłosił mowę.

 – Wiem, kto to, ale nigdy go nie spotkałem.

 – Oczywiście żadnych hymnów ani nic w tym stylu. Giles przeczytał coś krótkiego.

 – Ach, zastanawiałem się…

Spojrzała na mnie.

 – Czytał bardzo dobrze.

 – Tak, z pewnością – odparłem i poczułem, że mogę dodać: – Ma ogromne doświadczenie!

 – Właśnie o to chodzi, Dave, nie mogliśmy pozwolić, żeby były tłumy ludzi i dziennikarze.

 – Rozumiem, naprawdę.

 – Zatrzymali fotografów przed bramą krematorium.

 – Całe szczęście.

 – To znaczy, wiesz, nie zjawili się z powodu Marka… Wychodziliśmy w morzu fleszy. – Uniosła wykręconą rękę, żeby osłonić oczy.

Zjedliśmy lunch w jadalni, którą pamiętałem jako bardziej ponurą, z innymi obrazami – było w tym niezmordowane Hadlowowskie przekonanie, że rzeczy można wciąż zmieniać i udoskonalać. Cara miała laskę – zaproponowałem jej ramię, ale odparła cicho:

 – Nie trzeba.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie na końcu długiego rozsuwanego stołu – na drugim znajdował się biały gipsowy odlew jakiejś pustej formy, może kartonu lub szafki, autorstwa Rachel Whiteread. Ciąg ogromnych pokojów ze ścianami w kolorze złamanej bieli musiał się wydawać zimny bez męża.

Do stołu podawał młody mężczyzna, Rihaan, który od czasu do czasu szeptał Carze coś na ucho i zdawał się w opiece nad nią odgrywać większą rolę. Przypomniał mi się Ashok dekady temu, uśmiech oddania i poczucie, że wszyscy mamy swoje miejsce. Cara wymagała pewnej troski, ale nie chciała robić wokół siebie zamieszania; posiłek był prosty i lekki: sola, młode ziemniaki, sałata, woda w dzbanku. Może i była kobietą niezwykle zamożną, lecz jednocześnie chłopską córką, która nigdy nie wyzbyła się niechęci do marnotrawstwa, wspólnej wszystkim, którzy przeżyli wojnę.

W ciepłych słowach wspomniałem o ogromnej wystawie Nowe malarstwo europejskie w Hayward, Mark był jej dobrym duchem.

 – Tak się cieszę, że ją widziałeś, to jego ostatnie wielkie dzieło.

 – Och, była wspaniała – powiedziałem z tym samym przejęciem, z którym zawsze Hadlowowie mówili o sztuce współczesnej. – Niezwykłe osiągnięcie. – Składały się na nią prace ze wszystkich dwudziestu ośmiu krajów członkowskich Unii, pomysł bardzo szlachetny, godny naśladowania, wręcz wizjonerski, choć według Richarda gdzieś tak w połowie człowiek zaczynał żałować, że jeszcze kilka państw nie zdecydowało się na brexit.

Po jakimś czasie Cara powiedziała:

 – Dave, znamy się tak długo.

 – Pięćdziesiąt… cztery lata! – odparłem.

 – Cieszę się, że utrzymujemy kontakt.

 – Och, ja również! – Cara, tak samo jak Mark, zwykle mnie uciszała, gdy próbowałem dać wyraz swojej wdzięczności, teraz jednak poczułem, że kilka szczerych słów może jej przynieść pociechę. Spojrzałem na szeroką, pochyloną twarz, oświetloną mocno z prawej strony światłem wpadającym przez wielkie okno. – Zawsze powtarzam, ile zawdzięczam tobie i Markowi. Znajomość z wami odmieniła moje życie.

Skrzywiła się, ale tylko przelotnie, wyczułem, że mam jej przyzwolenie.

 – Wiesz, Dave, że Mark był z ciebie bardzo dumny, interesował się wszystkim, co robisz. Oboje z radością patrzyliśmy na twoje sukcesy. Zdaję sobie sprawę, że nie było ci łatwo, zwłaszcza na początku.

 – Dziękuję! – Mówiła to już nieraz, niemal tymi samymi słowami, co nie znaczy, że mniej mnie teraz poruszały: wyczuwałem, że dla niej ta deklaracja wciąż ma sens i ciepło czegoś, co się mówi po raz pierwszy. – To dla mnie bardzo wiele znaczy.

 – Ogromnie żałuję, że nie widziałam tej sztuki Racine’a, zebrałeś wspaniałe recenzje.

 – Absolutnie się tym nie przejmuj.

 – No cóż. – Uśmiechnęła się ze wzruszającym nowym odcieniem niepewności. – Zastanawiam się czasami, co sobie wtedy o nas myślałeś.

 – Pobyt w Woolpeck był cudowny.

Zamrugała, może próbując to sobie wyobrazić.

 – Naprawdę? Pamiętam, że po jednym z brutalniejszych wyskoków ministra musiałam ci coś zabandażować.

 – Boże – westchnąłem, ucieszył mnie jednak ten niespodziewany żarcik.

 – Zanim nas poznałeś, miewaliśmy szczęśliwsze okresy. Ale Giles i Lydia nigdy się ze sobą nie dogadywali, w dodatku oboje byli trudnymi nastolatkami, nie to co ty.

 – No tak, ja zacząłem sprawiać kłopoty trochę później.

 – Ty byłeś bardzo zżyty z matką – stwierdziła Cara. – A ja mam poczucie, że w jakimś niezrozumiałym dla mnie sensie my z Markiem nie byliśmy dla naszych dzieci dobrymi rodzicami.

 – Caro, byliście wymarzonymi rodzicami! – zaprotestowałem.

Spojrzała na mnie.

 – Och, mój drogi, co za melancholijna rozmowa, przepraszam.

Znów pomyślałem, że w wieku dziewięćdziesięciu paru lat, gdy jej towarzystwo się przerzedziło, pewnie nie ma z kim rozmawiać.

Na deser była ogromna tarta z kremem cytrynowym.

 – Twoja ulubiona – powiedziała, gdy Rihaan ukroił jej maleńki kawałek i postawił przede mną dobrą jedną trzecią, z porcją bitej śmietany na wierzchu.

 – Masz wspaniałą pamięć – odrzekłem; w istocie lepszą niż moja. Nie jadłem kremu cytrynowego co najmniej trzydzieści lat, ale uśmiechnąłem się i zacząłem pałaszować na znak wielkiej wdzięczności.

Po lunchu wypiliśmy kawę w eleganckim sześcianie ze szkła wychodzącym na ogród. Cara usiadła ze stęknięciem, oparła laskę o krzesło i gdy nalewano kawę, z roztargnieniem patrzyła na trawnik. Spokojnie moglibyśmy się rozstać, nie wspominając o ministrze, oboje jednak mieliśmy chyba poczucie, że byłaby to stracona okazja lub uchylanie się od odpowiedzialności.

 – Zaglądasz jeszcze czasem do Woolpeck? – spytałem.

 – Od paru lat nie – odparła. – Od śmierci mojego brata, Petera. Dziękuję… – podjęła, gdy drzwi się zamknęły. – Nie mogę, Dave, naprawdę… Rozumiesz.

 – Ale to był przecież twój dom.

 – Tak, dawno temu… Tam się urodziłam, jak może wiesz. Ale teraz należy do Gilesa.

 – Ciekawe, czy często tam bywa. – Byłem oburzony, w jej imieniu i w pewnym sensie we własnym. Nie miałem pojęcia, czy Cara widziała go w telewizji, w materiale na temat wpływu brexitu na rolnictwo, na górze przy Pierścieniach, w zielonej kurtce Barbour, z jesionową laską w dłoni i włosami potarganymi przez wiatr. „Cała ta ziemia, jak okiem sięgnąć, to moje włości”, oznajmił. „Naprawdę?”, spytał dziennikarz, a kamera powoli przesunęła się po przestworze Vale. „W tamtą stronę”, sprostował Giles, laska wskazywała teraz długi pas lasu milę dalej.

 – Podejrzewam, że Laury to nie interesuje. Oczywiście ma znakomitego zarządcę.

 – Który zajmuje się dopłatami z Unii…

 – No właśnie – szepnęła Cara. Całe to szaleństwo już jej nie dziwiło.

Wyczułem, że jest gotowa na dalszą rozmowę o synu. W moim życiu Giles pojawiał się, znikał, potem pojawiał się znowu, ale całymi latami prawie o nim nie myślałem; Cara najpewniej myślała o nim codziennie.

 – Powiedz mi, Dave – uniosła wzrok znad filiżanki i spojrzała mi w oczy – czy jeśli sięgniesz pamięcią wstecz, do czasów, kiedy się poznaliśmy, to dziwi cię kariera Gilesa?

Śmiałem się tylko chwilę. Cara ceniła szczerość, ale na pewno nie chciała słyszeć, że jej syn od dziecka był kanalią.

 – Myślę, że zawsze lubił władzę, tak, i lubił karać innych.

 – Czyli powiedziałbyś, że już wtedy był despotyczny.

 – Pamiętam, że bardzo chciał zostać prefektem. I bardzo przeżywał, że nigdy nim nie został.

 – Cóż, wciąż nie stoi na czele – stwierdziła Cara i oboje skrzywiliśmy się na samą tę myśl, możliwość. – Ale był inteligentny, prawda? – Jakby go w ogóle nie znała albo głęboko wątpiła w to, co wie.

 – Tak mi się zdaje – odparłem. – Nie pamiętam, jak sobie radził w Oksfordzie.

Spuściła wzrok.

 – Bardzo go wciągnęła polityka, no wiesz, debaty i tak dalej. Ale wydaje mi się, że załapał się na dobry.

 – No tak – powiedziałem ostrożnie. Nie bardzo wierzyłem, że w ten sposób można znaleźć klucz do zachowania Gilesa, i nie sądzę, żeby to było satysfakcjonujące dla Cary, ale może rozmowa na ten temat przynosiła jej ulgę, łagodziła wieloletni niepokój przykryty późniejszym żalem.

Alan Hollinghurst, Nasze wieczory, przeł. Katarzyna Makaruk, Filtry 2026.