Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Nobliwy gmach czy nadmiarowy gest? (Rosalía, „LUX”)

8/2025

Recenzje /

Najnowsza płyta Rosalíi została już nazwana „rewolucyjną”, a jej dotychczasowy odbiór skupiał się na dwóch aspektach, które miały robić na słuchaczach wrażenie: nawiązaniach do muzyki klasycznej oraz wykorzystaniu w tekstach trzynastu języków. Co jednak można powiedzieć o LUX, poza tym, że to dramatyczna wolta stylistyczna o maksymalistycznych ambicjach?

Medialny szum wokół czwartego longplaya katalońskiej wokalistki od początku był związany z intrygująco niemodną tematyką płyty. Pisząc teksty na LUX, Rosalía studiowała biografie mistyczek z różnych kultur, czytała też Clarice Lispector i Simone Weil. W każdej z piosenek zawarła aluzje do jednego z żywotów, wydobywając momenty, które poruszyły ją teologiczną głębią lub ekstremalnymi formami duchowych praktyk. Tracklistę podzieliła następnie na cztery części, inspirując się strukturą klasycznej symfonii. Jako producenta zatrudniła Noah Goldsteina (Frank Ocean, Kanye West, FKA twigs), a jako zespół akompaniujący – Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Tym samym powstała muzyka, która kontynuuje poszukiwanie współczesnych form wyrazu w idiomach muzyki iberyjskiej i latynoskiej, równocześnie uderzając w wysokie, archaizujące tony. To swoiste credo artystki, która – wyszalawszy się na hedonistycznym, elektro-reggaetonowym Motomami (2022) – teraz upublicznia swoje poszukiwania absolutu.

Do katalogu postaci, które przywołuje na płycie Rosalía, należą między innymi Hildegarda z Bingen, Joanna d’Arc, Rabi’a al-Adawijja czy Vimala. W umieszczonym na początku płyty Reliquia słyszymy: straciłam język w Paryżu, wiarę w Waszyngtonie, a przyjaźń w Bangkoku. To metaforyczne rozrzucenie podmiotki po odległych zakątkach świata (na wzór relikwii św. Róży z Limy, która jest tu inspiracją) określa kluczową właściwość jej projektu: kosmopolityzm. Chodzi tu zarówno o celebrację różnorodności świata, jak i poczucie dezintegracji jednostki w jego ogromie. Kropkę nad „i” w tym temacie  stawia La Yugular (dosłownie „tętnica szyjna”). Słowa ty, który jesteś tak daleko, a przecież bliżej niż moja własna tętnica to parafraza wersu z Koranu, kontemplującego dualizm Boga jako istoty wszechogarniającej, a zarazem cieleśnie scalonej z człowiekiem. Następująca potem sekwencja, przywołująca niesamowitą atmosferę prozy Lispector, to kosmogoniczna wizja, w której mieszają się skale makro i mikro: Drzazga wypełnia całą galaktykę / Galaktyka mieści się w kropli śliny / Kropla śliny zajmuje Piątą Aleję.

Podobnie „ruchome” są strony komunikatu w niektórych piosenkach. Czasami trudno stwierdzić, czy Rosalía wypowiada się w imieniu swoim czy którejś z mistyczek; czy zwraca się do obiektu uczuć czy samego Boga. Dzieje się to zarówno w konwencji seria (Mio Cristo Piange Diamanti), jak i buffa (Dios Es Un Stalker). W tym drugim utworze zabieg wypada mniej zręcznie. Jest to z jednej strony niby ironiczne przetworzenie motywu opatrzności, z drugiej – w tekście tytułową stalkerką jest sama Rosalía, co oznaczałoby, że na potrzeby piosenki jest również Bogiem (?). Mio Cristo Piange Diamanti to z kolei dojmująca eksploracja granicy między światłem i czystością a brudem i mrokiem, kulminująca w retorycznej figurze krzyża: Z tobą ciężar jest łaskawy, a łaska ciężka. W podobne tony uderza Porcelana, biorąca z kolei na tapet przenikanie się przyjemności i bólu. Naturalnym skojarzeniem byłyby tu barokowe sceny ekstazy, ale bezpośrednia inspiracja jest odleglejsza (i ciekawsza). Jest nią postać Ryōnen Gensō – mniszki, która w reakcji na odrzucenie kandydatury do buddyjskiego klasztoru (jej uroda miała „rozpraszać” zakonników) brutalnie okaleczyła własną twarz. 

To jeden ze wspomnianych radykalnych aktów wiary, które zainteresowały Rosalíę. Punktem dojścia dla wokalistki – i celem całej narracji LUX – ma tu być stworzenie obrazu świata przez zapośredniczenie skrajnie odmiennych perspektyw. Od strony technicznej podkreśla to wielojęzyczność albumu: pomiędzy wiodące hiszpański i angielski artystka wplata fragmenty po japońsku, niemiecku czy ukraińsku. Na gruncie popowych narracji ta strategia to godny docenienia przejaw twórczej dojrzałości i zainteresowania budowaniem opowieści, które nie orbitują wiecznie wokół ego (coś, co średnio skutecznie próbowały zrobić choćby FKA twigs na EUSEXUA czy Taylor Swift na folklore). Wszystko zaś po to, żeby przezwyciężyć trywialną, frustrującą i brutalną doczesność, zajrzeć za zasłonę, za którą popkultura zagląda rzadko i odzyskać więź z jakimś sensotwórczym „poza”. To jakaś forma emancypacji, ale przewrotna ze względu na wykorzystanie konserwatywnych aluzji. Posiniacz mnie, zjem całą swoją dumę / Wiem, że zostałam stworzona do ubóstwiania – śpiewa Rosalía w Divinize. Gest tyleż patetyczny, co wykonany naprawdę przekonująco.

Pogrupowanie piosenek w cztery segmenty wskazuje na główną sferę inspiracji muzycznych albumu, jaką jest klasyczna muzyka orkiestrowa. Nawiązanie do formy symfonii jest jednak pozorne – trudno doszukiwać się tu rzeczywistych paralel do tradycyjnego cyklu: allegro sonatowe–adagio–scherzo–finale. Ze względu na ostatecznie popową formułę, kolejne „części” cyklu nie są też szczególnie spójne wewnętrznie, może poza pierwszymi pięcioma piosenkami, tworzącymi coś w rodzaju spirytualnej tezy albumu. Dodatkowy zamęt wprowadzają inspiracje operowe: Mio Cristo… to ewidentna stylizacja na arię, w odcinki solowe wplecione są fragmenty chóralne, a singlowe Berghain uderza późnobarokowym patosem. Zgaduję, że wprowadzenie czteroczęściowego podziału ma raczej zachęcić słuchacza do składania poszczególnych piosenek w całości znaczeniowe na własną rękę. Ostatecznie jednak LUX nie potrzebuje tej formalnej dekoracji, żeby stanowić sensowne dzieło samo w sobie. Wystarczająco mocny szkielet nadaje mu mocny koncept oraz precyzja, z jaką ów został zrealizowany. Na tym tle nieco słabiej wypada pomysł z ubraniem piosenek w neoklasyczny kostium. Ten zdradza bowiem, że muzyka klasyczna interesuje Rosalíę raczej jako zbiór pięknych brzmień niż potencjalne źródło tematów, idei i środków technicznych.

Prawdziwie odkrywcza synteza ibero-latynoskiego popu z „klasyką” wydarza się na LUX w pojedynczych momentach. W La Perla zadziorny meksykański walc wywodzący się z tradycji música ranchera elegancko morfuje w swoją europejską, „balową” odmianę, okraszoną symfonicznymi smyczkami. Osunięciu się w kicz spod znaku Pięknego, modrego Dunaju zapobiega wprowadzenie subtelnego quasi-trapowego bitu – który zaraz i tak ginie w patetycznych uderzeniach kotłów i talerzy. Nic tu nie jest na poważnie – i dlatego działa. Świetną strukturą dramaturgiczną wyróżnia się La Yugular. Sekcja smyczkowa przechodzi tu od świetlistych harmonii, przez surowy, „kanciasty” kontrapunkt, po dramatyczne dublowanie wokalu w kulminacji. Hiszpańska gitara odpowiada za cięcia w narracji: raz melancholijnie walcuje, to znów zmienia puls na dwudzielny i podbija smyczki „harfowymi” arpeggiami. Podobnie świeżo brzmi Porcelana. Tu lamentacyjne figury smyczków zostają przerwane przez siarczyste solo klarnetu kontrabasowego i wybuchowe kotły, które na Motomami byłyby elektronicznymi basem i bębnami. Te kilka pomysłowych momentów ukazuje potencjał, jaki twórcy dojrzeli w klasycznych brzmieniach w kontekście nieoczywistego gatunkowo materiału LUX.

Słuchając albumu jako całości, mam jednak niedosyt. Jakkolwiek dopracowane nie byłyby utwory, jest w nich również wiele momentów, w których inwencja instrumentatorska słyszalnie spada. Od strony produkcyjnej orkiestra traktowana jest bardziej jako jedna z wielu ścieżek w miksie, a mniej jako pełnoprawny zespół akompaniujący. Deklarowane przez Rosalíę zainteresowanie brzmieniami organicznymi i nieprzetworzonymi podważają też fragmenty, w których klasyczne instrumenty brzmią zgoła jak elektroniczne sample (początek Reliquia, skrzypcowe pasaże w Mio Cristo…). Nie byłoby w tym nic złego, gdyby miało sens; zastanawia jednak zatrudnienie jednej z najlepszych orkiestr świata po to, aby część z nagranego przez nią materiału potraktować w taki właśnie sposób. Jak na ambitną fuzję gatunków, za którą LUX chce uchodzić, brakuje tu wystarczająco mocnych momentów, aby zredefiniować czy to avant-pop, czy pop ibero-latynoski, czy brzmienie samej Rosalíi. Najbardziej pomysłową odsłoną tego ostatniego pozostaje dla mnie El Mal Querer – odważna wariacja na temat flamenco. Dzięki temu albumowi artystka przebiła się do mainstreamu w 2018 roku.

Pozostaje też pytanie o wydźwięk tych inspiracji. Zanurzenie piosenek w klasycyzującym sosie ma tu z pewnością odwoływać do nobliwego gmachu europejskiej tradycji symfonicznej. Ta zaś sygnalizuje wzniosłość, intelektualizm i, last but not least, uniwersalność – co łączy się z eksplorowaną na albumie ideą duchowego kosmopolityzmu. Nie byłoby pewnie przesadą doszukiwanie się w koncepcie LUX echa Mahlerowskiej idei „symfonii jako świata” (formy muzycznej, która ma odzwierciedlać złożoność uniwersum) czy jej kontynuacji – „symfonii-arki” Pendereckiego (kompozycji–wehikułu przechowującego kluczowe wartości zachodniej myśli muzycznej). Intencje Rosalíi są tu z pewnością szlachetne, a skala talentu wystarczająca, żeby efekt nie był pretensjonalny. A jednak na poziomie treści album odsyła do sfer tak różnych jak franciszkańska mistyka, poezja suficka czy brazylijska proza awangardowa. Tym, co budzi moje wątpliwości, jest wyraźna wiara artystki, że XIX-wieczna europejska symfonika rzeczywiście jest uniwersalnym językiem zdolnym pomieścić wszystkie te wątki.

Na poziomie czysto muzycznym LUX jest klasycznie piękne i koncepcyjnie imponujące. Zastanawia mnie jednak, do czego wokalistka, która udowodniła swoją wirtuozerię w żonglowaniu flamenco i reggaetonem, potrzebuje wiszących nad nią duchów Brahmsa i Verdiego. Zwłaszcza, że LUX jest w równym stopniu ibero-latynoskie, co El Mal Querer i Motomami. Wystarczy posłuchać zbudowanego na rytmie salsy Dios Es Un Stalker czy czerpiącej z fado Memorii. Jest więc taki moment podczas słuchania albumu, w którym – choć w pełni daję się ponieść ekstatycznemu finałowi La Yugular czy rozmodlonemu refrenowi Magnolias – mam poczucie obcowania z nadmiarowym, artystowskim gestem albo ambitnym ćwiczeniem formalnym.

*

Odniesienia do założeń artystycznych projektu i intencji artystki na podstawie: ROSALÍA: The LUX Interview | The Zane Lowe Interview

Krzysztof Wysłouch

(ur. 2000) – student kulturoznawstwa UJ. Interesuje się głównie muzyką, kulturą queer i miastami. Pisze wiersze i występuje z własnym repertuarem z gatunku piosenki poetyckiej. Współpracował z czasopismem „Meakultura”. Usiłuje uczyć się języka fińskiego.