Piętnastego listopada 2025 roku na oficjalnym koncie Timothée’ego Chalameta na portalu X pojawił się osiemnastominutowy materiał filmowy zatytułowany video93884728.mp4. Obserwujemy w nim wirtualne spotkanie zespołu marketingowego wytwórni A24, które wkrótce zostaje wywrócone do góry nogami poprzez pojawienie się rzeczonego aktora-megalomana z głową pełną innowacyjnych pomysłów. Przekaz jest jasny. Wszystko ma być wielkie. Głośne. Kolorowe. Twarz Chalameta na pudełku płatków śniadaniowych. Statua Wolności pomalowana na pomarańczowo (ze względów fabularnych). „WSZYSCY jesteśmy WIELKIM MARTYM!”. Ta kampania musi być najważniejszą rzeczą na świecie, bo nie możemy zawieść tego filmu! Nie możemy również zawieść reżysera – Josha Safdiego! No i, przede wszystkim, nie możemy zawieść Timothée’ego Chalameta!
Naturalnie video93884728.mp4 nie jest zapisem prawdziwego spotkania marketingowego, lecz jego efektem. Iluzja pryska w momencie, w którym Chalamet udostępnia swój ekran, ujawniając że jego tapetą jest zdjęcie samego siebie na scenie, a folder zawierający jego błyskotliwe przemyślenia wypełniony jest plikami o nazwach „Przemowa”, „Świetny pomysł” i „Świetny pomysł 2”. Wideo, sprytnie wykorzystujące krytykę pod adresem aktora jako zbyt pewnego siebie, było zaledwie zwiastunem jednej z najbardziej osobliwych kampanii promocyjnych tego roku, w której rolę odegrali brytyjski raper EsDeeKid, Kylie Jenner oraz wielki pomarańczowy sterowiec. Śmiałość oraz wyrazistość tych działań przykuła uwagę wielu potencjalnych odbiorców, sprawiając, że Marty stał się w krótkim czasie najpopularniejszym filmem spod szyldu A24 w Stanach Zjednoczonych. Zwieńczeniem sukcesu było dziewięć nominacji oscarowych, w tym te za najlepszy film, najlepszą reżyserię oraz najlepszego aktora pierwszoplanowego.
Długo wyczekiwana premiera filmu miała stanowić formę sprawdzianu zarówno dla Josha Safdiego, jak i jego brata oraz dotychczasowego wspólnika – Benny’ego. Ów duet reżyserski ma na swoim koncie nośne tytuły, takie jak Bóg wie co, Good Time oraz, oczywiście, Nieoszlifowane diamenty. Kilka miesięcy przed premierą Marty’ego na ekranach kin pojawił się film Smashing Machine. Był to solowy debiut Benny’ego Safdiego, a także potencjalny wehikuł oscarowy dla Dwayne’a „The Rocka” Johnsona. Fani dotychczasowej twórczości braci z niecierpliwością czekali na rozstrzygnięcie pojedynku oraz bezpośrednie wskazanie na to, który z nich w większym stopniu odpowiedzialny był za charakterystyczny, przepełniony napięciem styl narracji poprzednich filmów. Wkrótce jasnym stało się, że to Josh pełnił będzie od teraz funkcję kontynuatora tradycji Nieoszlifowanych diamentów.
Ponury, podniosły ton dzieła Benny’ego zdawał się celowym odstępstwem od ich dotychczasowej marki – biegania w tę i we w tę po mieście, stale przyśpieszającego, karkołomnego tempa akcji oraz mrocznego poczucia humoru. Wszystkie te elementy powracają z kolei ze zdwojoną siłą w Wielkim Marty’m. Przechadzki Howarda Ratnera po Diamentowym Dystrykcie są niczym w porównaniu z przebytą przez tytułowego bohatera filmu odyseją, zahaczającą m.in. o Egipt i Japonię. Oglądając nowe dzieło Josha, nieraz można odczuć, że mamy do czynienia z Diamentami w wersji deluxe – jest tam wszystko, co pokochaliśmy w poprzednim filmie, ale z większym budżetem i „przytupem”. Tego rodzaju popis zdolności reżyserskich niósł jednak ze sobą groźbę popadnięcia w autoparodię. Ostatecznie udane kreacje aktorskie oraz świetna ścieżka dźwiękowa autorstwa Daniela Lopatina (Oneohtrix Point Never) sprawiają, że Wielki Marty nie zapada się pod ciężarem własnej ambicji. Jest to jednak niestety jedna z mniej zgrabnie opowiedzianych historii sygnowanych nazwiskiem Safdie.
Sukces filmu w dużej mierze przypisać można niezwykle trafnemu doborowi odtwórcy głównej roli. Choć ciężko jest kwestionować zdolności aktorskie Chalameta, niemalże wszystkie jego dotychczasowe role umiejscowić można było gdzieś na skali „wrażliwy młodzieniec”–„egoistyczny dupek ukrywający się pod maską wrażliwego młodzieńca”. Dzieło Josha Safdiego dało mu okazję do wyrwania się z dotychczasowego emploi oraz ukazania się od innej strony… A mianowicie jako egoistycznego dupka ukrywającego się pod maską minimalnie mniej egoistycznego dupka. Różnica może zdawać się niewielka, natomiast pozwoliła ona na największy popis umiejętności w dotychczasowej karierze aktora. Chalamet wciela się w rolę Marty’ego Mausera – wygadanego tenisisty stołowego, który jest w stanie poświęcić niemalże wszystko, by udowodnić całemu światu swoją wielkość. Mimo że Mauser konsekwentnie nadużywa dobroci swojej rodziny, przyjaciół oraz partnerek, wyłudzając od nich pieniądze na realizację własnych ambicji, stale spotyka się z nieskończoną liczbą osób oczarowanych jego urokiem osobistym, chętnych do podjęcia ryzyka pomocy – często z opłakanymi skutkami.
Wielki Marty to w dużej mierze one man show. Niemalże wszystkie postaci drugoplanowe służyć mają uwydatnieniu kontrastu pomiędzy ich skromnością i hojnością a buńczucznością głównego bohatera. Wyjątek stanowi tu partnerka Mausera, grana przez Odessę A’Zion. Prędko zyskująca na popularności aktorka bez większych problemów dotrzymuje tempa Chalametowi w wielu wspólnych dynamicznych scenach, a także jako jedyna otrzymuje kilka scen prowadzonych z perspektywy jej postaci. Znacznie mniejszą rolę otrzymała z kolei Gwyneth Paltrow – w jej przypadku ograniczona ilość czasu ekranowego nie daje zbyt wielkiego pola do popisu. Główną obsadę dopełniają raper Tyler, the Creator oraz biznesmen Kevin O’Leary, którzy wcielają się w rolę… właściwie to samych siebie. Jest to kolejny przejaw zamiłowania Safdiego do zatrudniania nie-aktorów, których wizerunek publiczny pasuje do jego osobistego wyobrażenia konkretnych postaci. Z tej dwójki znacznie gorzej sprawdza się O’Leary. Słuchając wypowiadanych przez niego kwestii, wielokrotnie można wyobrazić sobie, o ile lepiej by brzmiały z odpowiednią intonacją, z ust osoby niebędącej jurorem w amerykańskiej edycji Shark Tank.
Jest to dość niefortunne, jako że postać O’Leary’ego – pozbawiony skrupułów biznesmen Milton Rockwell – wprowadza do stosunkowo płytkiej do tej pory fabuły najciekawszy i najbardziej znaczący konflikt. Akcja filmu toczy się w 1952 roku, zaledwie kilka lat po zakończeniu II wojny światowej. Marty, pochodzący z żydowskiej rodziny, wykorzystuje ów fakt do zdobycia medialnego rozgłosu, opisując siebie (Żyda, który odniósł „światowy sukces”) jako „największy lęk Hitlera”. W być może najlepszej scenie filmu znajduje się on przy jednym stole z Rockwellem, potencjalnym sponsorem, oraz Bélą Kletzkim, kolegą po fachu oraz byłym więźniem obozu koncentracyjnego. Pomimo antysemickich komentarzy ze strony starszego mężczyzny, Marty postanawia zabawić go historią heroicznego poświęcenia swojego rywala, traktując ją zaledwie jako trywialną anegdotę. W finałowym akcie filmu postać Chalameta sama staje jednak w sytuacji, w której musi wybrać pomiędzy chęcią zarobku a zachowaniem szacunku wobec swojej kultury. Najciekawsze sceny Wielkiego Marty’ego wynikają właśnie z jego zanurzenia w społeczności amerykańskiej diaspory żydowskiej. Im dalej scenariusz oddala się od niej w kierunku miszmaszu utartych tropów ze sportowych biopików bądź kina gangsterskiego, tym gorzej rzutuje to na całokształt.
Historia przedstawiona w Wielkim Martym w dość ironiczny sposób zdaje się odzwierciedlać największy problem wynikający z reżyserii Josha Safdiego, którego ambicja zaowocowała powstaniem niemalże dwuipółgodzinnego behemota zagraconego multum zbędnych pobocznych wątków. Nieco nużące sceny z Tylerem, the Creatorem bądź gangsterem granym przez Abla Ferrarę stanowią zaledwie kolejne przypomnienie, że nasz główny bohater nie zawaha się oszukać absolutnie nikogo, by tylko osiągnąć zamierzony cel – to motyw, który w tym momencie filmu jest już nam bardzo dobrze znany. Mimo tak pokaźnych ram czasowych wciąż wskazać można jednak wątki, którym nie pozostała poświęcona odpowiednia ilość uwagi, takie jak napięta relacja Marty’ego z jego matką (Fran Drescher). Wątpliwości budzić może również samo zakończenie – dość nietypowe, biorąc pod uwagę dotychczasowy dorobek braci Safdie. Problem zdaje się wynikać z niespójności w sposobie ukazania głównego bohatera. Choć język filmu nakłania nas do sympatyzowania z ofiarami przekrętów Marty’ego, mamy jednocześnie kibicować mu na potencjalnej drodze do odkupienia… nawet jeśli przez większość filmu żadna scena nie zwiastuje nadchodzącej zmiany w jego postępowaniu.
Ostatecznie Wielki Marty jawi się jako film stworzony z ogromną pewnością siebie, co zapewne było jego głównym założeniem – miał adekwatnie odzwierciedlić temperament głównej postaci, postawić Timothée’ego w pozycji oscarowego frontrunnera oraz przedstawić na nowo Josha Safdiego jako samodzielnego twórcę. W obliczu licznych nominacji oraz pozytywnych wyników na box office bezpiecznie stwierdzić można, że wszystkie trzy założenia zostały bezbłędnie zrealizowane. Mimo to, Marty jest filmem, którego bardzo łatwo jest nie lubić (sam zdałem sobie z tego sprawę dopiero w trakcie pisania planowo pozytywnej recenzji). Ale właściwie czemu? Może jest to kwestia oscarowej konkurencji? W roku zdominowanym przez narracje wspólnotowe (Jedna bitwa po drugiej, Grzesznicy, nawet Zniknięcia) historia jednostkowego sukcesu jednostki okupionego cierpieniem innych zdaje się nad wyraz skąpa. Może chodzi o kilka tanich chwytów wykorzystanych przez Safdiego w celu wzbudzenia reakcji wśród widzów (żarty o Holokauście, wanna spadająca na psa…)? A może po prostu, tak jak większość internetu, mam dziwny parasocjalny problem z Timothée’m Chalametem?
W ostateczności moje mieszane odczucia co do Wielkiego Marty’ego pieczętuje chyba jednak porównanie z poprzednimi filmami braci Safdie. Preferowany przez nich (choć prawdopodobnie głównie przez Josha) rodzaj struktury fabularnej znacznie lepiej sprawdza się w minimalistycznej, klaustrofobicznej, przytłaczającej estetyce (patrz: Kopnęłabym cię, gdybym mogła – również oscarowy film Mary Bronstein, wyprodukowany m.in. przez Josha Safdiego).
Ale czy moje zdanie jest tu w ogóle ważne? Marty Mauser chciał zostać zauważonym, a ja napisałem na jego temat trzy strony A4. W tym meczu tenisa stołowego to on jest zwycięzcą.