Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Mli-mli. „Powrót z gwiazd” [LEM: REWIZYTA]

Recenzje /

Powrót z gwiazd to dziwna powieść, jakby rozchwiana semantycznie; zależnie od interpretacji, można w niej widzieć utopię lub dystopię, prognozę lub reminiscencję, rewolucyjne otwarcie lub konserwatywne napomnienie. I właśnie dlatego mnie fascynuje. Czytana po sześćdziesięciu latach od pierwszej publikacji, okazuje się niepokojąco aktualna – wcale nie dlatego, że przepowiada kino 3D i czytnik ebooków. Raczej przez niepokojący obraz klasy średniej w epoce globalnego kapitalizmu. A jednocześnie wyraźniej widać jej słabości i anachronizmy – zwłaszcza tam, gdzie bezrefleksyjnie powiela genderowe klisze

Najpierw spróbujmy osadzić tę powieść w historycznym kontekście. Jej pierwsza publikacja przypada na 1961 rok – moment elekcji Johna F. Kennedy’ego i przejęcia władzy na Kubie przez Fidela Castro, budowy muru berlińskiego i pierwszego lotu orbitalnego Jurija Gagarina, procesu Adolfa Eichmanna i pierwszego patentu na układ scalony, pierwszego polskiego programu telewizyjnego emitowanego przez cały tydzień i I Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie. Przyznajmy, że to odległa epoka; w tym kontekście dalekowzroczność Lema, który z wnętrza gomułkowskiej małej stabilizacji dostrzega problemy globalne i długofalowe trendy, może zdumiewać do dziś. 

Jest to także specyficzny moment w karierze literackiej pisarza. W tym samym roku ukazują się jeszcze dwa utwory uznawane nierzadko za arcydzieła, a mianowicie Solaris oraz Pamiętnik znaleziony w wannie. Pisarz znajduje się w środkowej fazie procesu, który Jerzy Jarzębski nazwał podróżą do kresu fabuły: eseistyczny dyskurs nie pożarł jeszcze akcji, jak w późniejszym Głosie Pana (1968), Lem wyprawia się w rejony nieludzkości, niemniej próbuje dopasować do nich tradycyjne schematy porządkowania rzeczy i zdarzeń. Jeśli idzie o światopogląd – by przywołać drugie zamaszyste uogólnienie, tym razem autorstwa Przemysława Czaplińskiego – Lem robi drugie okrążenie w spirali pesymizmu, gdzie każdy kolejny etap zagarnia poprzedni, przemieszczając podstawowe problemy. Pisarz wykonał już pełny obrót w pętli pierwszej, utopijnej (Człowiek z Marsa, Obłok Magellana) i wszedł w pętlę antyutopijną (Eden, Śledztwo, Solaris, Pamiętnik… i właśnie Powrót z gwiazd), w której łączą się sceptycyzm poznawczy i niewiara w możliwość zbudowania idealnego społeczeństwa. Znajduje się natomiast przed pętlą trzecią, katastroficzną (Fiasko, Pokój na Ziemi, Wizja lokalna, późna publicystyka), na której przestaje już ostrzegać, a stara się opisać tragiczne skutki technologicznego przyspieszenia. 

Faktycznie, Powrót z gwiazd jest raczej ponury, ale i dość atrakcyjny fabularnie (zresztą na podstawie powieści Lem napisał razem z Janem Józefem Szczepańskim scenariusz dla Aleksandra Forda, film jednak nigdy nie powstał). Zaczyna się od pomysłowego odwrócenia: historia rusza w punkcie, w którym nierzadko kończą się klasyczne space-odyseje, sprowadzające bohaterów do domu po długiej międzygwiezdnej eskapadzie. W przypadku Hala Brega powrót na Ziemię przypomina eksplorację obcej planety: za sprawą grawitacyjnej dylatacji czasu, zwanej też paradoksem bliźniąt, jego dziesięcioletnia podróż do układu gwiezdnego Fomalhaut trwała sto dwadzieścia siedem ziemskich lat. To dwa razy tyle, ile dzieli nas od 1961 roku, który i tak wydaje się mocno odległy. Nic dziwnego, że kosmonauta po lądowaniu przeżywa poważny szok poznawczy i kulturowy. Trudno mu się odnaleźć w świecie radykalnie odmienionym przez nowe technologie (w tym zapanowanie nad grawitacją i neutralizacja prawa bezwładności ciał, która eliminuje wypadki komunikacyjne), relacje społeczne (w wyniku automatyzacji pracy znikają dawne podziały, wszyscy oddają się odpoczynkowi i rozrywce) i obyczaje (małżeństwa na okres próbny, egzamin państwowy dla przyszłych rodziców, itp.). Można podejrzewać, że po jakimś czasie zadomowiłby się w tym świecie, gdyby nie fakt, że podczas jego nieobecności dokonano biochemicznego zabiegu, który odmienił ludzką naturę. 

To najważniejszy powieściowy koncept – chodzi o zabieg na plazmie dziedziczącej (a więc podtrzymywany, odwracalny) zwany betryzacją. Umożliwia on usunięcie z ludzkiej psychiki agresji – a czyni to w sposób specyficzny, nie przez zakaz, ale przez brak nakazu, co znaczy, że sama myśl o agresywnym działaniu wzbudza przykre odczucia. Wydawałoby się, że zmiana jest jednoznacznie pozytywna: człowiek uwolnił się od wojen, zbrodni i codziennej przemocy. Niemniej wraz z agresją zanikła zdolność odczuwania żywych emocji, ciekawość, wynalazczość i niepokój twórczy. Lem serwuje nam wizję ludzkości szczęśliwej i żyjącej w materialnym dostatku, a równocześnie punktuje cenę, jaką przyszło jej zapłacić za ten dobrostan: to zanik bardziej skomplikowanych form duchowości, płytki hedonizm, chorobliwy kult wiecznej młodości, powierzchowność i infantylność. Miarą upadku pozostaje też zarzucenie badań naukowych (ich metonimią pozostają loty kosmiczne), wszelkich abstrakcyjnych dociekań oraz twórczości artystycznej (którą zastępują prymitywne rozrywki, takie jak real czy plast). 

Skąd my to znamy? Znajdujemy się blisko Witkacowskiego „zbydlęcenia”, które oznacza wygaśnięcie sztuki, religii i filozofii, zanik uczuć metafizycznych, roztopienie się indywiduum w homogenicznej zbiorowości. Ale skojarzenia płyną też w stronę innych nowoczesnych katastrofistów, którzy rozwijali eschatologię mrówczego gniazda – to ostatni etap cywilizacji według Oswalda Spenglera, panowanie człowieka masowego według Ortegi y Gasseta… Mnie jednak najmocniej narzucało się zestawienie z Nowym wspaniałym światem. Bokanizacja lub bokanowizacja (zależnie od przekładu) pełni wszak podobną rolę, co betryzacja, czyli pozostaje na usługach homeostazy, służy utrzymaniu istniejącego porządku społecznego. W obu wizjach kluczowe wydaje się skarlenie ducha i kompulsywny kult ciała. Ale najciekawsze wydają się w tym porównaniu różnice: u Huxleya warunkowanie genetyczne, hipnopedia (uczenie przez sen) i serwowanie stosownych narkotyków służyło umocnieniu podziału klasowego (na alfy, bety i tak dalej), u Lema natomiast nie ma już żadnych klas, proletariat zdaje się zanikł całkowicie, w postindustrialnym środowisku globalnego kapitalizmu ostała się jedynie klasa średnia. Co więcej, to świat pozbawiony jakiegokolwiek zewnętrza, które mogłoby stanowić punkt oparcia dla krytyki, reformy lub rewolucji – tu nie ma żadnego rezerwatu, nie ma Dzikusa, nikt już w ogóle nie pamięta o Szekspirze! Prawdopodobnie jedynym zewnętrzem pozostaje kosmos, o którym także nikt nie pamięta, bo panuje nowy geocentryzm (zdaniem bohatera wybitnie małoduszny). 

Wydawałoby się, że Lem opisał świat nie tylko wolny od przemocy, ale funkcjonujący bez jakiegokolwiek społecznego przymusu, działający na zasadzie powszechnej zgody. Byłaby to wizja wymazania polityki i końca historii, triumfalnych rządów liberalnej ekonomii i zdrowego rozsądku, niepokojąco bliska słynnym tezom Francisa Fukuyamy z początku lat dziewięćdziesiątych. Sam Lem zawsze wypowiadał się źle o tym filozofie – ironizował, że zdaniem Fukuyamy będzie ogólny dobrobyt, w którym wszyscy będą się rozpływali jak cukier w herbacie – ale Powrót z gwiazd pod pewnymi względami ilustruje tę tezę… Czy raczej: ilustruje, a równocześnie wprawia w dryf, to znaczy zachowuje właściwą sobie niejednoznaczność – co najmniej z dwóch powodów. 

Po pierwsze, nie mamy pewności, czy dobrze interpretujemy szczegóły tego obrazu. Na Ziemi przyszłości nie istnieje żaden ośrodek władzy, nie ma żadnych instytucji czy urzędów. Wnikliwi czytelnicy – jak choćby Andrzej Stoff – zapytują podejrzliwie: no dobra, ale kto właściwie rządzi, kto podejmuje decyzje dotyczące zbiorowości? Kto przeprowadził operację betryzacji? Czy nikt nie protestował, czy nie użyto do tego siły? Być może zatem Lem portretuje „miękki, zakamuflowany totalitaryzm”, system doskonałego zniewolenia ukrytego pod hasłami samorealizacji, prawa do szczęścia i do rozkoszy – sprytniejszy od rządów niwelistów (Witkacy) czy Mustafy Monda (Huxley) właśnie przez to, że niewidzialny. Powinniśmy też podejrzliwie spojrzeć na samą fabułę. Czy przypadkiem historia Hala Brega nie obrazuje działania całego systemu? Wydaje się, że został poddany inwigilacji (pracownicy Adaptu zjawiają się w dziwnych okolicznościach), niewykluczone, że podstawiono mu Eri, żeby się w niej zakochał, że padł ofiarą eksperymentu… A razem z nim my sami, wierzący (choćby przez chwilę) w świat wolny od manipulacji i przymusu!

Po drugie, trudno określić, jak Lem rozstawia znaki wartości. W komentarzach do powieści stwierdzał jednoznacznie, że cenne są wszystkie wykrywalne w człowieku jakości i dlatego amputowanie uznanych za negatywne jest formą okaleczenia, co sytuowałoby go na pozycjach biokonserwatywnych, pośród tych wszystkich (Jürgen Habermas, Michael Sandel i inni), którzy przestrzegają przed niebezpiecznymi ingerencjami w ludzki organizm. W ogóle całą powieść można przeczytać jako konserwatywne napomnienie – tak czyta ją na przykład publicysta „Frondy”: w Powrocie z gwiazd dostrzega krytykę nowoczesnej świeckości i postmodernistycznej „płynności”, satyrę na zniewieściałość mężczyzn, rozwiązłość kobiet i powszechny promiskuityzm. Odnajduje tam nawet przesłanie: Społeczeństwo, w którym zapomniano o tradycjach Ojców, gdzie pojęcie moralności przestało funkcjonować, jest społeczeństwem słabym, skazanym prędzej czy później na zagładę. Całe szczęście powieść, jeśli przeczytać ją uważnie, wymyka się takiej upraszczającej interpretacji, więcej nawet – można widzieć w niej nie tyle tęskne wspominanie Złotego Wieku, co rewolucyjne otwarcie. 

Przypomnijmy scenę, w której Breg trafia do magazynu pełnego zepsutych maszyn. Odkrywa tam humanoidalne, obdarzone świadomością roboty, skazane na unicestwienie – w ciemności dostrzega hałdy sczepionych i poplątanych kadłubów, docierają do niego ludzkie głosy, jęki i błaganie o litość. To miejsce, w którym roboty dokonują selekcji robotów (człowiek wycofał się na pozycję nadzorcy), decydują o ich życiu i śmierci. Uznać je można za historyczną reminiscencję, za powidok Shoah – wówczas przypominać ono będzie rampę obozu zagłady. Można też widzieć w tym prognozę, która podważa wszystko, co napisałem wyżej o społeczeństwie postindustrialnym i bezklasowym: razem z bohaterem zstępujemy do produkcyjno-ekonomicznej bazy, ona wciąż istnieje, pracują w niej automaty, które stanowią nowy proletariat… Oto przebłysk posthumanistycznej wrażliwości, który podważa konserwatywny morał. Znowu doświadczamy czegoś, co nazwałbym efektem znaczeniowego migotania. 

Na koniec słówko o tym, co mnie w tej książce nudzi i mierzi. Niestety, nie kupuję głównego wątku, czyli buntu protagonisty i jego przemiany. Hal Breg to dzikus, noble sauvage, przybysz z przeszłości, ale zamiast poddać się prawom nowego świata, próbuje ocalić coś z zaprzepaszczonego człowieczeństwa. Właśnie tak, bo ludzie przyszłości – jak klaruje jego przyjaciel, Olaf – zabili w człowieku – człowieka. Mli-mli po wiek wieków – dopowiada Hal. – Już nikt nie poleci do gwiazd. Już nikt nie zaryzykuje niebezpiecznego eksperymentu. Obaj biorą na siebie misję obrony utraconych wartości, które wycięto razem z agresją. Jak to wygląda w praktyce? Ano byli astronauci zdobywają alkohol (z trudem, bo nikt już nie pije tej trucizny), szybkie auta (zabytkowe, czyli takie, którymi można ryzykownie jechać, a nawet się rozbić) i trenują boks. Zdobywczy duch cywilizacji okazuje się duchem wybitnie męskim, skąpanym w adrenalinie i testosteronie. Do tych atrakcji dochodzi jeszcze podryw i ostry seks (też rzadkość, bo przyjmowana przez wszystkich substancja zwana brytem oddziela popęd erotyczny od agresji). Hal odbija Eri mężowi, znosi jej fochy, w tym infantylne szantaże samobójstwem, a potem czyni ją panią swojego serca. Trochę wbrew jej woli, ale któżby się wsłuchiwał w te nieśmiałe protesty. Jego malutka kochanka, kobieta-dziecko (często nosi ją na rękach), stanowi idealny obiekt pożądania i znakomicie sprawdza się w scenach erotycznych jako żywo przypominających sceny gwałtu (w jednej nie opiera się wcale, jest jak umarła, w drugiej otwiera się, jej sztywność przechodzi w drżenie ostatniego oporu). Lem bywał nieraz oskarżany o mizoginizm i rzeczywiście, w jego prozie kobiecych postaci jest niewiele, a jeżeli już się pojawiają, to w roli paprotek lub słodkich idiotek, do tego dochodzą liczne kąśliwe uwagi o feminizmie. Z pewnością ślepota na płeć to jedna ze słabszych stron Powrotu z gwiazd. Zbyt często udręki ostatniego „prawdziwego człowieka” (no, jednego z dwóch ostatnich) okazują się mękami „prawdziwego mężczyzny”, który nie umie odnaleźć się w sfeminizowanym świecie (a jego popędliwy heteroseksualizm zdaje się podszyty homofobią, o czym świadczy niechęć do kolorowo ubranych, „przegiętych” mężczyzn przyszłości). 

Nie kupuję też zakończenia. Olaf wybiera powrót do gwiazd (czyli ktoś jednak rozkręca program lotów kosmicznych?), a Hal zostaje na Ziemi ze swoją nową ukochaną. To pojednanie tchnie znanym frazesem, że najważniejsza jest rodzina. Nie chce mi się nawet dywagować, czy z ich związku zrodzi się jakiś nowy człowiek, ponowna synteza męskości i kobiecości. Finałowa redukcja całej problematyki do monogamicznej relacji i przedstawienie domu jako ostatecznego horyzontu sensu budzi we mnie uczucie zawodu. 

Pełna przemocy historia romansowa i drętwy finał to dwie potężne słabości tej książki. Ale i do nich można odnieść się refleksyjnie; nie utożsamiać się z bohaterem, zneutralizować humanistyczny banał, ponownie przesunąć znaki wartości… Na początku tego stulecia – a więc w okresie, gdy wydawało się, że nastąpił ostateczny koniec ery lotów kosmicznych – Wojciech Orliński pisał o spełniającym się proroctwie Lema: nie mamy betryzacji, ale mamy „mli-mli”. Dwadzieścia lat później, gdy na orbitę latają multimilionerzy, gdy rozpoczyna się nowy wyścig kosmiczny, gdy światem znowu włada męski, wojowniczy duch, ja staję odruchowo po stronie ludzkości „zniewieściałej”. Z powieści Lema – na przekór Lemowi i wbrew większości lemologów – wydobywam regulatywną utopię, która proponuje „mli-mli” zamiast tak zwanej „pełni człowieczeństwa”, równość i powszechny dobrobyt („życie nic nie kosztuje”) zamiast podboju i panowania. Tak też rozumiem tytuł – poza zarzutem małoduszności i „przyziemności”, który funkcjonuje jak szantaż. Ludzkość, która wraca z gwiazd, może odnaleźć samą siebie. 

Tekst powstał w ramach projektu LEM: REWIZYTA współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa