Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Kwestia perspektywy („Kura”)

7/2026

Recenzje /

Zwierzęta umożliwiają twórcom podejmowanie tematów, które zwykło się nazywać „wielkimi” albo „uniwersalnymi”, jak sprawiedliwość, opór, zemsta, przywiązanie. Zwierzęta pozwalają zarazem zachować dystans, którego brak mógłby prowadzić do nadmiernego patosu lub banalizacji. Ze zwierzęcia łatwiej też stworzyć postać jednoznaczną moralnie, o co trudniej w przypadku „ludzkiego” bohatera. Jednocześnie na pisarzy czy filmowców czyha w tej sytuacji szereg pułapek. Można je streścić pytaniem: Jak pokazać zwierzęta tak, aby pozostały zwierzętami, a przy tym nie zatracić tego, co od początku było pociągające – trochę innego, może mniej oczywistego spojrzenia na ludzkie problemy? Cóż, kwestia perspektywy. 

Te paradoksy unaocznia Kura w reżyserii Györgya Pálfiego. Film przedstawia historię tytułowego ptaka, którego ze względu na czarny kolor piór pozbyto się z hodowli. Kura następnie kilkukrotnie unika śmierci i trafia do klatki właściciela podupadłej tawerny. Taki przebieg zdarzeń może przywodzić na myśl Brzydkie kaczątko. Niemal od samego początku seansu widz doświadcza dziwacznego rozdarcia – kamera podąża tuż za kurą, ale jednocześnie Pálfi często korzysta z konwencji gatunkowych: kina akcji, romansu czy melodramatu. Skoczna muzyka towarzysząca perypetiom bohaterki równie dobrze mogłaby trafić do animacji dla młodego odbiorcy. Kura jest nieco zbyt ekspresyjna, za głośna, jakby hiperrealistyczna – choć nie została wygenerowana przy użyciu technik komputerowych, lecz zagrało ją osiem prawdziwych ptaków. Nie chciałabym niesprawiedliwie czepiać się aktorstwa Eszti, Szandi, Feri, Enci, Eti, Enikő, Nóry i Anett (trzymam kciuki za dalsze kariery!). Chodzi mi raczej o zwrócenie uwagi na nieumiejętność pokazania kurzej perspektywy bez podkręcenia jej nadmierną ekspresją albo przez pastisz kina gatunkowego. Jak gdyby twórcy nie do końca wierzyli, że sam temat zwierzęcej percepcji będzie wystarczający, aby zaangażować widza.

Wątpliwości budzi też sposób przedstawienia innych zwierząt pojawiających się na ekranie. Chociaż sama kura ma być jak najbardziej zwyczajna, to przedstawiciele pozostałych gatunków są wręcz naładowani dość banalną symboliką. Gołębiom można zazdrościć wolności, a lis to łowca i oczywisty antagonista, którego tajemniczość podkreśla żółte światło i niepokojąca muzyka. Tylko koty nie muszą uczyć kury niczego o świecie – stanowią nieodłączny, neutralny element greckiego krajobrazu.

Jak zatem patrzy na świat kura? Twórcy stają nad tym pytaniem doprawdy okrakiem. Z jednej strony jest obojętna na konflikty, kłótnie i wzruszenia ludzi, z drugiej – w sytuacjach, które dotyczą jej bezpośrednio (na przykład gdy obserwuje, co dzieje się w kuchni z zabranymi z kurnika jajkami), potrafi łączyć przyczynę ze skutkiem tak samo sprawnie jak człowiek. W jednej scenie kura wydaje się jedynie walczyć o przetrwanie, a już po chwili zachowuje się, jakby obmyśliła wieloetapowy plan. I w końcu – kiedy próbuje uratować swoje jajka pozornie kieruje nią instynkt zwierzęcy, ale w istocie jest to bardziej instynkt… macierzyński. Kura przygląda się z tęsknotą koziej „rodzinie”, a gdy kolejny raz ponosi porażkę i jajko zostaje jej zabrane, traci ochotę na kopulowanie z kogutem (sic!). Dlatego sceny wizualnie odnoszące się do romansów (jedna z nich zostaje w dodatku okraszona znaną grecką piosenką miłosną) są dla mnie równie zabawne, co frustrujące. Nakładanie na zwierzęta standardów ludzkiej seksualności daje niezamierzenie niepokojący efekt. Czy naprawdę nawet film, który aktywnie podejmuje próbę oddania ich perspektywy, nie może się bez tego obyć?

Twórcy Kury chcą oderwać się od antropocentrycznej perspektywy, ale żeby przekonać widzów do bohaterki korzystają ze znanych schematów narracyjnych. W ten sposób wracają do punktu wyjścia i nie potrafią powiedzieć niczego ciekawego na temat zwierząt: powinniśmy współczuć kurze, bo rozpoznajemy, że chciałaby być matką.

Marzenie o odzwierciedleniu percepcji zwierzęcia w sztuce traktuję jako z góry skazane na porażkę. Nie mam jednak problemu z takimi eksperymentami – o ile wpisana jest w nie krytyczna świadomość tej niemożliwości. Trudno znaleźć tego rodzaju refleksję w Kurze. Na szczęście nie znaczy to, że film Pálfiego jest pozbawiony interesujących elementów. Najciekawszy wydaje mi się bowiem wtedy, gdy maksymalnie oddala się od perspektywy ptaka i przechodzi do całościowego oglądu porządku społecznego.

Dość nieoczekiwanie pojawia się w filmie wątek migrantów przybywających pontonami na grecką wyspę, a następnie transportowanych ciężarówkami w głąb lądu przez przemytników. Otwierające film sceny na fermie drobiu zyskują po czasie nowe znaczenie. Nie chodzi w nich wyłącznie o podkreślenie inności głównej bohaterki, jak mogłoby się zdawać w pierwszych minutach seansu. Obraz kurcząt stłoczonych w klatkach zestawiony zostaje z widokiem ludzkich ciał (żywych i martwych) ściśniętych na pace. Ten zabieg może wydawać się nadmiernie sugestywny, ale twórcy Kury idą krok dalej i na bazie początkowej analogii budują kontrast: sterylna, wręcz rażąco jasna ferma i brud miejsc, w których noce spędzają migranci. Właśnie ten niuans stanowi o sile zaproponowanego w filmie porównania. Ostatecznie więc tragedią zwierząt hodowlanych jest to, że są przydatne człowiekowi. Tragedią migrantów – że traktuje się ich, jakby nie byli nikomu potrzebni. Na jednych i drugich można po prostu zarobić.

Takie postawienie sprawy jest dla mnie nie tylko przekonujące, ale też sprawiedliwe. Zwierzę nie stanowi tylko metafory, cierpienie żadnej grupy nie zostaje zrelatywizowane ani zrównoważone z doświadczeniami drugiej. Widzimy za to, jak funkcjonują one w ramach tego samego systemu. A najbardziej uniwersalną kategorią okazuje się bezpieczeństwo.

Kurę obejrzałam na 26. Międzynarodowym Festiwalu TAURON Nowe Horyzonty.